<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423</id><updated>2011-07-07T17:34:09.047-07:00</updated><title type='text'>Jan Czekajewski</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://czekajewski.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>67</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-458556298901629705</id><published>2010-06-28T13:45:00.000-07:00</published><updated>2010-06-28T13:58:30.007-07:00</updated><title type='text'>DO SUKCESU POD WIATR</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: left;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: left;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: left;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/TCkJZbh133I/AAAAAAAAAlY/WkunRurxKJU/s1600/Cover-Do-Sukcesu-Pod-Wiatr1.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="640" src="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/TCkJZbh133I/AAAAAAAAAlY/WkunRurxKJU/s640/Cover-Do-Sukcesu-Pod-Wiatr1.jpg" width="482" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: left;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/TCkKB2qss8I/AAAAAAAAAlo/ARt0OCxeVGM/s1600/Cover-Do-Sukcesu-Pod-Wiatr2.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="612" src="http://3.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/TCkKB2qss8I/AAAAAAAAAlo/ARt0OCxeVGM/s640/Cover-Do-Sukcesu-Pod-Wiatr2.jpg" width="640" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Słowo o autorze&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W swych wspomnieniach Jan Czekajewski z humorem, czasami&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;z ironią, ale i ze łzą w oku opisuje swoje przygody, najpierw&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;wPolsce, będąc jeszcze dzieckiem, potem studentem, asystentem&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;na Politechnice Wrocławskiej i na Uniwersytecie Marii Curie-&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;-Skłodowskiej w Lublinie, wreszcie początkującym biznesmenem&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;w Polsce Ludowej. Następnie wspomina swą karierę naukową&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;i wynalazczą w Szwecji i na koniec, sukces, który odniósł&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;wStanach Zjednoczonych. Dla Czytelnika ciekawym i pouczającym&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;winno być to, że Janek Czekajewski osiągnął go nie mając&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;żadnego kapitału i, jak to mówią Amerykanie, „podciągnął się na&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;drabinie społecznej, posługując się sznurowadłem”. Między&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;innymi ten właśnie fakt zaważył, że w roku 1989, w stanie Ohio,&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;otrzymał wyróżnienie dla „Najlepszego Biznesmena Wysokiej&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Technologii”.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Książka ta, będąca swego rodzaju pamiętnikiem, jest zbiorem&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;migawek z życia Janka. Część z nich była opublikowana&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;uprzednio w prasie emigracyjnej. Autor podzielił utwór na trzy&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;rozdziały: „Wspomnienia z Polski” (zawiera reminiscencje z okresu&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;dzieciństwa w Częstochowie oraz studiów i pierwszej pracy&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;we Wrocławiu), „Wspomnienia z Polski i Skandynawii” (dotyczy&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;wspomnień z lat 1960-1966 kiedy to Jan na przemian mieszkał&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;wPolsce, Finlandii i Szwecji), „Wspomnienia z Ameryki” (tu znajdują&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;się informacje z okresu emigracji do Stanów Zjednoczonych&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;i krótkiego pobytu w Kanadzie — od 1968 roku do czasów&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;dzisiejszych, czyli roku 2010).&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jan Czekajewski urodził się w roku 1934 w Częstochowie,&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;gdzie z pewnymi trudnościami (repetował klasę dziewiątą) skończył&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Gimnazjum im. Romualda Traugutta. W latach 1952-1958&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;studiował na Politechnice Wrocławskiej na Wydziale Łączności&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;(dzisiaj Wydział Elektroniki), równocześnie pracując jako asystent&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;w Katedrze Urządzeń Radiofonicznych kierowanej przez&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;profesora Stefana Bincera. Wroku 1960 Jan „przemyślnie” organizuje&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;dla siebie zaproszenie do Szwecji, gdzie pracuje — z przerwami&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;— w Instytucie Fizyki oraz w Instytucie Farmakologii uniwersytetu&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;w Uppsali. Po odmowie przedłużenia polskiego paszportu&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;udzielonej przez polski konsulat Czekajewski prosi Szwecję&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;o azyl. Kiedy obcięto fundusze dla uczelni w Uppsali, jako&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;cudzoziemiec, traci pracę. Sytuacja zmusza go do desperackiego&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;kroku: zakłada swą pierwszą firmę „Uppsala Instruments”.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Trzeciego marca 1968 roku emigruje na zaproszenie uniwersytetu&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;na Alasce do Stanów Zjednoczonych, gdzie po wielu perypetiach,&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;włączając kolejne bezrobocie, tworzy następną firmę, którą tym&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;razem nazwał „Columbus Instruments”. Droga do amerykańskiego&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;sukcesu nie była bynajmniej łatwa i jego adoptowana&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;ojczyzna, Stany Zjednoczone Ameryki, traktowała go na przemian,&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;to jako sowieckiego szpiega, to zaszczycała laurkami za&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;zasługi w budowie amerykańskiego przemysłu, w dziedzinie&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;tak zwanej wysokiej technologii.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Kompletując wspomnienia, Jan Czekajewski, pomimo swych&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;siedemdziesięciu pięciu lat, wcale nie czuje się emerytem! Ciągle&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;zarządza swą firmą produkującą i eksportującą około siedemdziesięciu&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;różnych przyrządów naukowych do ponad pięćdziesięciu&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;krajów świata. Między innymi do Polski*.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;* Więcej na temat produktów firmy „Columbus Instruments”&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;można znaleźć pod adresem: www.colinst.com.&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-458556298901629705?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/458556298901629705'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/458556298901629705'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2010/06/sowo-o-autorze-w-swych-wspomnieniach.html' title='DO SUKCESU POD WIATR'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/TCkJZbh133I/AAAAAAAAAlY/WkunRurxKJU/s72-c/Cover-Do-Sukcesu-Pod-Wiatr1.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-7757676709676714121</id><published>2010-01-15T02:25:00.000-08:00</published><updated>2010-01-15T02:57:21.914-08:00</updated><title type='text'>Dokąd Zmierzasz Ameryko?</title><content type='html'>Columbus, Ohio, 14 I 2010&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jan Czekajewski&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-large;"&gt;&lt;strong&gt;Dokąd Zmierzasz Ameryko?&lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;(podsumowanie roku 2009)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Kto ja zacz?&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Zapytacie się Państwo, jakie mam prawo wyrażania krytycznych opinii o mym wielkim kraju, jedynym mocarstwem globalnym XXI wieku, jakim są Stany Zjednoczone?&lt;br /&gt;Nie jestem przecież politykiem, doradcą prezydentów, politologiem, biskupem albo rabinem. Nie jestem nawet habilitowanym profesorem.&lt;br /&gt;Może fakt, że nie jestem tak zwanym „autorytetem” pozwala mi jaśniej widzieć sytuację w jakiej znalazły się Stany Zjednoczone, gdyż obrazu nie zaciemniają mi detale, do których nie mam dostępu. Jestem kapitalistą starego typu, który wierzy, że pieniądze zarabia się a nie pożycza i że dochód jest wytworem pracy rąk i umysłu, a nie z przelewania z pustego w próżne. Niestety model amerykańskiej gospodarki odstał daleko od modelu kapitalistycznego i jedynie, co pozostało z kapitalizmu to naklejka i frazeologia.&lt;br /&gt;Poniżej podzielę się z Państwem mymi noworocznymi obserwacjami na temat zaledwie kilku elementów amerykańskiej ekonomii i polityki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Zawiedzione nadzieje&lt;/strong&gt; &lt;br /&gt;Minął rok rządów Prezydenta Obamy. Entuzjazm, jaki miała młodzież amerykańska w stosunku do niego osłab. Będzie cudem, jeśli wybiorą go ponownie. Ja osobiście, kiedyś oddany konserwatysta, głosowałem na niego, przedstawiciela Partii Demokratycznej, gdyż było dla mnie jasnym, że dwie kadencje prezydenta G W Busha doprowadziły mój kraj do ruiny, głównie przez dwie wojny w Iraku i Afganistanie. W drodze do tych, właściwie przegranych, wojen pomagało mu jego otoczenie agresywnych nowo-konserwatystów, którzy plany do tych wojen spreparowali na długo przed ich wydaniem. Spodziewałem się, na równi z milionami innych, że wybór Obamy wymusi zmianę kierunku w amerykańskiej polityce. Niestety wątpliwości zaczęły się u mnie pojawiać w ciągu pierwszego miesiąca jego rządów. Obama zaczął się otaczać tymi samymi ludźmi, którzy doprowadzili do krachu ekonomicznego nie tylko w USA ale i na świecie, a także kiedy teczkę ministra spraw zagranicznych powierzył Hilary Clinton, osobie która entuzjastycznie przyklaskiwała polityce militarnej agresji, eufeministycznie zwanej: „Obronie z wyprzedzeniem”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Bankierzy &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Co do powodów obecnego krachu gospodarzącego, w prasie pojawiają się setki różnych tłumaczeń. Jednymi z nich jest brak finansowego nadzory na machinacjami oligarchów, czyli bankierów. Przystańmy na chwile nad tym wytłumaczeniem i skonfrontujmy go z rzeczywistością&lt;br /&gt;Bankierzy nie urodzili się dzisiaj ani wczoraj. Ich wpływ rósł od wielu lat poprzez kolejne rządy Demokratów i Republikanów. To stało się dzisiaj nie jest winą ostatniej generacji finansowych „talentów”. Ich syreni głos uwodził kolejne rządy od wielu lat, być może od czasów Prezydenta Kennediego, który popierał globalizację i walczył o zniesienie cel. Trudno się było oprzeć ich argumentacji, która łechtała próżność Amerykanów. My Amerykanie nie jesteśmy stworzeni do pracy umorusanymi rękoma. My mamy największy stopień inteligencji. My będziemy zarządzać światem poprzez system bankowych powiązań. My zainwestujemy pożyczone pieniądze w fabryki w dalekich krajach o taniej sile roboczej, a zyski spłyną do nas bez specjalnego wysiłku. Internet ułatwił i potwierdził możliwość tego konceptu.&lt;br /&gt;Kiedyś Niemcy uważali, że są Narodem Panów. Podobny zarzut można postawić kolejnym amerykańskim administracjom. Koncepcja Narodu Panów kosztowała Niemców 8 milionów zabitych, nie mówiąc o 50 milionach innych obywateli, uśmierconych przez hitlerowska maszynę wojenna. Koszt koncepcji „Narodu Panów” dla Ameryki ciągle czeka na podliczenie, jako że problem jest, jak to się mówi, rozwojowy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Nomenklatura&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze w czasie II wojny światowej, jako dziecko, widziałem hitlerowski rysunek amerykańskich bankierów, jako pejsatych Żydów, siedzących na workach złota, palących grube cygara. Ta satyra była powtarzana z pewnymi zmianami przez sowietów. Prawda dzisiejsza jest jednak inna. Bankierami nie są bogaci właściciele banków. Bankierami są absolwenci amerykańskich szkol biznesu, którzy są niczym innym niż najemnym urzędnikami, w gruncie rzeczy proletariuszami. Ci z górnej półki stanowią nic innego niż Amerykańską Nomenklaturę, czyli są ludźmi którzy raz wyznaczeni na role finansowych geniuszy nigdy nie mogą spaść poniżej tego poziomu. Czasy i rządy się mogą zmieniać, ale Nomenklatura jest zawsze gotowa służyć nowej władzy. Jest za to sowicie wynagradzana, wielomilionowymi, jeśli nie miliardowymi bonusami.&lt;br /&gt;Nomenklatura Bankierów oszukuje akcjonariuszy, czyli kapitalistów, przez wypłacanie sobie horrendalnych uposażeń w momencie, kiedy ich banki plajtują.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;W Ameryce mamy Marksizm postawiony na głowie. &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Proletariusze- bankierzy, wykorzystują kapitalistów!&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pazerność komunistycznych sekretarzy blednie w ich świetle.&lt;br /&gt;Jeśli zirytowani akcjonariusze (kapitaliści), korporacji które bankrutują próbują ukrócić ich bonusy, wtedy krzyk się podnosi, że ich banki mogą stracić wielkie talenty. Co to za talenty, które nie przewidziały katastrowy ekonomicznej wynikającej w dawania pożyczek tym, którzy jak było wiadomo, nie mogli ich spłacić, albo tworzeniem skomplikowanych „produktów finansowych”, którymi handlowanie zakrawa na oszustwo?&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Oto kwiatuszek z finansowej łączki.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;W dniu 13 stycznia 2010 odbyło się przesłuchanie przez Komisję Kongresu czterech prezesów wielkich banków odpowiedzialnych za złamanie się amerykańskiego systemu finansowego w roku 2009. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;W czasie przesłuchania, przewodniczący panelu, Pan Phil Angelides, powiedział prezesowi wielkiej firmy inwestycyjnej, Goldman Sachs, Panu&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;Lloyd C.Blankfein, że moralność jego banku można porównać do moralności sprzedawcy samochodów z uszkodzonymi hamulcami, który jednocześnie kupuje ubezpieczanie na życie nabywców (będąc pewny ich śmierci). &lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym wypadku chodziło o sprzedaż drobnym inwestorom długów hipotecznych, o których banki wiedziały, że są bezwartościowe z jednoczesnym inwestowaniem własnych pieniędzy w ubezpieczenia na wypadek ich bankructwa. Po załamaniu się rynku nieruchomości, firma Goldman Sachs zarobiła na tej operacji niebywałą fortunę i podzieliła się nią w postaci premii ze swymi pracownikami z „górnej półki”.&lt;br /&gt;Nomenklatura Finansowa i Korporacyjna wymienia swe stołki okazyjnie z Nomenklatura Rządową, zajmując poczesne stanowiska i administracji i wracając do banków jak ich zadania w rządzie się skończyły, albo się tam skompromitowali. Przykładem takiej osoby może być niejaki „myśliciel”, Paul Wolfowitz, vice minister obrony w rzadze G.W. Busha, architekt wojny w Iraku. Prezydent Bush „za jego zasługi” próbował go wcisnąć do Banku Światowego, gdzie Wolfowitz szybko się skompromitował zatrudniając tam swoją przyjaciółkę, Panią Shaha Riza, z pensją przekraczającą poziom przyzwoitości. Członkowie Banku Światowego nie mogli znieść Wolfowitza impertynencji, co nie znaczy że został bezrobotnym. Jest teraz wizytującym naukowcem w American Enterprice Institute, zwanym Zbiornikiem Myśli (Thinktank), gdzie się „konserwuje” takich jakich on dla celów późniejszego użycia. Teraz zajmuje się on walką z głodem w Afryce i konsultuje na temat rozwoju amerykańskiego biznesu z Tajwanem. Nawiasem mówiąc w latach 2002-2005 polski polityk, Radek Sikorski, był członkiem tego samego Instytutu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Problem Podstawowy-Bezrobocie&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Znany dziennik międzynarodowej finansjery, Financial Times, w ostatnim wydaniu z dnia 9-10 stycznia 2010, podaje grubym drukiem: „USA pod uderzeniem 85 tysięcy nowych bezrobotnych”. Jednocześnie prasa amerykańska i TV zaciemniają tragiczny obraz stanu amerykańskiej gospodarki przez podawanie, że już odbiliśmy się od dna kryzysu, albo, że „zmniejsza się szybkość wzrostu bezrobocia”. Rząd używa rożnych trików aby zaciemnić tragiczny obraz sytuacji. Jedna z metod fałszowania rzeczywistego stanu bezrobocia jest sposób jego kalkulacji. Do bezrobotnych zalicza się jedynie tych, którzy pobierają zasiłek dla bezrobotnych i szukają aktywnie pracy. Oficjalne statystyki podają, że mamy 10% bezrobotnych, aczkolwiek po podliczeniu tych, którzy przestali szukać pracy albo zatrudnieni są jedynie czasowo, podnosi procent ilość bezrobotnych do 17%.&lt;br /&gt;Finacial Times podaje, że w grudniu 661 tysięcy Amerykanów zrezygnowało z szukania pracy, gdyż stracili nadzieję na jej znalezienie. Ci ludzie nie zaliczają się do statystyki bezrobotnych. Ocenę gazety potwierdzają moje własne obserwacje z bliskiego otoczenia. Bezrobocie stało się podstawowym problemem Ameryki i odsuwa na dalszy plan inne problemy, nawet gloryfikowaną, chroniczną, „wojnę z terrorem”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Korupcja&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Prasa i rząd amerykański trąbią na cały świat, że walczą z korupcją. Hilary Clinton jeździ po świecie i sprzedaje receptę na korupcyjne antidotum. Jej receptą jest system demokratyczny-dwupartyjny. Rzecz polega na tym, że oligarchia polityczno finansowa Ameryki wypracowała sobie niezawodną metodę kontroli krajów „demokratycznych” nie skorumpowanych, czyli przestrzegających litery prawa.&lt;br /&gt;Mało kto zauważa, że litera prawa w krajach tak zwanych demokratycznych, jest ustalana przez Nomenklaturę i dla Nomenklatury. Oczywiście ich działalność nie jest „skorumpowana”, gdyż odbywa się zgodnie z literą prawa. Tak zresztą zawsze było od stuleci, aczkolwiek wtedy w czasie rządów feudalizmu albo nawet komunizmu, dla społeczeństwa było jasne, że klasy wyższe włącznie z wierchuszką partyjną maja inne, lepsze, uprawniania.&lt;br /&gt;Rozdzieranie szat na korupcją marionetkowych rządów w Afganistanie i Iraku, zakrawa na szyderstwo. Wynika to z tego, że społeczeństwa tamtych krajów od stuleci rządziły się metodami feudalnymi i szczepowymi, które nie są zrozumiale dla amerykańskich „specjalistów” od ustawiania wasalnych rządów. Po prostu nie udaje się nam wcisnąć ich w Amerykański kaftan bezpieczeństwa. Dla porównania, metody sowieckie, oparte na pseudo ideologii bratnich partii komunistycznych były dużo bardziej efektywne we Wschodniej Europie, chociaż także, na szczęście, zawiodły na innych kontynentach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wolność Słowa&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;W porównaniu z wieloma innymi krajami, tradycja wolności słowa została zapisana w konstytucji amerykańskiej i niezwykle trudna ją z tej konstytucji skreślić, chociaż kolejne rządy i wpływowe grupy starają się o zwężenie tego, co wolno pod przykrywką zarzutów pornografii, mowy „nienawistnej”, rasizmu, ksenofobi lub antysemityzmu. Ograniczenie wolności słowa jest w interesie zarówno rządu jak i wpływowych grup, które poprzez monopolizacje mediów, ograniczają dyskusję do tematów im przyjaznych i dla nich korzystnych. W ostatnim dziesięcioleciu pojawił się jednak czynnik, który niezwykle trudno poddać kontroli. Jest nim Internet. Internet ogranicza rolę prasy i pozwala na dostęp do wiadomości z krajów odległych a nawet nam wrogich. Ostatni rozwój technologii automatycznego tłumaczenia z jednego języka na drugi, umożliwia korzystanie z wiadomości publikowanych w innych krajach w innych niż angielski językach. W gruncie rzeczy Internet w dużej mierze zniweczył inwestycje grup rządzących w media, a w każdym razie ich wpływ znacznie ograniczył. Ciągle wzrastająca popularność Internetu jako metody przekazywania informacji politycznej zagroziła także kontroli rządu nad umysłami podległych im społeczeństw. &lt;br /&gt;Zjawisko jest podobne do wynalezienia druku który odebrał monopol pisanego słowa kościołowi i zakonom.&lt;br /&gt;Czy wiec w Ameryce mamy wolność słowa i dlaczego rząd nie eliminuje tej wolności w sytuacji w ramach „walki z terrorem”, w czasie, kiedy kraj nasz prowadzi dwie wojny a do trzeciej się szykuje. Dlaczego więc agenci poprawności politycznej nie rekwirują nam komputerów w nocnych rewizjach?&lt;br /&gt;Pochodzi to chyba z tego, że większość wyborców jest zbyt leniwa, aby korzystać z Internetu i źródeł w nim zawartych i ogranicza się do oglądania telewizji.&lt;br /&gt;Tak długo jak przeciętny Amerykanin spędza 5 godzin dziennie przed telewizorem, oglądając sport lub opery mydlane, tak długo wąska gruba politycznych rebeliantów czerpiąca informacje z Internetu może być ignorowana i cieszyć się będzie tymczasowo wolnością słowa.&lt;br /&gt;Sytuacja może się radykalnie zmienić, jeśli procent bezrobotnych przekroczy masę krytyczną i głodni bezrobotni zaczną palić domy tych którzy ciągle pracują.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Przemysł Amerykański&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;W statystykach PNB (Produktu Narodowego Brutto) przemysł wytwórczy stanowi 14% PNB i zatrudnia 11 % wszystkich pracowników. Udział „usług” rożnego rodzaju jak bankowość, ubezpieczenia, restauracje, szpitalnictwo i usługi rządowe stanowią 80% PNB. Z 14% udziału przemysłu wytwórczego w 80% stanowi udział przemysłu zbrojeniowego. Z tego wynika, że udział produkcji dóbr cywilnego użytku stanowi około 2,4% Produktu Narodowego Brutto.&lt;br /&gt;Skąd się wiec bierze to zatłoczenie sklepów obfitością towarów. Bierze się z importu głownie z Chin. Jak my za to płacimy? Płacimy im papierowymi dolarami, za które Chińczycy kupują nasze obligacje pożyczkowe. Wszyscy udają, że taki iluzoryczny biznes może trwać w nieskończoność, aczkolwiek wiadomo, że dni jego są policzone i bieżący kryzys jest jedynie przedwiośniem wielkiej katastrofy.&lt;br /&gt;Export pracy do krajów trzeciego świata, głównie Chin i Meksyku, spowodował rosnące bezrobocie, ponieważ bezrobocie w produkcji przenosi się na bezrobocie w usługach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wojsko&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Kto wiec zyskał na bezrobociu? Zyskało wojsko najemne, jako że brak pracy spowodował napływ młodych ludzi do wojska jako jedynej alternatywy.&lt;br /&gt;Najemne wojsko, wprowadzane także ostatnio w Polsce, ma tą zaletę polityczną, że rząd nie musi się liczyć z opinią społeczeństwa przy organizowania kolejnych wojen „prewencyjnych” na świecie. &lt;br /&gt;Przy starej armii opartej na powszechnym obowiązku wojskowym, rząd spotkał by się z opozycją społeczeństwa, którego dzieci mieliby być wysyłani na awanturnicze eskapady, których wartości trudno wytłumaczyć. &lt;br /&gt;Dzisiaj, 12 stycznie 2010, w dzienniku The New York Times, znajduje się wielkie ogłoszenie Gwardii Narodowej, gdzie obok zdjęcia umundurowanego młodego mężczyzny i kobiety napisano: &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;„Gdziekolwiek interesy Ameryki są zagrożone Gwardia Narodowa ciężko pracuje”.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Gwardia Narodowa wedle oryginalnych założeń miała zajmować się bezpieczeństwem wewnętrznym Ameryki a także interwencja w wypadkach katastrof naturalnych.&lt;br /&gt;Dzisiaj jednak zatarła się różnica miedzy regularna armią i gwardią narodową, która dzisiaj walczy w Afganistanie i Iraku.&lt;br /&gt;Ciekawe jest jednak użycie słowa &lt;strong&gt;„interesy”&lt;/strong&gt; w tym ogłoszeniu. Ci, którzy pisali tekst po prostu powiedzieli nieprzyzwoitą prawdę, że nie chodzi nam o bezpieczeństwo albo wolność Ameryki, ale o partykularne interesy. Mimo wielkich ogłoszeń i wielkiego bezrobocia Ameryka ciągle nie ma wystarczająco dużo żołnierzy, aby pokryć swoje globalne ambicje. Oczywiście sojusznicy, jak Polska, pomagają jak mogą, niemniej ciągle żołnierzy brakuje. Wynajmuje się, zatem kontraktowych najemników, którym się dobrze płaci poprzez specjalizujące się w rekrutacji firmy „ochroniarskie”. Ciekawym jest jak długo będziemy mogli rozszerzać sferę naszych „interesów” bez powrotu do powszechnej, obowiązkowej rekrutacji? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Kredyty&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Od rana do nocy wszystkie amerykańskie media a także politycy, łącznie Prezydentem Obamą nawołują banki do ułatwienia kredytów dla przemysłu wielkiego i drobnego. Kredyt ma być lekarstwem na wszystkie gospodarcze bolączki. Ludziom już tak wyprano umysły, że nie wyobrażają sobie, że można zarabiać pieniądze bez szczudła kredytu. Zarówno rząd jak i media zapomnieli, na czym polega system kapitalistyczny. Może Lenin miał racje, że system kapitalistyczny poprzez konsolidacje przestał działać wedle założeń jego twórców i filozofów, jak Adam Smith.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Konkluzja&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Jeśli moje opinie są krytyczne, nie wynika to z osobistych uprzedzeni do Stanów Zjednoczonych, w których żyłem dłużej niż w jakimkolwiek innym kraju i którego dobro leży mi głęboko na sercu. Raczej chodzi mi o utrzymaniu jego wielkości i przyzwoitości. w opinii świata i przyszłych pokoleń. Zjawisko megalomanii, które ostatnio obserwuję w polityce amerykańskiej nigdy nikomu nie wyszło na dobre i szybka interwencja psychiatryczna dla takiego pacjenta jest najbardziej zalecana. Miejmy nadzieję, że destrukcyjny trend zostanie na czas zatrzymany i dalszy wzrost mego kraju obywać się będzie na zdrowych kapitalistycznych zasadach.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-7757676709676714121?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/7757676709676714121'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/7757676709676714121'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2010/01/dokad-zmierzasz-ameryko.html' title='Dokąd Zmierzasz Ameryko?'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-4278843995503169588</id><published>2009-11-28T03:31:00.000-08:00</published><updated>2009-11-28T04:05:18.831-08:00</updated><title type='text'>Finlandia, Czyli Pierwszy Smak Nieba Północnego</title><content type='html'>Po powrocie z Anglii i nabraniu prymitywnej elokwencji w języku angielskim, zacząłem szukać kontaktów w celu&amp;nbsp;rozszerzenia mej znajomości krajów znajdujących się w okowach imperialistów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pracowałem wtedy,&amp;nbsp;do późna wieczór, w Zakładzie Urządzeń Radiofonicznych we Wrocławiu na ul Prosa 53, gdzie dzisiaj mieści się wydział architektury i piechotą wracałem do wynajmowanego pokuju od pani Żelewskiej, na ul Powstańców Śląskich, dzisiaj naprzeciw Hotelu Wrocław. Był to jeden z oryginalnych domów niemieckich na tej ulicy, który się ostał cały w czasie obrony Festung Breslau. Pokój ten wynająłem w trybie przyspieszonym, po tym jak mój wuj, Eugeniusz Woyczyński wyrzucił mnie, w sposób dramatyczny, z mieszkania na ul. Smoluchowskiego, gdzie mieszkałem przez pierwsze 4 lata mych studiów, z łaski mej ciotki Otyli, . Bezpośrednią przyczyną konfliktu z wujem była wizyta pewnej Częstochowianki, która zaprosiłem do Wrocławia w celach bliższego zapoznania. Panienka ta, nazwisko i imię uleciało już mej starczej pamięci, zamieszkała tymczasowo w mieszkaniu mego kuzyna Marka Czekajewskiego z Radomska, ale zaprosiłem ją na Smoluchowskiego w celach towarzyskich, jak najbardziej (niestety) moralnych. Zamierzaliśmy w jej towarzystwie, razem z kolegą Andrzejem Witkowskim, odkorkować flaszkę wina jabłkowego, wzbogaconego spirytusem. Kiedy mój wuj zobaczył ową panienkę w towarzystwie dwóch młodzian, wypadł z nerwów, chyba z zazdrości i wskazując palcem wskazującym na drzwi wejściowe, wyraził się ubliżająco: Paszoł Wont!!!. Tutaj nie jestem pewien, czy wujek położył akcent na końcową literę „t”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Jak chcecie sobie sprowadzać kurwy, czyli wulgarnie, panie lekkich obyczajów, to nie do mego domu, tylko do hotelu”, wuj perorował. Widocznie myślał kategoriami sanacyjnymi, gdzie były takie hotele do wymienionych celów. Zachowanie wuja bardzo mi ubliżyło, gdyż wizyta panienki częstochowskiej była niewinna, gdyż owa panienka mym zalotom się nieprzyzwoicie opierała. No ale wuj Eugeniusz nie znał szczegółów, co go do pewnego stopnia tłumaczy. Niemniej użycie zwrotu w języku naszych wschodnich sąsiadów, dolało oliwy do ognia i następnego dnia, z ogłoszenia, wynająłem w trybie przyspieszonym pokój u Pani Żelewskiej, na ulicy Powstańców Śląskich. Pani Żelewska była jak się okazało Niemką, która musiała mieć polskie korzenie. Po Niemców przeprowadzce z Wrocławia w kierunku zachodnim, jej matka zamieszkała w Berlinie, a córka została we Wrocławiu. Pani Żelewska była osobą dość atrakcyjną, w średnim wieku, która po kąpieli, ubrana w luźny szlafrok, zaczęła mi robić jakieś nieprzyzwoite sugestie posuwając mi do obejrzenia „sprośne”, stare niemieckie czasopisma pornograficzne i wyraźnie oczekiwała komentarzy. Ja jednak zrozumiałem, że jeśli poddam się czarowi hitlerowskiej propagandy, czyli je „skomentuję”, to drzwi wejściowe dla innych znajomych dziewcząt będą zamknięte. Nie pozostawało mi nic innego jak udawać naiwnego dziewica ( rodzaj męski od dziewicy) czyli, w języku potocznym, głupka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Panie Żelewska miała jednak dobre serce, a może poczucie winy za naród z którym się, jak mi się zdaje, identyfikowała. Na soboty i niedziele zapraszała do siebie pewna kobietę, prawdopodobnie z jakiegoś domu opieki, byłą więźniarkę obozu dla kobiet w Ravenbruk, na której zbrodniarze hitlerowcy przeprowadzali eksperymenty medyczne w celu poprawienia rasy germańskiej. Był to dla Żelewska duży wysiłek, jako że nie miała samochodu ( nikt z nas nie miał) i kobieta ta spała wtedy w wąskiej kuchni na rozkładanym łóżku. Na marginesie musze wspomnieć, że cale mieszkanie składało się z dwu pokoi, łazienki i wąskiej kuchni. Przeżycia tej kobiety i uszkodzenia wywołane zbrodniczymi operacjami pomieszały jej zmysły. Niestety po jakimś czasie kobieta ta zaczęła oskarżać samą Panią Żelewską, że chce ją zamordować, Jej dalsze wizyty u Żelewskiej stały się niemożliwe. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No ale wróćmy do Finlandii. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po pracy, zwykle koło godziny 20.00 idąc do domu wpadałem do klubu studenckiego „Pałacyk”. Tam mieściła się kawiarnia studencka i grał zespół jazzowy do tańca. W pewnym okresie czasu, w roku 1959-60 zespołem tym był dobry zespół amerykański, który nazywał się „New York Jazz Quartet”. Jak się wydaje ambasada amerykańska sponsorowała ich granie, gdyż nie spodziewam się, aby klub studencki ‘Pałacyk” miał pieniądze na ich opłacenie. Klub ten przyciągał studentów uczelni wrocławskich a także osoby w ten czy inny sposób związane z uczelniami. Pewnej nocy spotkałem tam grupę „dyrektorów” Fińskiego Związku Studentów, którzy już mocno podpici, pragnęli dalej się bawić, ale wyczerpała im się gotówka. Zaproponowałem im pomoc w tej dziedzinie proponując polskie złote za miesięczne zaproszenie do Finlandii z pokryciem kosztów pobytu, na co Finowie chętnie przystali. Szybko popędziłem do domu i przyniosłem im kilka tysięcy złotych, które chowałem w szafie między bielizną. Były to pieniądze zarobione przy sprzedaży szlifierek do protez dentystycznych, które potajemnie produkowałęm w godzinach pozasłużbowych. Finowie byli zdziwieni, że nie żądałem pokwitowania, aczkolwiek była to suma dość znaczna i równoważna kilku miesiącom pracy asystenta politechniki. Po miesiącu otrzymałem od nich list z zaproszeniem do Helsinek. Był to dokument imponujący z wielką pieczęcią i robiący odpowiedzenie wrażenie na paszportowych biurokratach. Na podstawie tego zaproszenia uzyskałem łatwo wizę Fińską i Szwedzką, jako że po pobycie w Helsinkach zamierzałem jechać do Szwecji, do Uppsali, w ramach wymiany ze studentem matematyki, Leifem, którego gościłem uprzednio we Wrocławiu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z zaproszeniem tym udałem się do Janusza Pelca, kuzyna Karola, który kierował biurem podróży Związku Studentów Polskich i poprosiłem o pomoc w otrzymaniu paszportu, podobnie jak to miało miejsce w roku 1958, przy wyjeździe na wykopki kartofli do Anglii. &lt;br /&gt;Paszport mi Janusz Pelc załatwił i pod koniec sierpnia znalazłem się w Helsinkach. Podróż odbywała się pociągiem przez Wschodnie Niemcy, Berlin. Istad, Stockholm i promem to Turku, kontynuując pociągiem do Helsinek. W Stockholmie, jak sobie przypominam, padał deszcz i usiałem czekać kilka godzin na mały prom płynący do Turku w Finlandii. Schroniłem się w budynku poczty, w pobliżu portu i wyjąłem bochenek chleba i osełkę masła, które to wiktuały wiozłem z Polski. Popijając wodą zgotowałem sobie obiad. Czułem się zawstydzony swoją biedą, szczególnie widząc uśmieszki przechodzących koło mnie Szwedów. Butelkę wódki, jaką wiozłem ze sobą zostawiłem na później, jako nieodzowny środek ułatwiający kontakty towarzyskie. Jak się wkrótce okazało, butelka wódki pozwoliła mi nawiązać kontakt towarzyski z jednym&amp;nbsp;niemieckim studentem&amp;nbsp;i urodziwą Finką, podróżującymi tym samym promem. Niestety Finka po kilku kieliszkach zsunęła się pod stół i zabawa się skończyła obawą, że się już więcej nie obudzi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Helsinkach&amp;nbsp;spotkałem mych znajomych „dyrektorów” Związku Studentów Fińskich, którego jednego nazwisko pamiętam. Był nim Penti Mahlameki, Prezydent całego Stowarzyszenia, czyli ichniego ZSP. Umieszczono mnie w domu akademickim i dostałem kupony do stołówki studenckiej. Poprosiłem ich także o glejt w postaci listu, który w języku jakim on się porozumiewają, czyli fińskim, instruował organizatorów wszystkich zabaw studenckich, że winni mnie, ważnego przedstawiciela Studentów Polskich, wpuszczać na zabawy bez opłaty. W czasie jednej z takich studenckich potańcówek poznałem córkę konsula włoskiego, która z kolei poznała mnie z żoną ambasadora włoskiego w Finlandii. Była nią atrakcyjna Polka, Pani Tyszkiewicz, chyba hrabina. Pani Hrabina Tyszkiewicz zaprosiła mnie do ich ambasadorskiej rezydencji gdzie przy winie Chianti przekonywałem ją o wyższości ustroju socjalistycznego nad kapitalistycznym. Pani Ambasadorowa Tyszkiewicz obiecała mi, że jak wrócę do Helsinek ze Szwecji to zorganizuje dla mnie przyjęcie, gdzie będę mógł poznać wielu ludzi z „wyższych kapitalistycznych sfer” i ich przekonać do wyższości socjalizmu. Propozycji nie wykorzystałem, bo do Helsinek z Uppsali nie wróciłem. Pozycja w Instytucie Fizyki, jaką mi zaoferował profesor Per Arno Tove była ciekawsza, niż praktyka w fabryce kabli elektrycznych, Finska Kabelfabriken, jaką załatwił mi Profesor Jauhianinen z Politechniki w Hielsinakch, który zainteresował się moją osobą. Wałęsając się po Helsinkach natknąłem się w słynnym miasteczku uniwersyteckim Otaniemi na grupę wysoko postawionych sowieckich turystów, którzy słowiańskim zwyczajem zaprosili mnie na obiad. Jeden z nich okazał się głównym architektem warszawskiego Pałacu Kultury im. Józefa Stalina. &lt;br /&gt;Z innych ciekawostek, które zostały w mej pamięci z pobytu w Helsinkach, to przygoda w samoobsługowym barze. Jak wiadomo język fiński jest jedynym w swym rodzaju i cechują go bardzo długie słowa, które Polakowi trudno wymówić lub zapamiętać. W barze były dwa okienka. W jednym się zamawiało i płaciło, w drugim odbierało potrawę. Nad okienkami wisiała wielka tablica z jadłospisem. Przy zapłacie trzeba wymienić było nazwę potrawy. Ponieważ długich słów nie mogłem zapamiętać, zamówiłem jedną z „krótkich” potraw. Kobieta przy kasie się zapytała, po angielsku, czy ma być z kartoflami, czy bez? Ja odpowiedziałem, że bez. W tym była moja pomyłka. Kiedy zjawiłem się przy okienku, gdzie wydawano zamówione potrawy, otrzymałem talerz z jakimś szarym płynem. Zacząłem go jeść łyżką stołową, dziwiąc się smakowi, a raczej jego braku. Z kuchni wychylił się kucharz i jego pomocnik obserwując mnie bacznie. Zorientowałem się, że był to sos do kartofli. Nigdy nie zdarzył im się klient, który jadł sam sos. Byłem nim ja. &lt;br /&gt;W czasie mego pobytu w Helsinkach, zadzwonił do mnie mój przyjaciel Karol Pelc, ze smutną wiadomością, że Profesor Stefan Bincer, mój mentor umarł. Jego sugestią było abym nie spieszył się z powrotem, bo nie ma do czego, jako że Zakład Urządzeń Radiofonicznych prawdopodobnie zostanie rozwiązany.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po miesiącu pobytu w Helsinkach. udałem się, zgodnie z planem, do Uppsali. W drodze zatrzymałem się na noc w Turku, aby złożyć wizytę biednej Fince, aby sprawdzić czy uprzednie szkody wywołane wódką nie przeszły u niej w stan chroniczny. Okazało się, że była w pełnej władzy swych fakultetów. Pomny jej tamtej słabości, wódki żeśmy tej nocy nie pili. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następny przystanek: Uppsala, Szwecja.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-4278843995503169588?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4278843995503169588'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4278843995503169588'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/finlandia-czyli-pierwszy-smak-nieba.html' title='Finlandia, Czyli Pierwszy Smak Nieba Północnego'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-2784241766683282663</id><published>2009-11-26T12:55:00.000-08:00</published><updated>2009-11-26T12:55:42.337-08:00</updated><title type='text'>Zamek w Olsztynie</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sw7rTI6_avI/AAAAAAAAAkQ/tgIjoW35CVg/s1600/Poland+Sept.2009094.jpg"&gt;&lt;img style="MARGIN: 0px 10px 10px 0px; FLOAT: left; CLEAR: both" border="0" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sw7rTI6_avI/AAAAAAAAAkQ/tgIjoW35CVg/s320/Poland+Sept.2009094.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style='clear:both; text-align:LEFT'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-2784241766683282663?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/2784241766683282663'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/2784241766683282663'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/zamek-w-olsztynie.html' title='Zamek w Olsztynie'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sw7rTI6_avI/AAAAAAAAAkQ/tgIjoW35CVg/s72-c/Poland+Sept.2009094.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-8125462643600630168</id><published>2009-11-26T11:52:00.000-08:00</published><updated>2009-11-26T11:52:09.775-08:00</updated><title type='text'>Fantastyczna Historia Rodziny Siemion</title><content type='html'>&lt;meta content="text/html; charset=utf-8" http-equiv="Content-Type"&gt;&lt;/meta&gt;&lt;meta content="Word.Document" name="ProgId"&gt;&lt;/meta&gt;&lt;meta content="Microsoft Word 10" name="Generator"&gt;&lt;/meta&gt;&lt;meta content="Microsoft Word 10" name="Originator"&gt;&lt;/meta&gt;&lt;link href="file:///C:%5CDOCUME%7E1%5CJan%5CLOCALS%7E1%5CTemp%5Cmsohtml1%5C01%5Cclip_filelist.xml" rel="File-List"&gt;&lt;/link&gt;&lt;style&gt;&lt;!-- /* Font Definitions */ @font-face	{font-family:Georgia;	panose-1:2 4 5 2 5 4 5 2 3 3;	mso-font-charset:0;	mso-generic-font-family:roman;	mso-font-pitch:variable;	mso-font-signature:647 0 0 0 159 0;} /* Style Definitions */ p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal	{mso-style-parent:"";	margin:0in;	margin-bottom:.0001pt;	mso-pagination:widow-orphan;	font-size:12.0pt;	font-family:"Times New Roman";	mso-fareast-font-family:"Times New Roman";}@page Section1	{size:8.5in 11.0in;	margin:1.0in 1.25in 1.0in 1.25in;	mso-header-margin:.5in;	mso-footer-margin:.5in;	mso-paper-source:0;}div.Section1	{page:Section1;}--&gt;&lt;/style&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: 19.2pt;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span lang="PL" style="color: #333333; font-family: Georgia;"&gt;&amp;nbsp;Fantastyczna Historia Rodziny Siemion&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: 19.2pt;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: 19.2pt;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span lang="PL" style="color: #333333; font-family: Georgia; font-weight: normal;"&gt;Z uwagi na popularne w USA, a także w &amp;nbsp;„Nowej Polsce”, &lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;span lang="PL" style="color: #333333; font-family: Georgia;"&gt;szukanie swoich rodzinnych korzeni, postanowiłem sięgnąć do akt starych i odszukać mój własny rodowód. Zacząłem od dokumentów po kądzieli, czyli ze strony mej babki, Marii Siemion. Z uwagi na własne przebłyski geniuszu, aczkolwiek rzadkie, już jako dziecko podejrzewałem, a na starość potwierdziłem, że mój rodowód musi zawierać geny ludzi sławnych, którzy zapisali się w historii Polski wielkimi osiągnięciami.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: 19.2pt;"&gt;&lt;span lang="PL" style="color: #333333; font-family: Georgia;"&gt;Jakże by było inaczej?&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: 19.2pt;"&gt;&lt;span lang="PL" style="color: #333333; font-family: Georgia;"&gt;A oto co odkryłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ustne opowieści przekazywane z ust do ust w naszej rodzinie wspominają, że ród Siemionów &amp;nbsp;sięga czasów przedhistorycznych, epoki kamienia łupanego. Nic więc dziwnego, że Siemionowie osiedli przed wiekami w okolicach Częstochowy, a właściwie Olsztyna, Złotego Potoku i wsi Janów Częstochowski. W tej to okolicy było dużo kamienia wapiennego z Epoki Jurajskiej, jako że cała okolica zalicza się do Jury Krakowsko -Częstochowskiej. Niechętni naszej rodzinie jaskiniowcy, zarzucali Siemionom, że z lenistwa wybrali łupanie kamienia wapiennego, jako że był miękki do obróbki, zamiast mężnie łupać twardy krzemień, nadający się na groty do strzał i włóczni. Niemniej moi przodkowie wiedzieli co czynią, jako że w kamieniu wapiennym łatwiej łupać obszerne jaskinie, które w owym czasie odpowiadały dzisiejszym domkom jednorodzinnym albo kondominium i szły na rynku jaskiniowych nieruchomości „jak woda”. Dzisiaj można by ich określić jako jaskiniowi „deweloperzy” Moi przodkowie łupali wiec jaskinie i odsprzedawali je innym, mniej przedsiębiorczym Sarmatom czy Jadźwingom za skóry niedźwiedzie, miód pszczeli a także cycate branki germańskie, które Sarmaci porywali z niedalekiej Germanii i Ziemi Opolskiej. Branki te w miarę upływu czasu wzbogaciły pulę genów naszej rodziny, przejawiających się do dzisiaj w seksualnych upodobaniach i predyspozycjach męskich członków naszego klanu do obfitych biustów. &lt;br /&gt;Oczywiście, rodzina nasza nie miała wtedy rodowego nazwiska Siemion, tylko, jak to wtedy było przyjęte, nazywali ich urągliwie „Wapniacy”, ze względu na ich kamieniarską profesję. &amp;nbsp;Jak się stało, że przezwisko „Wapniak” zmienione zostało &amp;nbsp;na nazwisko „Siemion” opisze poniżej.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: 19.2pt;"&gt;&lt;span lang="PL" style="color: #333333; font-family: Georgia;"&gt;Ponieważ, przy przedstawianiu się, wymienianie przezwiska wszystkich przodków było uciążliwe, więc moi przodkowie, dumni ze swej długiej linii genealogicznej wprowadzili pojecie matematycznej potęgi, przy swym imieniu. Uprościło to i skróciło czas wypowiadania nazwiska. Zamiast przedstawiać się jako Wapniak syn Wapniaka, który był synem Wapniaka, a jego ojciec był także Wapniakiem, moi przodkowie nazywali się Wapniak do potęgi 3, 4 albo 10, co znaczyło, że dany Wapniak nie wypadł kozie spod ogona, ale miał rodowód sięgający do 3,4 albo 10-tego pokolenia. Ten wynalazek dowodzi, że moi przodkowie mieli talent matematyczny, który jest widoczny do dzisiaj u niektórych żyjących członków naszej rodziny. Można by tu zaryzykować stwierdzenie, ze moi przodkowie, Wapniacy-Siemion, byli Słowiańskimi Pitagorasami, swoich czasów.&lt;br /&gt;Sytuacja taka trwała ponad tysiąc lat, rod nasz się rozrastał ale pozostawał ciągle plebejski. Jego matecznikiem ciągle pozostawało podnóże Zamku w Olsztynie, zlokalizowanego na szczycie góry wapiennej.&lt;br /&gt;Moda na jaskinie z upływem czasu zanikła z powodów demograficznych i przemieszczania się populacji na tereny płaskie, rolnicze, gdzie nie było warunków do dłubania jaskiń. Co bogatsi zaczęli budować kurne wille z modrzewia a biedniejsi świerkowe. Mój przodek obserwując zanikający popyt na nieruchomości jaskiniowe, postanowił przeszkolić rodzinę w nowej technologii wypalania wapna, którą sam ulepszył i uśredniowiecznił. W tej dziedzinie wyprzedził historię, jako, że z czasem Polacy zaczęli budować dom i zamki murowane, do budowy których wapno było nieodzowne. Podobno Polska murowana jest zasługą jednego z moich przodków który podsunął ten pomysł królowi Kazimierzowi Wielkiemu, o którym wiemy, że zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną ( z kamienia wapiennego).&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: 19.2pt;"&gt;&lt;span lang="PL" style="color: #333333; font-family: Georgia;"&gt;Jak stare dokumenty wskazują moi przodkowie byli ludźmi religijnymi i tak jak to był wtedy w zwyczaju, po zrobieniu znacznego szmalu na handlu jaskiniowym, wybierali się w podróże dziękczynne do Ziemi Świętej, znanej dzisiaj pod nazwą Izrael. Z jednej z tych podróży na Bliski Wschód mój przodek, poza relikwią w postaci paznokcia Świętego Jana „Pazernego”, otaczającego opieką bankierów, &amp;nbsp;przywiózł nasiona lnu, zwane „siemie lniane” i wedle podpatrzonych tam praktyk zaczął uprawiać len, dając początek polskiemu przemysłowi tekstylnemu. Z powodu tego właśnie siemienia lnianego, rod mych przodków&amp;nbsp; zwany wapniakami, zaczęto nazywać &amp;nbsp;Siemionami.&lt;br /&gt;W roku 1410 Król Władysław Jagieło rozesłał wici, że wojna z Krzyżakami wisi na włosku (jego brody) i każdy zdolny osiąść konia winien stawić się na Mazurach, w okolicy Giżycka aby „dać popalić” tym wrednym Krzyżakom. W tym samym czasie Starosta na Zamku w Olsztynie, nie mógł, niestety, dosiąść konia z powodu trapiących go hemoroidów, nakazał więc memu przodkowi, a jego słudze, , aby wybrał się rąbać Krzyżaków w jego zastępstwie.&lt;br /&gt;Propozycja starosty była nie do odmówienia, aczkolwiek mój przodek był raczej mizernego wzrostu i kielnią lepiej niż mieczem władał. Wiedział on, że jest mała szansa, że z tej wyprawy wróci żywy do swego domu gdzie mieszkał, na kocią łapę, z cycatą Opolanką z uprzedniej branki. Męczyła go nie tyle perspektywa nieuchronnej śmierci od krzyżackiego miecza, co wizja, że jego ukochana nałożnica, w czasie jego nieobecności, bynajmniej nie będzie, jak to kiedyś się mówiło, przędła kądzieli. Na szczęście, humor mu się poprawił, kiedy wpadł mu do głowy pomysł nowej metody walki, nie wymagającej znajomości fechtunku ani konnej jazdy. Metoda ta zastosowana pierwszy raz na polu bitwy przez mego przodka została nazwana kilka wieków później Bronią Masowej Zagłady albo Bronią Chemiczną. Na szczęście Konwencja Genewska nie była jeszcze wtedy podpisana i Krzyżacy, pokonani pod Grunwaldem, nie mogli się na nią powołać, ani wytoczyć memu przodkowi procesu w Genewie, Malborku albo Norymberdze.&lt;br /&gt;W drogę na Grunwald wybrał się mój przodek, w towarzystwie kilku pachołków i kilku osiołków objuczonych workami, ze swym wynalazkiem, czyli wapnem „nie lasowanym”, żrąco-palącym w zetknięciu z wodą. Kiedy losy bitwy pod Grunwaldem się ważyły i wynik wisiał na włosku (brody Króla Jagiełły), mój przodek z grupą zdesperowanych, niepomnych na niebezpieczeństwo &amp;nbsp;olsztyńskich pachołków popędzili, gubiąc po drodze kierpce, na bosaka, w kierunku namiotu Wielkiego Mistrza i sypnęli mu i jego przybocznej drużynie, w oczy, niegaszonym wapnem. Oślepieni Krzyżacy zaczęli wydawać okrzyki bólu, które reszta armii krzyżackiej interpretowalna jako komendę do odwrotu. Uciekających Krzyżaków dobiła Polska Husaria i sprzymierzeni z nami Tatarzy. W ten sposób właśnie Zjednoczone Chorągwie Polsko-Litewskie (ZChPL) wygrały bitwę pod Grunwaldem, z wydatną pomocą mego przodka.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: 19.2pt;"&gt;&lt;span lang="PL" style="color: #333333; font-family: Georgia;"&gt;Także, ponad dwieście lat później, w roku 1655, ród Siemionów zapisał się &amp;nbsp;chlubnie w czasie Potopu Szwedzkiego w obronie klasztoru na Jasnej Górze. Siemionowie poradzili Księdzu Kordeckiemu, Przeorowi Klasztoru, zgromadzić duże ilości siemienia lnianego, które w warunkach oblężenia miało różnorodne znaczenie obronne.&amp;nbsp; Siemię stanowiło wysoko kaloryczne pożywienie dla załogi broniącej klasztoru, a także wylewane z wrzącą wodą na głowy intruzów &amp;nbsp;&amp;nbsp;śmiertelnie parzyło wspinających się na wały obronne żołnierzy Generała Mulera.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: 19.2pt;"&gt;&lt;span lang="PL" style="color: #333333; font-family: Georgia;"&gt;&lt;br /&gt;Za tę właśnie zasługę, która zaważyła na przyszłości &amp;nbsp;Korony Polskiej, Król Władysław Jagiełło, nadal memu przodkowi szlachectwo i włości, oraz gwarantował mu dostawę ( wieloletni kontrakt) oleju tłoczonego z siemienia na Dwór Królowej Jadwigi. &amp;nbsp;Włości&amp;nbsp; znajdowały się we wsi Kozie Głowy w pobliżu rodzinnego Olsztyna koło Częstochowy.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: 19.2pt;"&gt;&lt;span lang="PL" style="color: #333333; font-family: Georgia;"&gt;Nadanie to zostało potwierdzone przez Króla Kazimierza po wypędzeniu Szwedów z Polski, pomnego zasług Siemionów w obronie Jasnej Góry.&lt;br /&gt;Od tego więc czasu, od wspomnianego zagonu lnu, którego nasiona zwą się siemię lniane, nasz ród stal się rodem szlacheckim z rodowym imieniem Siemion. Jak już wspomniałem, rozbiory Polski podzieliły naszą rodzinę i jej część która pozostała po stronie pruskiej, została zgermanizowana i przyjęła nazwisko zrazu Ziemon a następnie, za zasługi w wojnie Prusko-Francuskiej, obdarzona tytułem&amp;nbsp; szlacheckim Baronów na Kozich Głowach.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: 19.2pt;"&gt;&lt;span lang="PL" style="color: #333333; font-family: Georgia;"&gt;W czasie II Wojny Światowej,&amp;nbsp; Henryk Borkiewicz ( Siemion po matce) walczył pod Monte Casino (prawda udokumentowana) kiedy w tym samym czasie, podobno, Generał Wermachtu, Baron von Ziemion planował z pułkownikiem Staufenbergiem nieudany zamach na Hitlera ( prawda nie udokumentowana).&amp;nbsp; Pogłoski, że jeden z protoplastów Siemionów przed przybyciem na ziemie słowiańskie, był Ministrem Finansów na Dworze Króla Davida, nie znalazła potwierdzenia. Prawdopodobnie pogłoski te wynikają z faktu, że niektórzy z potomków Siemionów przybyli do Ameryki w roku 1968 i mają inklinacje do biznesu i matematyki. &lt;br /&gt;Badania historyczne przeprowadził Janek Herbu Siemion, Baron von Ziemion auf Kozie Glowy.&lt;br /&gt;(pseudonim konspiracyjny Jan Czekajewski) &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-8125462643600630168?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/8125462643600630168'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/8125462643600630168'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/fantastyczna-historia-rodziny-siemion.html' title='Fantastyczna Historia Rodziny Siemion'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-1387452770805995835</id><published>2009-11-22T19:45:00.000-08:00</published><updated>2009-11-23T03:49:07.551-08:00</updated><title type='text'>FRONTALNE ZDERZENIE Z KARTOFLEM</title><content type='html'>Płynąc w roku 2008 czy 2007 z moją żoną Laurą do Anglii statkiem Queen Mary 2, miałem okazję, w czasie obiadów, dzielić stół z angielskim farmerem, z Hrabstwa Lincolnshire. Okazało się, że miał on wielkie przedsiębiorstwo rolnicze, wartości dziesiątków, jeśli nie setek milionów funtów, specjalizujące się w hodowli szpinaku i innych podobnych warzyw. Do uprawy wynajmował pola uprawne, wynoszące tysiące hektarów, w Hiszpanii, Izraelu a nawet w Maroku. W Anglii, w Hrabstwie Lincolnshire, czyścił i pakował szpinak w plastykowe torebki i rozsyłał po całej Europie. Kiedy dowiedział się, że jestem Polakiem, wspomniał, że polscy robotnicy rolni są bardzo cenieni w jego przedsiębiorstwie. Opowiedziałem mu wtedy moja przygodę na farmie w Lincolnshire i żartem wspomniałem, że celem moje dzisiejszej podróży do Anglii jest proces sadowy, jaki mam zamiar wytoczyć przeciwko farmerowi, z Hrabstwa Lincolnshire, który mnie wykorzystywał, 50 lat temu przy zbieraniu kartofli. Od tamtego czasu cierpię na bule krzyża, które się nasilają z wiekiem i uważam że mi się należy, z tego powodu, kompensata finansowa wartości kilku milionów funtów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A oto jak, 50 lat temu uszkodziłem swój kręgosłup.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiosną 1958 roku otrzymałem dyplom magistra inżyniera, na Wydziale Łączności (Elektroniki), Politechniki Wrocławskiej w specjalności elektronicznych przyrządów pomiarowych. Od kilku lat pracowałem już jako asystent w Zakładzie Urządzeń Radiofonicznych tego samego wydziału. &lt;br /&gt;Żyło mi się łatwo i nie głodno. Jednak izolacja Polski od Świata działała mi na nerwy.&lt;br /&gt;Ciekawił mnie świat, a szczególnie ten nieznany, nęcący świat Zachodniej Europy, gdzie życie toczyło się wedle innych zasad jakie znałem w PRL-u.&lt;br /&gt;Po przemianach „październikowych” w roku 1956 i względnej liberalizacji ustroju politycznego w Polsce, zaczęto wydawać paszporty na wyjazdy zagraniczne, głównie w celu odwiedzenia mieszkającej na Zachodzie rodziny. Ja niestety nie miałem żądnej cioci lub wuja za zachodnią granica i podróż na Zachód była jedynie moją mrzonką. Na szczęście mój kolega że szkoły średniej, Reniek Oduliński, o którym wiele będę pisał w mych wspomnieniach, wyjechał z wizytą do rodziny w Londynie. Jego wujek Bolesław Oduliński, żołnierz Armii Generała Andersa został po wojnie w Londynie i po liberalizacji wyjazdów, Reńka zaprosił na wakacje. Przed wyjazdem Reńka do Londynu, podsunąłem mu pomysł, aby wystarał się tam dla nas o jakieś zaproszenie na praktykę wakacyjną. Pomny mych instrukcji, Reniek w czasie swego pobytu w Londynie nawiązał kontakt z Andrzejem Stypułkowskim reprezentującym Związek Studentów Polskich w Anglii, a także pracującym dla Radia Wolna Europa. Nawiasem mówiąc, Andrzeja ojciec, Zbigniew Stypułkowski był jednym z działaczy NSZ, walczył w Powstaniu Warszawskim i był aresztowany w 1945 roku przez Sowietów razem z 16toma innymi przywódcami Polski Podziemnej. Po zwolnieniu z sowieckiego wiezienia na Łubiance, wrócił do Polski i prawie natychmiast został ukradkiem ewakuowany wraz z transportem UNRA na Zachód. Zabrał ze sobą także swego 14 letniego syna, Andrzeja, o którym mowa. Na skutek londyńskiego kontaktu z Andrzejem Stypułkowskim, Reniek wrócił do Polski z zaproszeniem dla dziesięciu polskich studentów do sezonowej pracy w Anglii przy zbieraniu owoców. Jednocześnie Andrzej Stypułkowski wymienił nazwisko Janusza Pelca, jako działacza ZSP. który być może pomoże nam w załatwieniu paszportów. Janusz Pelc będąc kierownikiem biura podróży ZSP jeździł często do Londynu, gdzie poznał Andrzeja Stypułkowskiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po Reńka powrocie do Wrocławia, zaczęliśmy się zastanawiać w jaki sposób możemy wykorzystać to zaproszenie. Wytypowaliśmy sześciu kolegów których wciągnęliśmy na „angielską listę”. Byli nimi: Reniek Oduliński, Jan Czekajewski, Karol Pelc, Leszek Szlachcic, Andrzej Witkowski i Reńka kuzyn o nazwisku Glaizer. Dla otrzymania paszportów na wyjazd „pozarodzinny” nie wystarczało zaproszenie. O paszporty na takie wyjazdy winna wystąpić jakąś organizacja, a jedyną organizacją która była upoważniona do występowania o paszporty dla studentów, był Związek Studentów Polskich czyli ZSP. Przypadkowo okazało się, że dyrektorem Biura Podróży ZSP w Warszawie, był kuzyn Karola Pelca, Janusz Pelc, o którym mówił Reńkowi Stypułkowski w Londynie. Udaliśmy się więc do niego z prośbą o pomoc w załatwieniu formalności. Dodatkowo, aby naoliwić tryby maszyny Biura Podroży ZSP, pozostałe cztery miejsca z listy londyńskiej oddaliśmy do dyspozycji pracowników Biura Podróży ZSP. Okazało się, że na tej liście poza nami, znalazły się ich dziewczyny. które później wyjechały z nami do Londynu. Starania paszportowe trwały ponad 2 miesiące i w międzyczasie angielskie owoce zostały albo zebrane, albo spadły samoistnie z drzew nie mówiąc już o truskawkach. W końcu września wszyscy dostaliśmy paszporty z wyjątkiem jednej osoby, której najbardziej paszport przysługiwał. Kuzyn Reńka, Glaizer, jedyny student w naszej grupie, z niewiadomych powodów, paszportu nie dostał. &lt;br /&gt;Ponieważ w tym samym czasie, w roku 1958, odbywała się w Brukseli Światowa Wystawa Expo 58, przy okazji wyjazdu chcieliśmy ją zobaczyć. Problem był z pieniędzmi. Każdy z nas mógł kupić w polskim banku jedynie $5. Liczyliśmy także na dochody z handlu wymiennego wódką. Każdy z nas miął po butelce albo po dwie wyborowej, a niektórzy spirytus. Bilety kolejowe do Londyny pozwolono nam wykupić za złote polskie. Wyjechaliśmy więc do Brukseli przez Berlin grupą 6 osób, jako że Karol Pelc uprzednio wyjechał na zaproszenie rodzinne do Francji i miał dotrzeć do Anglii na własną rękę. Aby przeżyć w Brukseli, wieźliśmy ze sobą duże ilości kiełbasy suchej, kabanosów a także czekoladę twardą i worek z bochenkami chleba. W czasie przesiadki w Berlinie Zachodnim worek z chlebem się otworzył i bochenki potoczyły się po peronie. W Brukseli złożyliśmy do wspólnej kasy nasze dolary i ubłagaliśmy właściciela małego hoteliku aby wynajął nam jeden duży pokój. W tym pokoju mieszkaliśmy przez 3 noce, śpiąc we dwójkę na trzech łóżkach. Muszę wspomnieć, że dziewczyny funkcjonariuszy ZSP spały osobno. Po trzech dniach właściciel hotelu nas wyrzucił. Nie mając innego wyjścia wsiedliśmy w pociąg jadący do Londynu przez Ostendę, miejscowość kuracyjna nad kanałem La Manche. W Ostendzie spodziewaliśmy sie, że pociąg wjedzie na prom i będzie kontynuował trasę do Londyny. Jakież było nasze zdumienie, a nawet przerażenie, że końcową stacją dla tego pociągu nie był Londyn ale Ostenda i stacje tą o godzinie 22.00 zamykano na klucz. Nie byliśmy samotni. W podobnej sytuacji znalazło się kilku innych studentów brytyjskich. Nie wiedzieliśmy, że w Belgii na stacjach nocować nie wolno. Ubłagaliśmy jednak zawiadowcę stacji aby zezwolił nam przenocować na stacji. Zgodził się pod warunkiem, że stacje razem z nami zamknie na klucz. Siedzieliśmy więc i pili, w towarzystwo studentów Angielskich, niechodliwą przywiezioną wódkę zagryzając resztkami kiełbasy. Skoro świt zawiadowca stację otworzył i załadowaliśmy się na prom płynący przez Kanał La Manche do Anglii. W Londynie spotkał nas wkurwiony Andrzej Stypułkowski, który nie bardzo wiedział co z nami zrobić. Spóźniliśmy się z przyjazdem o dwa miesiące. Tak czy inaczej Stypułkowski miał z nami problem, jako że truskawki i czereśnie się dawno skończyły i jedynie zostały do zebrania kartofle w Hrabstwie Lincolnshire. Wysłał nas więc do farmy w Hrabstwie Lincolnshire, gdzie zakwaterowano nas w starych barakach lotników, prawdopodobnie polskich, ze szklanym dachem. Hrabstwo Lincolnshire w okresie wojny było centrum lokalizacji polskich dywizjonów RAF. Baraki nie były ogrzewane i koce które nam przydzielone, marne i wytarte. Być może brudne, ale tego nie było widać na szarych i brązowych kocach. Nocą deszcz padał i okna w dachu przeciekały. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rankiem skoro świt pobudka, i na śniadanie czarna lurowata kawa. Co nam dano do jedzenia sobie nie przypominam. Zdaniem naszym było zbierać kartofle za koparką ciągnioną przez traktor. Płaceni byliśmy od koszyka, z tym że nie indywidualnie ale zespołowo. Grupa składała się z trzech czy czterech ludzi, mieszanej narodowości. My Polacy byliśmy w mniejszości. Koparka miała dużo większą wydajność niż nasze możliwości zbierania i po zrobieniu koła, traktor naciskał na nas z tylu. W ciągu 8 godzin, krótką przerwą na marny posiłek, nie można się było wyprostować. Jak na ironie, managerami , całego zespołu byli Jugosłowianie. Oni wtedy mieli własne paszporty i mogli jeździć po Europie jak im się podobało. Jugosłowianie nie byli nowicjuszami i znali stosunki angielskie. Przyjeżdżali do Anglii zarobić, a nie jak my turystycznie. Oni też przejęli stanowiska traktorzystów i delektowali się jak Polacy harują za marny grosz. Traktorzysta na „moim” traktorze miał tranzystorowy odbiornik, który bez przerwy grał, modną wówczas włoską piosenkę z powtarzającym się refrenem: „Volare, ho,ho... Cantare ho ho”! Później śpiewał ją nawet Luciano Pavarotti i Dean Martin. Dzisiaj, ta piosenka jest dostępna na Internecie w wykonaniu Dean’a Martin’a, pod adresem: &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;lt; http://www.youtube.com/watch?v=pTd5ISaYzOk&amp;gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Awersja do tej piosenki została mi następne 50 lat. Ilekroć później ją słyszałem zaczęło mnie boleć w krzyżu. Nigdy z życiu, ani przedtem ani po tym tak ciężko, fizycznie, nie pracowałem. Rano, następnego dnia, o godzinie 6 rano, znowu pobudka. Tym razem nie byłem wstanie wstać z pryczy. Powiedziałem kolegom (Leszkowi, Andrzejowi i Reńkowi), że mam dalszą pracę w angielskim kołchozie w dupie i wracam do Polski. Kartofle w komunizmie maja taki sam wygląd jak w kapitalizmie i niczego się tu więcej nie nauczę, mogę natomiast skrzywić sobie kręgosłup zarówno fizyczny jak ideologiczny i uwierzyć w konieczność rewolucji proletariatu. Po mej strajkowej deklaracji, ku mojemu zdumieniu, spotkałem się z miażdżącą krytyką mych polskich kolegów, którzy uważali, że moja dezercja uwłaszcza honorowi Polski i Polaków. Najbardziej pod tym względem pieklił się Leszek Szlachcic, który wziął sobie za punkt honory pokazać Anglikom jak solidnymi wyrobnikami są Polacy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja jednak postanowiłem opuścić angielski kołchoz i jechać autostopem do Londynu. Czułem się dość pewnie, jako że miałem zaskórniak w postaci 10 funtów angielskich, jakie kupiłem nielegalnie od Pana Januszkiewicza, pracownika sąsiedniego Zakładu Telekomunikacji na Politechnice Wrocławskiej. Januszkiewicz opowiadał, że w czasie wojny był zrzucony na spadochronie do Polski i że wtedy dostał te funty na „drobne wydatki” w okupowanej Polsce. Jakie było moje zdumienie w Londynie, kiedy przy próbie wymiany moich 10 funtów na drobne, mój banknot okazał się fałszywy. Na szczęście to nie ja próbowałem wymiany w banku, tylko Dzidka, kuzynka Reńka, która sprytnie podała, że właściciel banknotu już wrócił do Polski. Po prawdzie, w momencie wymiany, ja stałem przed bankiem. Po powrocie do Polski zarządzałem od Pana Januszkiewicza zwrotu pieniędzy za fałszywe funty anielskie, które od niego, z pewnym jego oporem, otrzymałem. Do dzisiaj nie mam pewności czy Januszkiewicz wiedział, czy nie, że banknot był fałszywy. Być może, że Brytyjczycy w czasie wojny drukowali fałszywe banknoty w celach finansowania dywersji na tyłach nieprzyjaciela. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tamtym czasie, w roku 1958, nie mówiłem ani słowa po angielsku. Poza Andrzejem Witkowskim, który znał początkujący angielski, tylko Karol Pelc mówił jako tako, aczkolwiek Karol nie kopal z nami kartofli, gdyż zdążył przyjechać do Anglii na śliwki czy renklody a potem, jak wynika z jego komentarza, pracował w fabryce konserw.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z Karolem spotkałem się w Londynie, po skończeniu jego pracy jako robotnika, a przed jego wyjazdem do Brukseli na Expo 58. Mój brak możliwości porozumiewania się z tubylcami odczułem bardzo upokarzająco i boleśnie. Karol na tym wyjeździe wyszedł lepiej, chyba dlatego, że już mówił dość dobrze po angielsku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Reniek Oduliński wytrwał do końca w angielskim kołchozie i zarobił pod koniec pobytu 30 funtów. Po odliczeniu mu przez właściciela farmy 15 funtów na koszty wyżywienia, Reńkowi zostało 15 funtów. Wracając do Polski, Reniek kupił z myślą o handlu, białe „futro” zrobione z syntetycznego Nylonu. Po spieniężenia futra we Wrocławiu, Reniek był w stanie kupić sobie motocykl marki Jawa 350, na którym wyjechał do Francji cztery lata później, aby już do PRL-u nie wrócić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja, natomiast po dotarciu do Londynu udałem się do domu Bolka Odulińskiego ( wujka Reńka) , który przed wojną pracował z moim ojcem na poczcie w Częstochowie. Po konfiskacie moich, fałszywych 10 Funtów przez bank jedyną moją wartością wymienną, był odbiornik tranzystorowy marki „Szarotka”. Odbiornik ten sprezentowałem mym gospodarzom za gościnę. Po dwu tygodniach wróciłem do Polski z silnym postanowieniem, że nigdy więcej nie znajdę się w sytuacji niemego, gdzie otoczenie uważa mnie za idiotę. Po powrocie do Wrocławia postanowiłem wziąć się na serio za naukę angielskiego. Razem z Andrzejem Witkowskim, później jednym z dyrektorów Centrali Handlu Zagranicznego „Elektrim”, zaczęliśmy brać prywatne lekcje konwersacji od byłego żołnierza Armii Generała Andersa, który polecił nam do nauki znakomite „angielskie rozmówki dla cudzoziemców” napisane przez Charles Ewart Eckersley’a (1892–1967). Metoda Ekersley’a była doskonała i po kilkunastu tygodniach mogłem się już jako tako porozumiewać. Świat stanął przede mną otworem. W konkluzji mogę zapewnić, mych czytelników, że bez tego wyjazdu w roku 1958 na zbieranie kartofli, moja podróż, 50 lat później, transatlantykiem Queen Mary 2, nie miałaby miejsca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałbym jeszcze nadmienić, że w czasie mojego krótkiego pobytu w Londynie udałem się do biblioteki w British Muzeum, gdzie dano mi odbitkę monografii o metodach pomiaru wilgotności różnych materiałów. Po powrocie do Polski na podstawie tej monografii napisałem swą pierwszą publikację w miesięczniku „ Pomiary, Automatyka, Kontrola” , którą z kolei ,dwa lata później, zaimponowałem profesorowi P.A. Tove z Instytutu Fizyki w Uppsali, u którego zostałem asystentem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W życiu ciekawe są daleko idące, poważne konsekwencje uprzednich, drobnych zdarzeń. Ciągle nie mogę się temu nadziwić. Wygląda mi na to, że to ostatnie zdanie, powinno być zarzewiem do poważniejszego matematyczno-filozoficznego opracowania. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jan Czekajewski&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-1387452770805995835?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1387452770805995835'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1387452770805995835'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/janek-kontra-kartofel.html' title='FRONTALNE ZDERZENIE Z KARTOFLEM'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-4535350216166894245</id><published>2009-11-16T07:40:00.000-08:00</published><updated>2009-11-16T19:32:27.421-08:00</updated><title type='text'>Sakrament Cywilnego Małżeństwa</title><content type='html'>Już rano, 10 XI,2009r  czułem, że stanie się cos niezwykłego. Nie dręczyły mnie nocne mary o zalaniu mego kraju przez afgańskich terrorystów, nogi przestały mi się pocić, przestałem także kichać z powodu alergii na jesienne pyłki. Dolar spadał na wartości i związku z tym  moja inwestycja w złote uzębienie w tym dniu wzrosła, gdyby uzębienie było na sprzedaż. Dzień zapowiadał się wspaniale.&lt;br /&gt;Było to chyba dlatego, że wieczorem przyjeżdża do nas, w drodze na Florydę, mój przyjaciel z czasów studenckich Karol P. z małżonką (nazwiska znane redakcji), któremu w pewnej mierze zawdzięczam mój dzisiejszy, cywilnie błogosławiony stan małżeński.  Dzisiaj dla uhonorowania wizyty Państwa P. kupiłem w rosyjskich delikatesach litewską bryndzę i polskie korniszony marki „ Babcia”.  Cofnijmy się jednak o lat dwadzieścia, kiedy Karol, z tą samą małżonką, odwiedzili mnie, podobnie, jak dzisiaj, w Columbus, Ohio.  Wtedy to Karol przekonał, za moimi plecami, moją dzisiejszą żonę, Laurę, że osoba moja  stanowi wartościową potencję, w którą ona winna intymnie i to szybko, zainwestować. Był to chyba ostatni dzwonek, jako że moje dotychczasowe jałowe obiady z Kandydatką (na oblubienicę) Laurą i dyskursy na temat teorii  rozwoju intelektualnego dzieci, wedle Profesora Jean Piaget, stawały się coraz bardziej nużące i obawiałem się, że któregoś dnia, w czasie takich dywagacji zasnę i spadnę z krzesła. W uprzednich moich, męsko-damskich relacjach, nigdy nie dopuszczałem do takich jałowych dłużyzn, ale w tym wyjątkowym wypadku potraktowałem sytuację naukowo czyli eksperymentalnie. Historycznie, moje uprzednie konwersantki były zainteresowane jedynie stanem mego konta bankowego, po zapłaceniu alimentów, nigdy nie filozofią rozwoju intelektualnego dzieci.  Nigdy też nie przypuszczałem, że Kandydatka na Oblubienicę, Laura, którą poznałem kilka tygodni temu na wieczorze tanecznym dla „samotnych”, zostanie 15 lat później moja uświęconą cywilnym sakramentem, żoną. Ówczesna Karola interwencja w mój stan cywilny i życie erotyczne, wynikała chyba z moralnego zobowiązania, jako że byłem we Wrocławiu, , trzydzieści (30!) lat temu ( dzisiaj już 50!), .świadkiem na jego, pierwszym i jedynym ślubie. Kto tam wie, a może Karol, po prostu, chciał mi się zrewanżować, czyli odegrać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od tamtej nocy,  dwadzieścia (20) lat temu, po wspomnianej już konspiracyjnej rozmowie z Karolem P., Kandydatka Laura nie tylko zaczęła dzielić moje „queen size” łoże, ale także zacieśniać moja przestrzeń życiową. Nagle, moje szafy zaczęły się zapełniać damską garderobą , a zwłaszcza butami na tzw. szpilkach. Nie walczyłem aktywnie z tym zjawiskiem, jako że już od wielu lat przestałem ubierać się w garnitury, krawaty i marynarki, w związku z czym potrzeby przestrzenne mojej  garderoby się kurczyły.  W owym czasie małżeństwo z kimkolwiek wykluczałem z powodów zdrowotnych. Mianowicie miałem na nie alergię wywołaną uprzednim dwukrotnym przedawkowaniem tym produktem.  Niemniej, albo bynajmniej, nie unikałem w mym życiu  ciepła duszy, a przede wszystkim ciała kobiety.  Ta sytuacja trwałaby w nieskończoność, gdybym po dziesięciu latach nie spotkał, wspomnianej Laury, z którą po zadzierzgnięciu intymnej znajomości, żyliśmy trzynaście (13) lat w błogim szczęściu, czyli bez rękoczynów. Któregoś jednak poranka, a był to pierwszy dzień wiosny roku 2002, któreś z nas wspomniało mimochodem, jakby dla zgrywy, że może warto by przekwalifikować nasze związki z kandydackich na legalnie, gdyż drakońskie 50% podatki spadkowe  dodadzą się do cierpień i tak już zmartwionej wdowy, lub wdowca. Także, w krytycznej sytuacji, kiedy trzeba będzie wyciągnąć wtyczkę z kontaktu elektrycznego  respiratora (aparatu do sztucznego oddychania), nikt z nas, nie będący małżonkiem, nie będzie do takiej decyzji uprawniony.  Ponieważ obydwoje rozumieliśmy  powagę sytuacji,  decyzja o zalegalizowaniu naszego związku zapadła jednogłośnie i bezkonfliktowo. Ubrawszy się  więc galowo (ja w marynarkę i krawat) udaliśmy się do sądu powiatowego, aby za $15 kupić licencję na ślub i w ciągu następnej godziny zawrzeć małżeństwo przed obliczem sędziego, który takim ceremoniom przewodniczy. &lt;br /&gt;W okienku sprzedającym licencje nie było kolejki, więc w pięć minut tą sprawę mięliśmy z głowy. Gorzej było z terminem ślubu.  Sekretarka sędziego sprawdziła harmonogram jego obowiązków i stwierdziła, że najbliższa data takiej możliwości jest w sierpniu. Tak długi okres czekania mi nie odpowiadał, gdyż  cały dzisiejszy wysiłek we wiązaniu krawata skończyłby na śmietniku historii. Widząc rozpacz na naszych obliczach, wzruszona naszym entuzjazmem sekretarka, poinformowała, że w odległości 300 metrów na południe, wzdłuż tej samej ulicy Wysokiej ( High Street) mieści się „Ślubna Kaplica”, która daje śluby, można powiedzieć, z marszu albo  „przez próg”, czyli każdemu kto wejdzie przez jej próg i zapłaci wymienioną w cenniku sumę. Tam żeśmy więc piechotą  podążyli, obawiając się kłopotów z parkowaniem na ruchliwej ulicy. Rzeczywiście Kaplica Ślubów tam istniała i istnieje do dzisiaj, położona w strategicznym miejscu, otulona z dwu stron biurami prawników, ofiarujących szybkie i tanie rozwody. Nieco dalej zauważyłem piekarnię sprzedającą „begels” (obwarzanki) panów Einsteina i Brosa , gdzie po ceremonii sakramentu, oblubienicy mogą wydać przy kontuarze, na stojąco, przyjęcie weselne.&lt;br /&gt;Po zapukaniu, drzwi Kaplicy Ślubów tworzyła nam kobieta w średnim wieku, ubrana schludnie ale przeciętnie ( bez ornatu, stuły lub togi) i zapytała uprzejmie, oczywiście w dominującym tu, w Ohio, języku angielskim: „Co chcą?”. A ja, zgodnie z wykwintnymi manierami jakich nabyłem jeszcze w PRL-u, zapytałem uprzejmie, w tym samym języku, aczkolwiek z częstochowskim akcentem: „Co tu dają?”. A no śluby. A jaki sobie życzą? Kościelny, czy Cywilny?&lt;br /&gt;Na to ja: A który tańszy?. Tańszy jest  Cywilny, za jedyne  $100, brzmiała odpowiedź.&lt;br /&gt;Za kościelny wybulicie $150.- A dlaczego kościelny droższy, zapytałem? Cywilnych ślubów udzielam ja, natomiast śluby kościelne udziela mój małżonek, który ma licencją kapłańską. Licencja i jego studia teologiczne kosztują, więc i ślub jest droższy. Musimy sobie odbić inwestycje. Przez wrodzoną delikatność nie zapytałem, w jakim obrządku  „kościelne” śluby są wydawane i czy w ramach zawierania ślubu jest włączona cena ewentualnej zmiany orientacji religijnej, czyli wyznania.  &lt;br /&gt;Pani „cywilny ksiądz” zaprosiła nas do wnętrza, i zaczęła wertować kartki z papieru na których miała napisane kilka formuł wypowiadanych w czasie obrządku. Po wybraniu właściwej dla nas kartki, przed samą ceremonią zapytała, czy życzymy sobie kwiaty. Plastykowy bukiet był na podorędziu za jedyne $20.-. Gdybyśmy reflektowali  także na okolicznościowe zdjęcie (z kwiatami)  dodatkowy koszt wynosił $15.-  Dowiedzieliśmy się także, że opłaty za ślub i akcesoria są przyjmowane jedynie w gotówce. &lt;br /&gt;Przez wrodzoną oszczędność z wyżej wymienionych akcesoriów zrezygnowałem i podniosły proces zawierania małżeństwa się zaczął. Ponieważ piszę te wspomnienia siedem lat po fakcie, więc wzajemnych przyrzeczeń i obowiązków, do jakich się wtedy zobowiązałem, dokładnie już nie pamiętam. Niemniej coś tam było, że pozostaniemy….. do śmierci,  a może do legalnego rozwodu wedle praw Stanu Ohio. &lt;br /&gt;Jedno wydarzenie zapadło mi głęboko w pamięć i prawie że sparaliżowało całą ślubną operację. Kiedy pod koniec odczytywania ceremonialnej formuły , Pani Ksiądz wypowiedziała sakramentalne:„No to teraz możecie sobie wymienić obrączki”. Blady strach padł nam na oblicza, jako, że o konieczności obrączek żeśmy kompletnie zapomnieli. Pomyślałem sobie, że cały dzisiejszy wysiłek fizyczny i  trzynaście lat przełamywanie oporów psychicznych, prysnął jak bańka mydlana, albo inwestycyjna. Najbardziej mnie martwiło, że opłata $100 za ślub była bezzwrotna. Zdziwiony byłem, że taka szanowna instytucja, jak Kaplica Ślubów, nie wliczyła w koszty ślubu, aluminiowych lub plastykowych obrączek do jednorazowego użycia. Pani Ksiądz jednak nas uspokoiła, że nasze małżeństwo bez obrączek też będzie legalnie ważne w Stanie Ohio, no i chyba także przed Panem Bogiem, jak przyjdzie z doczesnego życia się rozliczać. Co do otrzymania  przepustki do nieba, Pani Ksiądz nic nie gwarantowała, ale wspomniała, że prawdopodobnie, szef biura niebiańskich paszportów, Święty Piotr, jej śluby respektuje, gdyż, od dłuższego czasu, nie miała żadnych reklamacji  w tej sprawie. Brak uprzednich reklamacji stanowi więc dobrą wiadomość na dzisiaj. &lt;br /&gt;Uduchowieni, wychodząc z Kaplicy, minęliśmy inną parę kandydującą do ślubu. Była to para kolorowo mieszana, w towarzystwie dwojga dzieci, z który jedno dwuletnie, miało problem z przekroczeniem progu. Jestem pewien że mieli złote ślubne obrączki na ta podniosłą uroczystość. Życzyliśmy im wszystkiego najlepszego.&lt;br /&gt;Wieczorem, już jako „Nowożeńcy”, zaprosiliśmy na skromne wesele dwoje moich dorosłych już dzieci, Ryszarda i Tinę,  z ich współmałżonkami. Na weselu jedliśmy zalewajkę, jaką ugotowałem na kwasie kiszonym wedle przepisu mojej babci, Marii Borkiewicz, nazwisko panieńskie Siemion, chłopki rodem ze wsi Janów k/Częstochowy. Przypuszczam, Babcia na pewno by nasz związek pobłogosławiła, aczkolwiek w swym życiu, z zasady wychodziła za mąż, nie za rozwodników, ale za wdowców.  Nasze cywilne wesele skończyło się  przykładnie jako, że nikt nikomu kłonicą głowy nie nadwerężył, ani opony w Mercedesie scyzorykiem nie przebił. Goście rozjechali się do domów trzeźwi, w dobrym, nienaruszonym zdrowiu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja cywilnie ślubna żona nigdy nie robiła mi aluzji co do faktu, że nasze małżeństwo, z mojej grzesznej winy, nie jest kościelne. Dlatego też dla jej utwierdzenia, że moje intencje w dziedzinie matrymonialnej są perspektywiczne, a nawet honorowe, nakazałem  wyryć w kamieniu, na wieczność, na frontalu naszej skromnej lepianki, nazwę:„Villa Laura” . &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SwGuXRO59tI/AAAAAAAAAh4/hIUKBGY_Dxw/s1600/chapel.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SwGuXRO59tI/AAAAAAAAAh4/hIUKBGY_Dxw/s640/chapel.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&amp;nbsp;Kaplica Slubow&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SwGvQDC6HAI/AAAAAAAAAig/wmkkN6IT2rI/s1600/house.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SwGvQDC6HAI/AAAAAAAAAig/wmkkN6IT2rI/s640/house.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;Lepianka: "Villa Laura"&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SwGvYyc3DhI/AAAAAAAAAio/Z1CPiLx03PA/s1600/door.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SwGvYyc3DhI/AAAAAAAAAio/Z1CPiLx03PA/s640/door.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;Laura Wykuta w Kamieniu(po prawej stronie)&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SwGvkLC5ouI/AAAAAAAAAiw/UWLSyONXbdc/s1600/bagels.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SwGvkLC5ouI/AAAAAAAAAiw/UWLSyONXbdc/s640/bagels.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Miejsce Weselne-Obwarzanki Panów Einstein i Bros&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-4535350216166894245?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4535350216166894245'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4535350216166894245'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/sakrament-cywilnego-mazenstwa.html' title='Sakrament Cywilnego Małżeństwa'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SwGuXRO59tI/AAAAAAAAAh4/hIUKBGY_Dxw/s72-c/chapel.JPG' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-6579415881434743903</id><published>2009-11-06T20:34:00.000-08:00</published><updated>2009-11-06T20:34:21.644-08:00</updated><title type='text'>Villa Laura widok z okna</title><content type='html'>&lt;a href='http://3.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvT4zC7M2uI/AAAAAAAAAgk/wsExn6Eu3ak/s1600-h/IMG_0780.jpg'&gt;&lt;img src='http://3.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvT4zC7M2uI/AAAAAAAAAgk/wsExn6Eu3ak/s320/IMG_0780.jpg' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;div style='clear:both; text-align:NONE'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-6579415881434743903?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/6579415881434743903'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/6579415881434743903'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/villa-laura-widok-z-okna.html' title='Villa Laura widok z okna'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvT4zC7M2uI/AAAAAAAAAgk/wsExn6Eu3ak/s72-c/IMG_0780.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-2829669367103610211</id><published>2009-11-06T20:21:00.000-08:00</published><updated>2009-11-06T20:21:20.227-08:00</updated><title type='text'>Donos na Donosiciela</title><content type='html'>&lt;b&gt;Jan Czekajewski&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;Na początek chciałbym zapodać, że mój pseudonim operacyjny nie był „Bolek” , tylko „Janek” a czasami „Johnek”.  Przyznaję się też, bez bicia i topienia ( na desce), że informacje  pisałem, ale donosił je mój przyjaciel z ławy szkolnej, Reniek Oduliński. Czyli była to praca zespołowa i dwuosobowa.  A było to jak następuje.  Kiedy 48 lat temu, we wrześniu 1961 roku, wróciłem do Wrocławia po mym pierwszym pobycie w Szwecji gdzie pracowałem jako asystent w Instytucie Fizyki Uniwersytetu w Uppsali, mój powrót wywołał zrozumiałe zdumienie, a zgodnie z urzędowa procedurą, podejrzliwość w  Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego zwanego potocznie UB. W owym czasie, jeśli komuś udało się wyrwać z objęć siermiężnego socjalizmu Towarzysza Gomółki, już do takiej Polski nie wracał. Dlaczego więc Czekajewski wrócił? Czy wrócił z zadaniem spenetrowania obronności krajów Paktu Warszawskiego, czy tez moim zadaniem było moralne rozłożenie Polski Ludowej metodą szeptanej propagandy lub co gorsza drwiny? Przed takim dylematem postawiłem, bezwiednie czyli niechcąco, cały aparat wrocławskiego UB.&lt;br /&gt;Myśliciele z urzędu wojewódzkiego UB nie mogli moich intencji rozszyfrować, aczkolwiek sprawa była niezwykle prosta. Byłem oczarowany, a raczej zaczadzony obfitym biustem pewnej studentki medycyny z Lodzi, a moje oczarowanie było w konflikcie moralnym z niefortunnym, a raczej przedwczesnym, związkiem małżeńskim, do jakiego skłoniła mnie przed wyjazdem do Szwecji inna urocza Wrocławianka. Będąc wychowany na poezji romantyków, wierzyłem wtedy w monogamie uczuciową ( proszę nie mylić z małżeńską) i dlatego, aby nabrać oddechu i perspektywy na spawy moralne, po powrocie do PRL-u, zamiast wrócić do mej kawalerki we Wrocławiu na ul. Podwale, gdzie mieszkała moja ślubna podwójnie, bo cywilnie i kościelnie, Wrocławianka, wyprosiłem  kąt i łóżko u mego kolegi szkolnego, Reńka Odulińskiego. Reniek dostał, po studiach na Politechnice Częstochowskiej, „nakaz pracy” i pokój „gościnny” we Wrocławskiej Fabryce Urządzeń Przemysłu Spożywczego przy ul. Krakowskiej na przeciwko „Parowozowni”. Mieszkanie Reńka było iście spartańskie, gdyż pozbawione łazienki i cieplej wody. Skarpetki trzeba było prac w zlewie, które to doświadczenie przydało mi się właśnie teraz, we wrześniu 2009, kiedy mieszkając w pięciu gwiazdkowych Hotelu „Monopol”, skarpetki musiałem prac w bidecie. Chciałbym ostrzec bogatych turystów, że granitowe umywalki w Hotelu „Monopol”, po jego wykwintnej renowacji, mogą spełniać role spluwaczek, ale do mycia się ani do przepierki skarpetek się nie nadają, z uwagi na swą  centymetrową głębokość, a raczej płytkość. Ponieważ obserwacje agentów nie stwierdziły u mnie wyjazdów w okolice Legnicy, gdzie koncentrowały się siły zbrojne Paktu Warszawskiego do ataku na wojska NATO, zwrócono się do Reńka aby napisał charakterystykę mej tajemniczej osobowości. Być może zakładano, że śpiąc w tym samym co ja pokoju, Reniek podsłuchał tajemnice, które wyjawiam mamrocząc przez sen albo, że wyjawiam je nieopatrznie w pijanym widzie. Reniek  zwrócił się do mnie z zapytaniem, czyżbym mu nie pomógł  w tym trudnym i ambitnym polonistycznym zadaniu,  gdyż Reniek w polskiej ortografii był biegły ale w składni słaby. Chciałbym tutaj wyjaśnić, że nowe kwestionariusze UB z gotowymi już zeznaniami, opracowane przez bratnią organizację w Związku Radzieckim, nie były jeszcze w powszechnym użytku. Chętnie się więc zgodziłem na pomoc koledze, pomny wielu okazji, kiedy Reniek uchronił od zdeformowania moje arystokratyczne (z wyglądu) oblicze i uzębienie. Chuligani na zabawach tanecznych mylnie przyjmowali mój zalotny ( dla Pań)  uśmiech, jako drwiący i zwykle robili wysiłki aby mi dokopać.  Obecność Reńka u mego boku chłodziła ich młodzieńcze ambicje. Należy tutaj dodać, że Reniek zawsze górował ode mnie wzrostem i tężyzna fizyczną i dlatego pełnił i pełni do dzisiaj funkcję mojego Honorowego Body Guard, czyli Ochroniarza. W pisaniu donosu najtrudniejszym było, że nic ujemnego o sobie nie mogłem wymyślić, a do głowy przychodziły mi wyłącznie same superlatywy. Bez ujemnych informacji, całkowicie pozytywna charakterystyka budziłaby podejrzenie fałszywki. Po namyśle, doszedłem do wniosku, ze władza musi znać mój niewyparzony język i że z PRL-u i komuny „robiłem balona”. Zapodałem, więc w mym elaboracie, że Czekajewski ma szkodliwe dla PRL-u poczucie humoru, ale w gruncie rzeczy, w głębi serca, jest socjalistą, bo do kościoła nie chodzi, a zaświadczenie o odbyciu spowiedzi, konieczne do własnego ślubu, własnoręcznie sfałszował. Na dodatek, wbrew naciskom zacofanej rodziny, kleru i dewotek, Czekajewski nie poddał się bierzmowaniu!&lt;br /&gt;Reniek własnoręcznie przepisał mój elaborat poprawiając błędy ortograficzne na „rz” i „ó”, z którymi walczyłem od dzieciństwa, a których obecność mogłaby mnie zdekonspirować. Reniek podpisał go własnym nazwiskiem (jako że nie nalegałem na uprawnienia autorskie) i zaniósł na umówione spotkanie z „oficerem kontrolującym” czy też „prowadzącym”.&lt;br /&gt;W czasie następnego „kontaktu Władzy Ludowej” z Reńkiem przy kawie i ciastku zwanym„wuzetka”, w kawiarni Kryształowa, jego „kontakt” pogratulował Reńkowi  talentu, który pozwolił mu  spenetrować zagadki i tajniki duszy Jana Czekajewskiego.  „Panie Reńku, takiego świetnego opracowania jeszcze żeśmy nie mieli”. W tym chyba oficer trochę przesądził, bo na pewno dużo literacko lepsze donosy pisał znany wrocławski literat, Hrabia Wojciech Dzieduszycki, do czego się sam przed śmiercią przyznał. Oficer kontaktowy zapewnił Reńka, że kiedykolwiek by zechciał odbyć podróż na wrogi nam, ale interesujący Zachód, otrzymanie paszportu nie będzie stanowiło dla niego problemu. Panie Reńku, niech Pan się nie krępuje i proszę dzwonić do mnie, jeśli jakaś pomoc będzie potrzebna, oficer zaoferował.&lt;br /&gt;Kiedy już władza ludowa znała moją duszę na wylot, pewnego ranka podszedł do mnie młody człowiek na przystanku tramwajowym ubrany dla kamuflażu w wyświechtany, można by powiedzieć plugawy, długi płaszcz i powiedział, że pewien człowiek z kontrwywiadu chciałby ze mną porozmawiać na temat mego pobytu w Szwecji. Zaproszono mnie więc do tego samego hotelu „Monopol”, w którym mieszkałem z Reńkiem we wrześniu 2009 roku, gdzie, kontrwywiadowiec odebrał klucz od portiera i zaprowadził mnie do apartamentu nr. 101 na pierwszym piętrze, w którym wedle jego opowieści mieszkał Hitler, kiedy przyjeżdżał do Breslau. Jak się domyśliłem luksusowy apartament był wynajmowany „na godziny”, do celów oszołomienia „interesantów” UB-owskim przepychem.  Tam poprosił mnie o informacje o mym zajęciu w Szwecji, czym się szczerze podzieliłem, popierając swe zeznania właśnie otrzymaną odbitka publikacji w czasopiśmie amerykańskim „Electronics”, opisującą skonstruowany przeze mnie przyrząd do liczenia nietoperzy zamieszkujących szwedzkie jaskinie. Moje wiadomości o nietoperzach nie wzbudziły wielkiego zainteresowania, mimo że są to zwierzęta tajemnicze, łatające w ciemności i posługujące się własnym radarem. Z kolei opowiedziałem oficerowi o bardzo mdłej diecie, do jakiej byłem zmuszony jadając w stołówce szpitala uniwersyteckiego, ale oficer nalegał żebym coś zapodał o ludziach. Ku memu zdumieniu, także moje informacje o Szwedkach, które traktują nas męższczyzn, użytkowo i fizjologicznie, a nie jak nasze Polki, duchowo i uczuciowo, nie znalazły u niego spodziewanego zainteresowania. Wyraźnie pruderyjny kontrwywiadowca bąknął, że „my wszystko o Szwedkach wiemy”, chodzi nam o Polaków, którzy szkalują PRL, „srając we własne gniazdo”. Niestety nic nie wiedziałem o Polakach, szczególnie takich co srają we własne gniazda,  więc oficer skończył wywiad ze mną i uprzejmie nakazał, nieco zdegustowany, abym niepozornie opuścił apartament Hitlera, nie czekając na niego.&lt;br /&gt;Apartament 101 zapadł mi głęboko w pamięć i kiedy  w roku 1990 przyjechałem ponownie do Wrocławia  z moja amerykańską, wówczas jeszcze nieślubną małżonką, nalegałem żeby zamieszkać w tym samym apartamencie. Moja współtowarzyszka łóżka i stołu nie wiedziała, że szczególną uciechę miałem w toalecie,  kiedy siusiając, puszczałem wodze fantazji wyobrażając sobie, że czasami siusiam na spodnie Furera a czasami na głowę pracownika UB-owskiego kontrwywiadu. &lt;br /&gt;O ile sobie przypominam, w tamtych latach, przed renowacją Hotelu „Monopol”, w owym słynnym apartamencie  Nr.101 mogłem prać skarpetki w umywalce, a nie jak, 20 lat później, w  pięciu gwiazdkowym bidecie.  Do dzisiaj męczy mnie pytanie, czy Hitler też sam sobie prał skarpetki, czy prała mu Ewa Brawn. Ani wtedy ani dzisiaj nikt nie mógł mi odpowiedzieć na to pytanie.&lt;br /&gt;No a co stało się z Reńkiem? Otóż wkrótce po tych wydarzeniach „donosiciel”  Reniek opuścił PRL pojazdem jednośladowym marki Jawa 350,  ze zdecydowanym przekonaniem, że do niego nie powróci, tak długo jak długo PRL będzie istnieć, motywując, że jego stała wrocławska dieta rosołu z makaronem i rurek z kremem mu doszczętnie obrzydła. Tak się złożyło, że po prawie 50 latach, przybyłem  z Reńkiem do Wrocławia i zamieszkaliśmy w tym samym hotelu „Monopol”.  Teraz jednak, po powrocie do mego amerykańskiego domu, gnębi mnie niepokój czy Reniek nie zwróci się do mnie o pomoc w ocenie  mego stosunku do siłowego wprowadzania  Globalnej  Dwupartyjnej Demokracji (GDD), za pożyczone od Chińczyków pieniądze. Wiem, że Reniek mieszkając w Montrealu włada biegle językiem francuskim, ale jego opracowanie winno wyglądać porządnie i bezbłędnie w języku angielskim albo chińskim. Nie pozostanie mi więc nic innego niż wciągnąć do konspiracji moją małżonkę, Laurę, która język amerykański wyssała z mlekiem matki. Jaki z tego wniosek? A no taki, że Świat i Historia nie są płaskie, ale okrągłe, jak jedziesz daleko lub długo, to w końcu wrócisz w to samo miejsce.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-2829669367103610211?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/2829669367103610211'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/2829669367103610211'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/donos-na-donosiciela.html' title='Donos na Donosiciela'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-4263890328872165099</id><published>2009-11-06T20:17:00.000-08:00</published><updated>2009-11-06T20:17:16.426-08:00</updated><title type='text'>Finansowe Objawienia na ulicy Świdnickiej</title><content type='html'>Historia dokumentuje różne objawienia. Jedno z bardziej popularnych zdarzyło się Mojżeszowi na Górze Synaj, inne nieco później memu imiennikowi Janowi Ewangieliście o Apokalipsie a jeszcze inne Archimedesowi z Syrakuz, podczas kąpieli w wannie o zasadach hydrostatyki. Moje objawienie miało miejsce we Wrocławiu i dotyczyło finansów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Była to zima na przełomie roku  1952/53. Gazety rozpisywały się szeroko o spisku moskiewskich lekarzy na życie Wodza Narodów - Stalina oraz o jego genialnym  dialogu z niejakim Mikołajem Marrem  o początkach ludzkiego języka. Mikołaj Marr miał szczęście umrzeć przed 13 laty, wiec jego lingwistyczne  różnice ze Stalinem nie mogły mu już  więcej zaszkodzić. Mnie jednak absorbowała myśl, czy będzie mnie stać  na t.zw. drugie danie w stołówce studenckiej prowadzonej przez stowarzyszenie  „Caritas” przy ul. Szewskiej. Jak wiadomo ówczesnym bywalcom tej stołówki, pierwsze danie, czyli zupa i chleb były darmowe i nie wymagały  kuponów. Kupony były potrzebna dla drugiego dania, zwykle zawierającego odrobinę mięsa. Za kupony trzeba było płacić.&lt;br /&gt;Byłem już studentem pierwszym roku Politechniki Wrocławskiej, gdzie się dostałem z pomocą mej ciotki Otylii Woyczyńskiej, która zauważyła u mnie przebłysk, a może ogarek, zdolności intelektualnych, nie zauważonych przez mych częstochowskich nauczycieli. Ciotka Otylia będąc sama nauczycielką matematyki, w czasie uprzednich wakacji, podciągnęła mnie na tyle w mej wiedzy matematycznej, że zdałem egzamin wstępny, bez protekcji. Prawdę mówiąc, ciotka moja, nie ufając ruletce egzaminu wstępnego  na Wydział Łączności  ( dzisiaj elektroniki), gdzie  na jedno miejsce kandydowało 4 kandydatów, obstawiła wszystkie możliwe szanse,  zarówno czerwone i czarne. Było to możliwe, ponieważ egzaminatorami byli jej uczniowie, których obowiązkiem było spieszenie mi z „pomocą”, na wypadek, gdybym egzamin spartolił. Na szczęście zapobiegliwość ciotki nie była potrzebna, bo egzamin zdałem bez uciekania się do „kumoterskich” koligacji.&lt;br /&gt;Ale do rzeczy.&lt;br /&gt;Idę więc sobie, już jako student , ulicą Świdnicką,  a w mych  butach z dziurawą podeszwą chlupie woda. Godzina dnia jest mi nie znana, gdyż posiadanie zegarka było wtedy dla mnie luksusem, który czekał właśnie na moje finansowe objawienie. Ząb mnie boli, ale do dentysty nie pójdę, gdyż jestem przekonany, że  niedługo umrę, gdyż cos mnie boli w prawym płucu, gdzie na Rentgenie widać zwapnioną plamę od głodnego dzieciństwa i zakażenia gruźlicą w czasie wojny. Będąc przekonany o niedalekiej śmierci, w „kwiecie wieku”, nie zamierzam  tracić pozostałego mi czasu na wizyty u dentysty. Wiem, że śmierć jednym machnięciem kosy, uśmierzy me wszystkie bule i wyleczy próchnicę. Jak powszechnie wiadomo, w trumnie uzębienie, nawet zdrowe, jest mało przydatne. Z trumny nie sposób się wygryźć. &lt;br /&gt;Po wdepnięciu do   „Delikatesów”,  mieszczących się na parterze  Państwowego Domu Towarowego, PDT,   i zaciągnięciu się wonią kabanosów, o których nabyciu mogłem jedynie marzyć, zmierzam  gnuśnym, krokiem w kierunku ul. Świerczewskiego (dzisiaj Marszałka Piłsudskiego) . Po dotarciu do rogu Placu Kościuszki bezwiednie skręcam na prawo i przez wielkie okno,  mieszczącej się tam Kawiarni „Stylowa”,  zauważam, prawie pod moim nosem, wytworne, jak mi się wydawało, towarzystwo mieszające srebrnymi ( na oko), łyżeczkami,  parzoną „po turecku” czarną kawę . Co więcej na ich talerzykach widać  smakowite (na wygląd)  torciki i rurki z kremem. Eleganccy panowie i panie są w trakcie intelektualnych dyskursów, żywo gestykulując rękoma z zegarkami  zagranicznej marki Doxa, na nadgarstkach. Przemknęło mi przez myśl pytanie, poco tym burżujom  zegarki, kiedy podobno szczęśliwi (i bogaci) czasu nie liczą. Czarę mej proletariackiej goryczy  dopełnił widok trzech wytwornych limuzyn radzieckiej marki Pobieda ,  zapakowanych niedbale, wprost naprzeciw wielkich okien kawiarni „Stylowa”. Znając ze słuchu astronomiczną cenę tych pojazdów, w myśli policzyłem, że moja rodzina musiałaby nie jeść przez lat pięć, aby zaoszczędzić na kupno takiego, nawet używanego  samochodu. &lt;br /&gt;Nagle umysł mój się rozjaśnił, a nawet zagorzał światłem wiadomości złego i dobrego. Mój gnuśny dotychczas mózg nagle pojął, że pieniądze i „bogactwo” istnieją, tutaj w naszym siermiężnym PRL-u. Ci ludzie za taflą szyby kawiarni „Stylowa” są tego dowodem. Oni mają pieniądze. Na pewno nie pracowali na Poczcie, jak mój ojciec, i nie kupili ich za głodowe pensje. Jeśli więc realne pieniądze istnieją to pozostaje tylko znaleźć  do nich drogę. Sam byłem zdumiony faktem, że nie czułem zazdrości. Byłem im nawet wdzięczny z samego faktu, że są „bogaci” i że istnieją.&lt;br /&gt; Oni byli dla mnie drogowskazem do dalszego działania. Reszta to pestka. Reszta to tylko czas i wysiłek. To objawienie możliwości dostąpienia „bogactwa” odwróciło mą uwagę od czyhającej na mnie za węgłem gruźliczej śmierci. Być może od tego momentu  plama na mym płucu zaczęła się zmniejszać leczona poprzez dietę złożoną z kabanosów  i kiełbasy myśliwskiej- suchej. Zdjęcia rentgenowskie mych płuc w następnych latach teorię tą  potwierdziły. Kilka tygodni po tym cudownym zjawisku w dolinie rzek Odry i Oławki,  me finansowe objawienie stało się rzeczywistością i to w  odległości zaledwie 200 metrów od Kawiarni „Stylowa”, w budynku Opery Wrocławskiej. Tam właśnie  z kilkoma kolegami, dostałem pierwsze zatrudnienie jako „statysta”. Bez mego udziału, sukcesy  baletu osnutego na tle chińskiej rewolucji, pod tytułem „Czerwony Mak”, lub baletu „Fontanna Bachczysaraju” , byłyby pod znakiem zapytania.  Za pierwsze pieniądze zarobione w roli „aktora”  kupiłem sobie zegarek. Nowe buty musiały jeszcze poczekać do następnego roku. Na razie je podzelowałem.&lt;br /&gt;Musze wspomnieć, że najbardziej sobie chwaliłem rolę w balecie „Czerwony Mak”, gdzie grałem rolę chińskiego burżuja, ubranego w czarny smoking, siedzącego w kawiarni w Szanghaju, popijającego szampana, w czasie kiedy za oknem policja, na zlecenie kapitalistów,  biła nahajami robotników. Nie przypuszczałem wtedy, że 50 lat później taką rolę, aczkolwiek bez smokingu, nahajki i policji, będę odgrywał  w życiu codziennym.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Aczkolwiek w mym życiu nikomu nie zazdrościłem sukcesu czy bogactwa, muszę przyznać, że jednym z elementów napędowych mej działalności były przykre wspomnienia o biedzie i upokorzeniach mych rodziców  przyjmujących  od  stryja weterynarza z Radomska zawiniętą w gazetę świńską wątrobę, a od drugiego z Kłomnic zdechłą na „pomór”, oblepiona gliną (dla konserwacji) kurę . Z perspektywy 70 lat widzę siebie, że byłem dzieckiem krnąbrnym i dumnym co mi chyba na resztę życia zostało.   Późniejsze własne doświadczenia dodały się do wspomnień z biednego dzieciństwa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziesięć lat później, już jako inżynier, ciągle jeszcze biedny ale już nie głodny, znalazłem się  w Szwecji bez własnego samochodu. Pewnej nocy, zimową porą, człapiąc po mokrym śniegu z Instytutu Fizyki do oddalonego o kilka kilometrów  wynajętego na mieście pokoju, spostrzegam, że wielki czarny Mercedes z atrakcyjną  blondynką za kierownicą zwalnia biegu i staje przy mnie, wzdłuż krawężnika.  Blondynka spuszcza okno samochodu i pyta mnie o drogę. Wydało mi się, że raczej ciekawa była, kto w taką psią pogodę zmierza na piechotę, pustą ulicą? Może miała litość nad zmarzniętym biedakiem a może chciała mnie podwieźć. Zagadnięty odpowiedziałem po angielsku,  z wyraźnym polskim akcentem, którego nawet dzisiaj, po 40 latach w Ameryce, się nie pozbyłem. Wtedy atrakcyjna dziewczyna bez słowa zamknęła okno i ze skrzypem opon odjechała. Pozostał mi niesmak  upokorzenia podobny chyba do odczucia żydowskiego arendaża któremu zbankrutowany i zapożyczony u niego hrabia kazał wchodzić do pałacu kuchennymi schodami. Wydawało mi się, że „bogata” Szwedka oceniła moją osobę jako nie godną jej towarzystwa. Być może, że prawda była inna i niewinna, a moja ocena sytuacji były wynikiem mych kompleksów biedaka. Niemniej takie właśnie kompleksy  przełożyły się w mym życiu na czyny. &lt;br /&gt;Powiedziałem sobie wtedy :Nigdy Więcej Biedy!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieco później, moje życie towarzyskie w Uppsali ograniczało się do częstych potańcówek organizowanych przez kluby studenckie, zwanymi tam Nacjami (Korporacjami). Potańcówki były dobrą gimnastyką, ale nie dla gimnastyki tam chodziłem. Liczyłem na to, że moje talenty baletowe ( w Boogie-Woogie) przełożą się na seksualne uniesienia. Niestety w większości wypadków do domu akademickiego w  dzielnicy Eriksberg, wracałem sam. Kiedyś jednak na jednej z takich potańcówek zainteresowała się moją osobą urodziwa dziewczyna, Szwedka, która o dziwo, nie mówiła po angielsku. Ponieważ moja znajomość  języka szwedzkiego była znikoma komunikacja między nami więc była, nazwijmy ją, cielesna. Na szczęście jej koleżanka tańczyła ze Szwedem, który mówił dość dobrze po angielsku i posłużył nam za tłumacza. Kiedy o godzinie drugiej w nocy tańce się skończyły, panie zaproponowały abyśmy spędzili resztę nocy w ich pobliskim mieszkaniu.&lt;br /&gt;Po dotarciu do miejsca spodziewanej wymiany proponowanych usług erotycznych, zauważyłem, że mój „tłumacz”  szeptem konferuje z moja partnerkę od tańca. Zapytałem go, co waćpannę  interesuje, jako że moja prezencja fizyczna i poczucie rytmu (w tańcu) winny być dla niej oczywiste. A także nie było dla nikogo  tajemnicą, że nie śmierdziałem groszem. Szwedzki „tłumacz” wyjawił, że moja bogdanka interesowała się inteligencją mej osoby jako, że bariera językowa uniemożliwiała jej osobistą ocenę mych intelektualnych kwalifikacji. Dla pewności, przed rzuceniem się w szał erotycznych uniesień,  zaciągała opinii osoby postronnej i wiarygodnej. &lt;br /&gt;Wiadomość ta sprawiła, że nagle moje erotyczne uniesienie sczezło, a uciekając się do botanicznej analogii, skurczyło się z wymiarów dorodnego ogórka do pojedynczego źdźbła szczypiorku. Ratując się od zupełnej kompromitacji umknąłem na klatkę schodową i dalej piechotą do domu,  zostawiając mego tłumacza  w towarzystwie dwu zdezorientowanych sytuacją  panienek. Czy mój tłumacz się „intelektualnie” spisał, czy też nie, nigdy się nie dowiedziałam, gdyż ani jego ani żadnej z tych kobiet nigdy już nie spotkałem. Niemniej, po tym zdarzeniu pozostał mi niesmak i upokorzenie, które w pewnej mierze stało się siłą napędową do poprawy własnej pozycji u Pięknych Pań  na resztę emigracyjnego życia.&lt;br /&gt;Czyli, nigdy nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, albo nigdy nie jest tak źle aby nie mogło być gorzej. Także wtedy powiedziałem sobie: Nigdy Więcej …..!&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Kiedy w Ameryce, wiele lat później, w rożnych sytuacjach zagabywały mnie już nie panienki, ale doświadczone życiowo panie,  nie interesował ich już mój poziom intelektualny. W myśl amerykańskiej zasady -„Czas to pieniądz” , pytały : „Czy jesteś rozwiedziony i ile płacisz alimentów?” W takich wypadkach zwykle odgrywałem rolę, męża porzuconego przez ambitną kobietę poświeconą całkowicie swej karierze w wielkim banku inwestycyjnym, Merrill Lynch. Utrzymywałem, że moja była żona była kobietą, której ambicji i karierze nie zdołałem dorównać. Co do alimentów, to owszem alimenty dostaję, gdyż dochody mej byłej żony dziesięciokrotnie przekraczają moje. Niestety, albo na szczęście, moje interlokutorki nagle traciły zainteresowanie mą szarą, pozbawioną ambicji osobą i dzięki temu, w miarę upływu czasu, zostałem człowiekiem zamożnym a nawet bogatym. Co więcej rozwody, ani krach na giełdzie, nie uszczupliły mojej, jak to mówią prawnicy, „ masy spadkowej”. Ciekawym zbiegiem okoliczności moje „aktywa” trzymam na kontach w tym samym banku, którym, podobno, kiedyś zarządzała moja ambitna,iluzoryczna, była żona. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jan Czekajewski&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-4263890328872165099?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4263890328872165099'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4263890328872165099'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/finansowe-objawienia-na-ulicy.html' title='Finansowe Objawienia na ulicy Świdnickiej'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-7220906804599713869</id><published>2009-11-06T20:08:00.000-08:00</published><updated>2009-11-06T20:09:02.943-08:00</updated><title type='text'>Villa Laura łazienka</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTy3u4DGKI/AAAAAAAAAgc/AWsJmDrdkHk/s1600-h/IMG_0422.jpg"&gt;&lt;img border="0" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTy3u4DGKI/AAAAAAAAAgc/AWsJmDrdkHk/s320/IMG_0422.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style='clear:both; text-align:NONE'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-7220906804599713869?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/7220906804599713869'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/7220906804599713869'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/villa-laura-azienka.html' title='Villa Laura łazienka'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTy3u4DGKI/AAAAAAAAAgc/AWsJmDrdkHk/s72-c/IMG_0422.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-1758131106231207243</id><published>2009-11-06T20:07:00.000-08:00</published><updated>2009-11-06T20:07:16.520-08:00</updated><title type='text'>Villa Laura kuchnia</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTyc7aI_QI/AAAAAAAAAgU/8PJNgrkLiAU/s1600-h/IMG_0408.jpg"&gt;&lt;img border="0" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTyc7aI_QI/AAAAAAAAAgU/8PJNgrkLiAU/s320/IMG_0408.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style='clear:both; text-align:NONE'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-1758131106231207243?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1758131106231207243'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1758131106231207243'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/villa-laura-kuchnia.html' title='Villa Laura kuchnia'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTyc7aI_QI/AAAAAAAAAgU/8PJNgrkLiAU/s72-c/IMG_0408.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-1248628431821789618</id><published>2009-11-06T20:05:00.000-08:00</published><updated>2009-11-06T20:05:10.751-08:00</updated><title type='text'>Villa Laura salon</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTx9arwKBI/AAAAAAAAAgM/Zd4DYfpJfiM/s1600-h/IMG_0451.jpg"&gt;&lt;img border="0" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTx9arwKBI/AAAAAAAAAgM/Zd4DYfpJfiM/s320/IMG_0451.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style='clear:both; text-align:NONE'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-1248628431821789618?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1248628431821789618'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1248628431821789618'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/villa-laura-salon.html' title='Villa Laura salon'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTx9arwKBI/AAAAAAAAAgM/Zd4DYfpJfiM/s72-c/IMG_0451.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-4801837267331887764</id><published>2009-11-06T20:01:00.000-08:00</published><updated>2009-11-06T20:02:00.306-08:00</updated><title type='text'>Villa Laura tylny taras</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTxN3jjJRI/AAAAAAAAAgE/PMCcFgqZWHI/s1600-h/IMG_0411.jpg"&gt;&lt;img border="0" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTxN3jjJRI/AAAAAAAAAgE/PMCcFgqZWHI/s320/IMG_0411.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style='clear:both; text-align:NONE'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-4801837267331887764?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4801837267331887764'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4801837267331887764'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/villa-laura-tylny-taras.html' title='Villa Laura tylny taras'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTxN3jjJRI/AAAAAAAAAgE/PMCcFgqZWHI/s72-c/IMG_0411.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-2853841628572575142</id><published>2009-11-06T19:59:00.000-08:00</published><updated>2009-11-06T19:59:28.494-08:00</updated><title type='text'>Okolica</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTwn7-1GaI/AAAAAAAAAf8/SV_piF7wBB4/s1600-h/IMG_0721.jpg"&gt;&lt;img border="0" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTwn7-1GaI/AAAAAAAAAf8/SV_piF7wBB4/s320/IMG_0721.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style='clear:both; text-align:NONE'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-2853841628572575142?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/2853841628572575142'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/2853841628572575142'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/okolica.html' title='Okolica'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTwn7-1GaI/AAAAAAAAAf8/SV_piF7wBB4/s72-c/IMG_0721.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-1111805985575776943</id><published>2009-11-06T19:53:00.000-08:00</published><updated>2009-11-06T19:53:43.139-08:00</updated><title type='text'>Villa Laura od wjazdu</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTvRQq_LTI/AAAAAAAAAf0/rBntjvovxlE/s1600-h/IMG_0738.jpg"&gt;&lt;img border="0" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTvRQq_LTI/AAAAAAAAAf0/rBntjvovxlE/s320/IMG_0738.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style='clear:both; text-align:NONE'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-1111805985575776943?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1111805985575776943'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1111805985575776943'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/villa-laura-od-wjazdu.html' title='Villa Laura od wjazdu'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTvRQq_LTI/AAAAAAAAAf0/rBntjvovxlE/s72-c/IMG_0738.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-1124681266951250620</id><published>2009-11-06T19:48:00.000-08:00</published><updated>2009-11-06T19:48:52.479-08:00</updated><title type='text'>Villa Laura od strony parku</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTuI1-_IKI/AAAAAAAAAfs/UP6yImWUGXI/s1600-h/IMG_0702.jpg"&gt;&lt;img border="0" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTuI1-_IKI/AAAAAAAAAfs/UP6yImWUGXI/s320/IMG_0702.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style='clear:both; text-align:NONE'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-1124681266951250620?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1124681266951250620'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1124681266951250620'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/villa-laura-od-strony-parku.html' title='Villa Laura od strony parku'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTuI1-_IKI/AAAAAAAAAfs/UP6yImWUGXI/s72-c/IMG_0702.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-9134749766414523230</id><published>2009-11-06T19:32:00.000-08:00</published><updated>2009-11-06T19:54:22.044-08:00</updated><title type='text'>Villa Laura nocą</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTqV_Sk4qI/AAAAAAAAAfU/sV4V5kF2Cj8/s1600-h/New+Home+at+night001_edited.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTqV_Sk4qI/AAAAAAAAAfU/sV4V5kF2Cj8/s400/New+Home+at+night001_edited.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="clear: both;"&gt;&lt;a href="http://picasa.google.com/blogger/" target="ext"&gt;&lt;img align="middle" alt="Posted by Picasa" border="0" src="http://photos1.blogger.com/pbp.gif" style="-moz-background-clip: border; -moz-background-inline-policy: continuous; -moz-background-origin: padding; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; border: 0px none; padding: 0px;" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-9134749766414523230?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/9134749766414523230'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/9134749766414523230'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/11/villa-laura_06.html' title='Villa Laura nocą'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/SvTqV_Sk4qI/AAAAAAAAAfU/sV4V5kF2Cj8/s72-c/New+Home+at+night001_edited.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-5453398483691708712</id><published>2009-05-28T20:51:00.000-07:00</published><updated>2009-05-28T20:51:50.091-07:00</updated><title type='text'>Lady Guinivere</title><content type='html'>&lt;div style="MARGIN: 0px auto 10px; TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sh9b1eVO88I/AAAAAAAAAZs/3C8u2T_G_RY/s1600-h/DSC05610.JPG"&gt;&lt;img alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sh9b1eVO88I/AAAAAAAAAZs/3C8u2T_G_RY/s400/DSC05610.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style='clear:both; text-align:CENTER'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-5453398483691708712?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/5453398483691708712'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/5453398483691708712'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/05/lady-guinivere.html' title='Lady Guinivere'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sh9b1eVO88I/AAAAAAAAAZs/3C8u2T_G_RY/s72-c/DSC05610.JPG' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-8482694728259675558</id><published>2009-02-27T20:17:00.000-08:00</published><updated>2009-02-27T20:17:41.358-08:00</updated><title type='text'>Lodge-Dom na  wsi</title><content type='html'>&lt;div style="MARGIN: 0px auto 10px; TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sai64ZPO6iI/AAAAAAAAAHU/bMg7SJoNPcQ/s1600-h/DSC05318.JPG"&gt;&lt;img alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sai64ZPO6iI/AAAAAAAAAHU/bMg7SJoNPcQ/s320/DSC05318.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="MARGIN: 0px auto 10px; TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sai64wZMsoI/AAAAAAAAAHc/T0YcUfubVu4/s1600-h/DSC05324.JPG"&gt;&lt;img alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sai64wZMsoI/AAAAAAAAAHc/T0YcUfubVu4/s320/DSC05324.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="MARGIN: 0px auto 10px; TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sai65PoVUGI/AAAAAAAAAHk/JbUUe4Mv6h4/s1600-h/DSC05325.JPG"&gt;&lt;img alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sai65PoVUGI/AAAAAAAAAHk/JbUUe4Mv6h4/s320/DSC05325.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="MARGIN: 0px auto 10px; TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sai65Y01UBI/AAAAAAAAAHs/Ar1UEiVPufk/s1600-h/DSC05331.JPG"&gt;&lt;img alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sai65Y01UBI/AAAAAAAAAHs/Ar1UEiVPufk/s320/DSC05331.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style='clear:both; text-align:CENTER'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-8482694728259675558?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/8482694728259675558'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/8482694728259675558'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/02/lodge-dom-na-wsi.html' title='Lodge-Dom na  wsi'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_gGVNlYv_Xa4/Sai64ZPO6iI/AAAAAAAAAHU/bMg7SJoNPcQ/s72-c/DSC05318.JPG' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-3541268200497623095</id><published>2009-01-23T13:48:00.000-08:00</published><updated>2009-01-23T14:32:32.477-08:00</updated><title type='text'>Skąd Ten Szmal?</title><content type='html'>&lt;strong&gt;Droga pod Górkę Janka Emigranta&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Poniższa historia dotyczy moich emigracyjnych zmagań o finansową niezależność i z przeciwnościami w realizacji mych naukowych i inżynierskich ambicji. Wypadki z życia osobistego potraktowałem tu zdawkowo. Zacząłem pisać tę historię siedząc w hotelu w Waszyngtonie, przybyły na Konferencję Nauk Neurologicznych (Society of Neuroscience) i wracając myślą do początków mej emigracji. A jest już tego już ponad 40 lat! Dzisiejsza konferencja jest chyba 37-mą z rzędu, podczas której firma moja, Columbus Instruments, demonstruje swoje produkty. Inspiracji do zapisu wspomnień dodała mi uprzednia rozmowa z mym dobrym znajomym, znanym profesorem języka polskiego, Prof. Jerzym Krzyżanowskim z którym regularnie, w weekendy odbijamy flachę wina Chardonne Courtier i dyskutujemy powojenną i współczesną historie Polski.&lt;br /&gt;Otóż, dzień przedtem, profesor Krzyżanowski zapytał mnie w czasie „lunchu”, kiedy, jak i dlaczego przybyłem do Columbus w Ohio, gdzie obecnie obydwaj mieszkamy. Wtedy właśnie opowiedziałem Profesorowi skondensowaną historię wzlotów i upadków mej emigracyjnej egzystencji.&lt;br /&gt;Nawiasem musze dodać, ze Prof. Krzyżanowski, był pierwszym Polakiem jakiego spotkałem w Columbus, Ohio. Spotkałem go na uniwersytecie, 40 lat temu w 1968r, kiedy poszukiwałem kogoś, kto by przetłumaczył na język angielski i poświadczył oryginalność dyplomu lekarskiego mej ówczesnej małżonki, Zofii Królikowskiej.&lt;br /&gt;W mych wspomnieniach skoncentruję się na kłopotach i sukcesach związanych z mym zawodem i zamiłowaniem do budowy elektronicznych przyrządów dla zastosowań medycznych i biologicznych. Ówczesny, skostniały system PRL-u, lat 50-tych i 60-tych uniemożliwiał realizację mych ambitnych pomysłów w Polsce. Niemniej, zaraz po studiach, miałem szczęście pracować w biednie wyposażonym Zakładzie Produkcji Eksperymentalnej, tak zwanym „Zakładzie Pomocniczym”, przy Katedrze Urządzeń Radiofonicznych Politechniki Wrocławskiej, prowadzonym przez Profesora Stefana Bincera. Z mej pierwszej pracy wyniosłem obserwację, że największym kapitałem przy zakładanie przedsiębiorstwa, jest własny pomysł i umysł, a do jednostkowej produkcji przyrządów naukowych, nie potrzeba wielkiego kapitału i że można zarabiać pieniądze i budować przyrządy pomiarowe w niezwykle skromnych warunkach. Tam właśnie, na Politechnice Wrocławskiej, przy ul. Bolesława Prusa, powstały me pierwsze konstrukcje, Wilgociomierz do Zboża i Miernik Hałasu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jan Czekajewski ze swą pierwszą konstrukcją, Wilgociomierzem do Zboża.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na marginesie mej pracy jako na Politechnice prowadziłem przez jakiś czas „tajna” chałupniczą produkcję szlifierek dentystycznych. Był to niezwykle dochodowy interes jako ze technicy dentystyczni byli jednym z niewielu zawodów, którzy w PRL-u działali prywatnie, ale brakowało im podstawowych przyrządów do wykonywania protez dentystycznych. Ja właśnie tą lukę wypełniłem, modyfikując motorki elektryczne do maszyn do szycia Singera i zamieniając je w szlifierki do protez dentystycznych. Zapotrzebowanie na taki produkt podsunęła mi moja ówczesna dziewczyna, technik dentystyczny, Elżbieta Pieńkowska.&lt;br /&gt;Tamta działalność wynalazczo-handlowa w latach 1956-60, stanowiła zarzewie kolejnych przedsięwzięć, których ukoronowaniem jest Columbus Instruments.&lt;br /&gt;Dzisiaj, w latach 2008 i 2009, kiedy wielki przemysł światowy i banki, walą się w gruzy na skutek kryzysu światowego, moja firma oparta na zdrowych „chłopskich” zasadach, wyniesionych z Wrocławia a później potwierdzonych w Uppsali, w Szwecji funkcjonująca bez kredytów od początku jej założenia, ma się bardzo dobrze i jej roczne obroty przekroczyły już 10 milionów dolarów.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wyjazdy, Powroty i Emigracja&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Do Szwecji wyjeżdżałem z Polski trzy razy, w latach 1960 (na jeden rok), 1962 (na 3 lata) i w roku 1965 z którego wyjazdu już do PRL-u nie wróciłem. Pierwszy wyjazd w roku 1960 był zupełnie prywatny, na zaproszenie studenta matematyki z Uppsali, którego uprzednio w ramach wymiany gościłem w Polsce. Po przyjeździe do Uppsali, z ciekawości, odwiedziłem Instytut Fizyki, gdzie Profesor Per Arno Tove, oprowadzający mnie po Instytucie, w czasie towarzyskiej rozmowy, zaofiarował mi pozycję asystenta-konstruktora, odpowiadającą memu zatrudnieniu na Politechnice Wrocławskiej.&lt;br /&gt;Tam też w Instytucie Fizyki na Uniwersytecie w Uppsali, poznam innego Polaka, Dr. Zbigniewa Grabowskego, Fizyka Jądrowego z Instytutu Badań Jądrowych w Krakowie, który się uparł, że do PRL-u że ze Szwecji nie wróci.&lt;br /&gt;Otóż Grabowski, po zrobieniu doktoratu dostał pracę w Szwedzkim Instytucie Geofizyki w Kirunie, za kołem polarnym, gdzie badano zjawisko zorzy polarnej.&lt;br /&gt;Ideą tych badań było wystrzelenie rakiety ziemia-powietrze, wyposażonej w czujniki promieniowania radioaktywnego, które powoduje zjawisko zorzy polarnej na dużych wysokościach. Do tego celu potrzebny był przyrząd tak zwany spektrometr mierzący energię elementarnych cząsteczek wywołujących przy zderzeniu z cząsteczkami (molekułami) powietrza zjawisko jarzenia rozrzedzonych gazów w ziemskiej stratosferze, czyli „zorze polarną”.&lt;br /&gt;Dr. Grabowski, a właściwie instytut w którym pracował, złożył zamówienie na taki właśnie spektrometr w Instytucie Fizyki, Uniwersytetu w Uppsali, gdzie wówczas budowałem przyrządy naukowe na zasadzie „kontraktowego wynalazcy”. Była tych przyrządów cała gama, od urządzeń do automatycznej notacji gry na flecie, poprzez mierniki do liczenia nietoperzy w odległych jaskiniach i przyrządy z dziedziny kariologii i farmakologii.&lt;br /&gt;Historia jednego z mych przyrządów została wykuta w granicie, a może w betonie, na jednej ze stacji metra w Sztokholmie, zdaje mi się na stacji Ostermalmstorg.&lt;br /&gt;Przy budowie tej stacji architekt wkomponował w ścianę zapis ludowej szwedzkiej melodii, granej na flecie. Zapis ten był zrobiony przez mój przyrząd do notacji muzyki, wykonany w latach 1960-63 na zamówienie Instytutu Muzykologii w Uppsali. Ilekroć przyjeżdżam do Sztokholmu, jadę na tą stacje i z nostalgią przypominam sobie me pierwsze konstrukcje wykonane w Uppsali.&lt;br /&gt;Jak już wspomniałem moja pozycja w Instytucie Fizyki była chwiejna i uzależniona od takich zewnętrznych zamówień. Bez zamówień byłem niepotrzebny i alternatywą było wracać do PRL, gdzie już mnie wyrzucono z pracy na Politechnice Wrocławskiej z powodu „nieautoryzowanego przedłużenia pobytu”. Prof. Per Arno Tove, mój szef, zlecił mi więc wykonanie prototypu takiego spektrometru, który udało mi się wykończyć przed moim drugim powrotem do Polski w grudniu roku 1963. Opis mej konstrukcji opublikowaliśmy, razem z Dr. Grabowskim i mym szefem Prof. Tove, w czasopiśmie „Nuclear Instruments and Methods”.&lt;br /&gt;W wkrótce po tym projekcie, ku zdumieniu „władz krajowych” wróciłem do Polski.&lt;br /&gt;Będąc już w Polsce dotarła do mnie kartka pocztowa, od jakiegoś naukowca z Uniwersytetu na Alasce, w której pisał że jest on zainteresowany moim spektrometrem i że Uniwersytet na Alasce w Fairbanks prowadzi podobne badania nad zorzą polarną, tyle że z drugiej strony Bieguna Północnego. W tej kartce, naukowiec z Alaski prosił o odbitkę mego artykułu opisującego mój spektrometr.&lt;br /&gt;Tegoż roku, latem 1964, szykowałem się z Zofią do wyjazdu na wakacje samochodem (Simca Etole-produkcji francuskiej), który przywiozłem ze Szwecji, na Węgry, nad Balaton.&lt;br /&gt;Z Ameryką bałem się z Polski korespondować zakładają, że moja korespondencja jest kontrolowana. Znad Balatonu wysłałem więc kopię mojej publikacji na Alaskę z krótkim listem wzmiankującym, że marzeniem mego życia jest zobaczyć ten piękny stan, jakim jest Alaska, co było oczywistym kłamstwem, ale brzmiało przekonywująco.&lt;br /&gt;Po powrocie z Węgier do Polski zaczęła mnie mierzwić realność życia w PRLu i postanowiłem wykorzystać zaproszenie od mego ostatniego pracodawcy, Instytutu Farmakologii, Uniwersytetu w Uppsali, gdzie budowałem elektronikę do badań neurologicznych. Nie będę tu opisywał bizantyjskich wygibasów jakie musiałem czynić, aby dostać polski paszport, dla siebie a później dla Zofi, na powtórny wyjazd z Polski do Uppsali.&lt;br /&gt;Opisałem te zmagania już w innym miejscu. Tak czy inaczej, w roku 1965 znalazłem się po raz trzeci w Uppsali i powróciłem do pracy w Instytucie Farmakologii. Niestety po jakimś czasie, mój szwedzki przełożony, Docent Jan Eksted, przestał dostawać rządowe subsydia na badania i ja stałem się niepotrzebny. Na szczęście Uniwersytet na Alasce o mnie nie zapomniał i przysłano mi propozycję pozycji „ Assystent Profesor”, odpowiadającej, w polskiej hierarchii uniwersyteckiej, Adiunktowi, z sugestią żebym starał się od razu o amerykańską wizę imigracyjną. Do emigracji do Ameryki wcale mi nie było spieszno. Kiedy jednak zwróciłem się do polskiego konsulatu w Sztokholmie o rozszerzenie ważności mego paszportu na Stany Zjednoczone (mój paszport był ważny jedynie do podróży po Europie), spotkałem się z odmową. Natomiast, w zastępstwie, zaoferowano mi kartkę papieru, t.zw. „Paszport Blankietowy”, która upoważni mnie do natychmiastowego powrotu do Polski. Na moje pytanie o powody takiej decyzji, powiedziano mi, że moja petycja była zbyt krótka i dlatego dla „władz krajowych” obraźliwa. To mnie ostatecznie zdenerwowało i udałem się do policji szwedzkiej prósząc o prawo stałego pobytu w Szwecji, Moja prośbę szybo zatwierdzono i dostałem tak szwedzki dokument podroży dla cudzoziemców, odpowiadającego „zielonej karcie” dla stałych rezydentów w Ameryce.&lt;br /&gt;Jak już wspomniałem byłem wtedy w Uppsala bezrobotny, ale z pewnymi niewielkimi oszczędnościami. Mogłem przychodzić do Instytutu Farmakologii i Instytutu Fizyki i „majstrować”, ale bez wynagrodzenia.&lt;br /&gt;Postanowiłem wiec założyć firmę prywatną w Uppsali produkującą moje wynalazki, coś na wzór Zakładu Pomocniczego w jakim pracowałem na Politechnice Wrocławskiej, przed wyjazdem do Szwecji. Był to akt desperacji, biorąc pod uwagę, że nie znałem języka szwedzkiego, poza bardzo podstawowymi zwrotami koniecznymi do zakupów w sklepie. Na Uniwersytecie, w Instytutach Naukowych i seminariach posługiwaliśmy się językiem angielskim. Kiedy jednak udałem się do urzędu powiatowego w celu rejestracji firmy, powiedziano mi, że jako cudzoziemiec, bez szwedzkiego obywatelstwa, nie mam prawa być szefem firmy bez szwedzkiego wspólnika. Ponieważ moja firma nie miała zamówień a sam prawie głodowałem, więc wspólnik był mi potrzebny jak piąte koło u wozu. Nie mając wyboru postanowiłem prowadzić moją firmę „w podziemiu”. Ponieważ mieszkałem w mieszkaniu studenckim, nie mogłem pokoju w domu studenckim podawać jako adresu firmy. Nie brzmiało by to wystarczająco poważnie. Od kolegi, Turka, Teofila Madakbasa, który wrócił do Turcji, przejąłem jego skrzynka pocztową z numerem, jak u Agenta James Bonda, Nr. 007.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Pierwsza Handlowa Broszura&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;W suterynie Instytutu Fizyki, do którego ciągle miąłem klucz, znajdował się powielacz przeznaczony do powielania skryptów. N tym właśnie powielaczu, po kryjomu, w nocy, odbiłem 300 „broszur” z opisem przyrządu do pomiaru aktywności zwierząt laboratoryjnych. Przyrząd ten nazwałem „Selective Activity Meter”. Nazwa „Selective” wynikała z ciekawej funkcji mego wynalazku, który zezwalał na selektywny pomiar ruchliwości jednego zwierzęcia w grupie innych zwierząt. Zasada pomiaru polegała na wszczepieniu pętelki z platynowego drucika pod skórę zwierzęcia. Zwierzęta z taką platynową pętelką powodowała większy sygnał elektryczny w czujnikach umieszczonych pod podłogą klatki, niż zwierzęta bez takiej pętelki.&lt;br /&gt;Kiedy jednak pokazałem pierwszą broszurę memu koledze z Instytutu, Amerykaninowi, Sven’owi Johnson od razu zauważył błąd w tytule. Jan, zapomniałeś ostatniej litery „e” w słowie „selective”. Był to błąd wynikający z mej ignorancji. Ponieważ ostatnia litera „e” w słowie „selective” jest niema, nie uważałem jej za konieczną. Na powielenie nowych broszur nie było mnie stać, więc w desperacji dopisałem ręcznie, we wszystkich 300 broszurach, ostatnią literę czerwonym długopisem, kończąc ją długim, wijącym się w dół ogonkiem który miał upodobniać literę ”e” do myszki.&lt;br /&gt;W mej firmie Columbus Instruments do dnia dzisiejszego wisi na ścianie pierwsza Uppsalska kopia tej prymitywnej broszury ( 3 kartki spięte spinaczem, z moim rysunkiem szczura stojącego na cyfrowym liczniku) i mymi ręcznymi poprawkami, czerwonym długopisem, błędnej ortografii.&lt;br /&gt;Założenie Chałupniczej Firmy „Uppsala Instruments”&lt;br /&gt;Moją „podziemna” firmę nazwałem Uppsala Instruments, na wzór znanych mi amerykańskich firm elektronicznych, jak Texas Instruments, Princeton Instrument etc.&lt;br /&gt;Wszystkie 300 „broszur” wysłałem do europejskich firm farmaceutycznych, których adresy były podane w popularnym podręczniku medycznym, „Merck Mnual”. Ku memu zdumieniu, po jakimś czasie, do skrzynki pocztowej Nr 007 zaczęły nadchodzić zamówienia. Do budowy przyrządów wynająłem szwedzkich studentów z Instytutu Fizyki, którzy robili je, w Instytucie, po godzinach, jako „fuchę”. Z braku własnego warsztatu zastosowałem więc chałupniczą metodę produkcji. Wykonane przyrządy wysyłałem pocztą i po jakimś czasie zaczęły przychodzić czeki od klientów na dość pokaźne sumy. Czeki te ku mojemu zdumieniu mogłem łatwo kasować w gotówce mimo, że nie były wystawione na moje imię ale na nazwę firmy, „Uppsala Instruments”. Ponieważ firma nie była nie zarejestrowana, urząd skarbowy nie wiedział o jej istnieniu, wiec dochód z mej działalności przemysłowo-handlowej nie był opodatkowany, przynajmniej w moim przekonaniu. W ten sposób państwo szwedzkie straciło trochę pieniędzy bo się upierało abym miał Szweda za wspólnika. Czas biegł, interes się rozwijał i mogłem jako tako utrzymać rodzinę, ponieważ do mej „dziewczyny”, Zofii ( jeszcze nie żony) przyjechała na leczenie, jej chora na raka matka i Zofii siostra, Wanda, do opieki nad matką. W międzyczasie posuwały się moje sprawy emigracyjne do Ameryki. Mój podziemny interes się rozwijał a konsulat amerykański dzwonił do mnie, przynaglając do wyjazdu. Podobno mój sponsor na Alasce się denerwował, że procedury emigracyjne trwają tak długo. W pewnym momencie ambasada amerykańska zauważyła, że na aplikacji wizowej napisałem, że należałem do komunistycznej organizacji. Kiedy wypełniałem kwestionariusz wizowy miałem na myśli przynależność do ZMP, czyli do Związku Młodzieży Polskiej. Wedle ówczesnego prawa amerykańskiego członkom komunistycznych organizacji nie zezwalano na wjazd do USA. Sprawa była o tyle komiczna, że z ZMP wyrzucano mnie trzy razy i być może wyrzucono by mnie po raz czwarty, ale organizację ZMP w międzyczasie rozwiązano. Konsul się jednak uparł abym swą komunistyczną przynależność wyjaśnił. Powiedziałem mu, że gdybym nie należał do ZMP to bym prawdopodobnie nie dostał się na studia, a gdybym nie studiował to bym Ameryce nie był potrzebny. Konsul zrozumiał i kazał mi poprawić ankietę, wpisując, że do przynależności do młodzieżowej organizacji komunistycznej ZMP zostałem zmuszony, co było i prawdą jak i kłamstwem. Zmuszony zostałem okolicznościami, ale zapisałem się bez przystawiania mi pistoletu do głowy.W końcu wizę imigracyjna do USA dostałem. Natomiast wizy dla Zofii , mej „konkubiny” prawo amerykańskie nie przewidywało. Trzeba było więc się żenić. Entuzjazmu do świętego, a raczej cywilnego, związku nie było po obydwu stronach. Ja utytłany moralnie uprzednim rozwodem z podwójnego ślubu cywilno- kościelnego, nie byłem wymarzonym mężem dla Zofi, ale i ona, w owym czasie, lepszej okazji nie miała, albo raczej ta okazja jej nie chciała, przynajmniej w celach matrymonialnych. Ślub żeśmy zawarli z godzinnym opóźnieniem. Świadkami był Henryk Ryżko, kiedyś profesor Politechniki Warszawskiej Instytutu Wysokich Napięć i jego żona, lekarz medycyny, Szwedka, Asa Ivarson.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Fatalna umowa z firmą FARAD AB.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Przed wyjazdem należało coś było zrobić z własną firmą, „Uppsala Instruments”. Otóż przy tłumaczeniu jakiś dokumentów na język szwedzki natknęliśmy się na polskiego Żyda, Pana Rytenberga, który mi powiedział ze jego szwagier Gunnar Walgren jest wielkim szwedzkim biznesmenem a nawet konsulem honorowym Singapuru w Szwecji. Gunnar Walgren ma jedną fabrykę, albo raczej fabryczkę kondensatorów stosowanych w urządzeniach elektronicznych, a drugą nawet w Singapurze. Kondensatory jednak szły mu słabo, bo fabryczka była manufakturą i robiono je w prymitywny sposób, nawijając je ręcznie, w czasie kiedy konkurencja już produkowała je automatami. Pan Walgren stwierdził że mógłby przejąć moją podziemną firmę i zrobić na tym dobry interes. Podpisaliśmy wobec tego kontrakt, zresztą naiwnie sformułowany przeze mnie samego, w którym było napisane, że dochody z produkcji będą dzielone w skali pól na pól, czyli 50% na 50%. Był to najgłupszy kontrakt jaki podpisałem i powinien był być nauczką na resztę mego życia, że wynagrodzenie ze sprzedaży patentów nie powinno być określane na podstawie zysków firmy, tylko jako procent od ceny zbytu produktu opartego na tym patencie.&lt;br /&gt;Do księgowości firmy Farad AB nie miąłem wglądu i po roku, na moje zapytanie, już z USA, o moją część zysków, Pan Walgren powiedział że zysków nie ma i chyba nie będzie, bo jego firma od wielu już lat nigdy zysków nie deklarowała do urzędu podatkowego. a jeśli jakieś zyski były to Pan Walgren wypłacał sobie własną wyższą pensję. Panu Walgrenowi wydawało się, że mnie wykiwał. Ja ze swej strony nie miąłem do niego złości jako, że przez własną głupotę, a raczej ignorancję, oszukałem samego siebie, nie znając podstawowych zasad działania Spółki z Ograniczoną Odpowiedzialnością. Umowa moja nie była spisana z Panem Walgrenem tylko z jego firmą, która była niezależną jednostką prawną i finansową. Niemniej ja miałem atut w rękawie z którego istnienia Przemysłowiec-Dyplomata, Gunar Walgren, nie zdawał sobie sprawy. Tym atutem były moje wynalazcze kwalifikacje i zdolność do dalszego ulepszania mych wynalazków. Pan Walgren w swej fabryczce nie miał żadnego zdolnego inżyniera, który by kontynuował i rozwijali moją koncepcję. Także w kontrakcie nie było, na szczęście dla mnie, żadnej klauzuli, zabraniającej mi konkurencyjnej działalności. Jak opiszę później, kiedy stało się dla mnie jasnym, że na dochody z Firmy Farad AB nie mogę liczyć, podjąłem, zupełnie prawnie i legalnie, produkcje tych samych przyrządów w USA przez własną firmę, która do dzisiaj nazywa się Columbus Instruments.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Pożegnanie Szwecji&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Po zapakowaniu skromnych maneli, wylecieliśmy samolotem SAS ze Stockholmu do Anchorage na Alasce i dalej małym samolocikiem do Fairmbanks gdzie mieścił się instytut mnie zatrudniający. Przypominam sobie, że na wieść o mej emigracji do USA, mój znajomy, Żyd niemiecki, Gustav Levy Huneberg, przyjechał na lotnisko nas pożegnać i wręczył mi „cenny” prezent, małą czerwoną książeczkę z myślami Mao Tse Tunga. Z taka książeczką bałem się podróżować do USA w okresie wojny w Wietnamie, wiec po przejściu kontroli paszportowej wyrzuciłem ją do kosza na śmieci. O tym do dzisiaj mój znajomy, Gusta nie wie. Gustaw był niepoprawnym komunistą, Jego rodzina bogatych Żydów niemieckich, uciekła z Hamburga przed mordercami Hitlera, w ostatnich dniach kiedy zamknięto im takie możliwości. Wyjechali do Norwegii, nie wiedząc, że wkrótce siepacze hitlerowcy i tam ich mogą dosięgnąć. Kiedy Niemcy zajęli Norwegię rodzina Levi Huneberg’a uciekła przez góry do sąsiedniej Szwecji. Gustaw w czasie mego pobytu w Uppsala studiował medycynę a poznałem się z nim w stołówce szpitala akademickiego, gdzie można było kupić tanie obiady. Gustaw w tym czasie hołdował ideom marksistowskim i należał do szwedzkiej organizacji o marksistowskich i Maoistowskich inklinacjach, zwanej Clarte.&lt;br /&gt;Gustaw kiedyś mnie zaprosił na zebranie tej organizacji, na którym miał odczyt ambasador Północnego Wietnamu na temat imperializmu amerykańskiego i cudownego życia w Północnym Wietnamie. W owym czasie zaczęła się już nagonka antysemicka na Żydów w ZSSR, ale Gustav się tym nie przejmował, jako że widział przyszłość komunizmu w Niemczech Wschodnich, DDR, gdzie marksizm działał poprawnie, nie tak jak w zdezorganizowanym PRL-u. W owym czasie Mao-Tse-Tung był ideałem dla Gustawa i szeregu szwedzkich idealistów.&lt;br /&gt;Kiedy po latach powtórnie przyjechałem do Szwecji, o morderczych działaniach Przewodniczącego Mao było więcej wiadomo. Wtedy sympatie Gustawa przemieściły się w kierunku Nikaragui i Kuby. Od tamtego czasu już minęło 40 lat i Gustaw, dzisiaj emerytowany lekarz, wymienia ze mną, od czasu do czasu internetowa korespondencję.&lt;br /&gt;Na tematy ideologiczne już dzisiaj nie rozmawiamy.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dwa Tygodnie w Ameryce Właściwej&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Nasz lot w kwietniu roku 1968 nowym odrzutowcem SASu zmierzał trasą nad Biegunem Północnym. Loty nad biegunem trwały jakiś czas, ale w końcu je zarzucono, jako że promieniowanie radioaktywne w tak zwanych pasmach Van Alan’a w okolicy bieguna mogło być szkodliwe dla ludzkiego życia. Wtedy jednak o tym nie wiedziano, albo bagatelizowano i dlatego miałem okazję zobaczyć Biegun Północny nad którym żeśmy przelatywali, jako pustynię pokrytą spiętrzoną kra.&lt;br /&gt;Wylądowaliśmy w Anchorage, gdyż samolot SAS-u leciał dalej do Tokio i Anchorage było stacją gdzie tankowano paliwo do dalszego lotu. Do Fairbanks gdzie mieścił się mój instytut trzeba było lecieć małym samolotem Air Alaska, linii lotniczej która, ku memu zdumieniu ciągle funkcjonuje. W Faibanks umieszczono nas tymczasowo w domu studenckim, który był chyba zbudowany przez armie amerykańską. Cechowało go szereg pokoi z ubikacja na końcu korytarza. Przypominało mi to bardziej siermiężną Polskę Wiesława Gomółki niż Szwecję, gdzie już przywykłem do pewnych luksusów. Obiecane mieszkanie, okazało się suteryną w trakcje renowacji, której zakończenie określano za dwa miesiące. Pokój w akademicku nie był darmowy, ale kosztował $70 za noc. Instytut zapewniał mi pensje $1000 na miesiąc od której odliczono $300 na poczet podatku. W tym czasie nie wiedziano jeszcze, że na Alasce są wielkie złoża ropy naftowej i stan ten był wtedy bardzo biedny, pensje niskie a ceny horrendalne. Kiedy po otrzeźwieniu po zmianie czasu, udałem się do stołówki akademickiej na lunch, koszt skromnego posiłku pomnożony przez dni 30 wynosił więcej niż $700.-. Zastanawiałem się co będzie jadła moja żona i ja na obiad i śniadanie. Koszty życia na Alasce, a szczególnie w centralnie położonym Fairbanks, były 2 do 3 razy wyższe niż w stanach centralnych. Były one spowodowane koniecznością dowozu produktów żywnościowych samolotami, jako z zimą tory kolejowe były zasypane śniegiem. Udałem się wiec do dyrektora instytutu z prośbą o wyjaśnienie sytuacji i podwyżkę, przynajmniej do $2000 na miesiąc.. Profesor ze zrozumieniem pokiwał głową i powiedział, że moje zarobki odpowiadają pozycji Docenta i kilku profesorów, od kilku lat pracuje w Instytucie za podobne do moich pensje. Poinformował mnie jednak, ze gdybym kupił w supermarkecie krojone salami i chleb to mógłbym sobie robić kanapki. Takie posiłki byłyby bardzie ekonomiczne niż stołowanie się w stołówce akademickiej. Podziękowałem dyrektorowi, za kulinarną radę i postanowiłem wiać z Alaski jak najszybciej i znaleźć bardziej odpowiednie miejsce pracy we „właściwej” Ameryce poniżej granicy z Kanadą.&lt;br /&gt;W owym czasie niektóre linie lotnicze cierpiące na brak pasażerów ofiarowały zwiedzającym Europejczykom blankietowy bilet lotniczy ważny na dwa tygodnie. Koszt takiego bilety był bardzo niski bo wynosił $200.-. Taka możliwość istniała tylko dla europejskich gości w pierwszych dwu tygodniach od ich przylotu do USA. Skorzystaliśmy wiec z tej okazji i wylecieliśmy do Seatele, gdzie był nasz pierwszy przystanek. Jak sobie przypominam odwiedziliśmy także Salt Lake City stolicę religii Mormonów, Chicago, Filadelfie i Nowy Jork. W Filadelfii amerykańscy policjanci o mało co nie zastrzelili mnie na parkingu, gdzie błąkaliśmy się szukając pożyczonego samochodu. Nasze zdezorientowanie policjanci wzięli za próbę wyboru pojazdu do kradzieży. Kiedy pożyczony samochód znaleźliśmy i siadłem za kierownica, pojawiło się nagle w oknie samochodu dwu policjantów szczekając: „Prawo jazdy”! Dokumenty! Ponieważ prawo jazdy miąłem razem ze szwedzkim paszportem za pazuchą, w momencie kiedy po nie sięgnąłem, policjanci wyciągnęli pistolety odskoczyli od samochodu i wycelowali we mnie. Przypuszczam, że obawiali się że za pazuchą mam pistolet. Nie wiedziałem, że w Ameryce do rozmowy z policjantem należy z samochodu wysiąść, aby policjant miał cię na widoku. Policjanci jednak nie wystrzelili i byli zdumieni że wyciągnąłem nie pistolet ale prawo jazdy. Obeszło się na strachu po obydwu stronach, mojej i władzy. W czasie tych dwu tygodniowych podroży, nie przypominam sobie gdzie, być może w Bostonie, zobaczyłem na telewizorze w hotelu, demonstracje i rozruchy murzyńskie, które były wywołane zastrzeleniem tegoż dnia przywódcy murzyńskiego Dr Martin’a Luter’a King’a. O oglądania miasta nie było wtedy mowy.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Krótka Emigracja w Kanadzie&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Minęły dwa tygodnie . Pieniądze się kończyły, zarówno jak i okrężne bilety lotnicze po Ameryce. Pracy nie miałem, ale mój przyjaciel ze szkoły średniej, z Liceum Traugutta w Częstochowie, Reniek Oduliński, wspomniał, że gdybym był w trudnościach to mógłbym przyjechać do niego do Montrealu, do którego wyemigrował z Francji, rok czy dwa uprzednio. Dla zachęty Reniek wspomniał, że Kanada to wspaniały kraj, w którym lody je się łyżką stołową. Reniek zawsze był smakoszem i miął ciągotki do słodyczy, jeszcze we Wrocławiu, gdzie jakiś czas mieszkał. Właśnie tam, we Wrocławiu, Reniek odkrył że w PRL-u najkorzystniejszym jadłospisem, z punktu widzenia ilości kalorii za złotówkę, są rurki z kremem popijane rosołem z kury.&lt;br /&gt;Tak czy inaczej ja i Zofia kupiliśmy balety autobusowe z Nowego Jorku do Montrealu i udaliśmy się w drogę. Nie pomyślałem nawet o wizie kanadyjskiej, przypuszczając że taka nie jest nam potrzebna. Na granicy kanadyjskiej wysadzono nas jednak z autobusu i poproszono o paszporty. Aczkolwiek przylecieliśmy do USA jako emigranci to jednak odpowiedniego dowodu, tak zwanej „zielonej karty”, jeszcze nie miałem, gdyż jego wydanie zabiera władzom emigracyjnym zwykle kilka miesięcy.&lt;br /&gt;Urzędnik kanadyjski więc skonstatował, że jesteśmy uciekinierami z Polski i chcemy emigrować do Kanady. Po kilku zapytaniach na temat naszych zawodów, ja inżynier a Zofia-lekarz, powiedział, że jesteśmy mile widziani i wstępował nam wizy imigracyjne do Kanady łącznie z pozwoleniem na pracę.&lt;br /&gt;Zatrzymaliśmy się początkowo w mieszkaniu Reńka Odulińskiego w Montrealu, który był już żonaty z Danielą, Polką urodzoną we Francji i maleńkim synkiem, Bogdanem. Niestety pracy w Montrealu ani ja ani Zofia nie mogliśmy znaleźć. Pracodawcy po usłyszeniu, że nie mówimy po francusku zwykle komentowali, że do pracy Anglików nie przyjmują. Wedle nich każdy kto mówił o angielsku był nieproszonym Anglikiem albo Anglofonem.&lt;br /&gt;Udaliśmy się wiec do Ottawy, w prowincji Ontario, w której większość ludzi mówiła po angielsku i tam dostałem prace w malej firmie w której polecono mi budowę przyrządu do automatycznego pomiaru ludzkiej inteligencji wedle wynalazku Dr. Ertel’a.&lt;br /&gt;Dr Ertel pracowal wtedy w Instytucie Psychologii Uniwersytetu w Toronto i opracował metodę pomiaru ludzkiej inteligencji, czyli współczynnika IQ, poprzez pomiar i korelację elektrycznej aktywności (EEG) w korze mózgowej lewej i prawej półkuli. Metoda ta nie była jeszcze dopracowana i miała wielu wrogów i krytyków. Dr. Ertel dał się namówić przez amerykańskich promotorów na założenie firmy produkującej jego wynalazek i sprzedaży do szkół w celu oceny inteligencji uczniów. To zastosowanie było bardzo politycznie kontrowersyjne i niezależnie, czy jego przyrząd do pomiaru IQ działał czy nie, jego zastosowanie nie miało żadnych szans na zastosowania w szkołach. . Przyrządu tego nie zdołałem skończyć, przed mym powrotem do USA a kilka lat później Dr. Ertel zjawił się u mnie w Columbus, bezrobotny, zainteresowany czy ja ciągle jestem zainteresowany jego wynalazkiem. Jak mi powiedział, stracił stanowisko na uniwersytecie w Ottawie i zarabia na życie jako taksówkarz. Dalsze losy Dr. Ertel nie są mi znane&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Arystokratyczne Przyjęcie w Columbus&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Do Columbus przyjechałem z Ottawy na zaproszenie, zbankrutowanej dwa lata później ( w roku 1970) firmy Brun Sensor Systems, która zajmowała się produkcją urządzeń do pomiaru wilgotności papieru. Przyjęto mnie do tej firmy z uwagi na moje uprzednie doświadczenie, jeszcze z Politechniki Wrocławskiej, gdzie budowałem przyrządy do pomiaru wilgotności zboża. Była to ciekawa firma, w której się nauczyłem dwu podstawowych rzeczy, że w stanie Ohio trzeba mieć klimatyzację, bo bez niej mózg się latem z gorąca gotuje i że nie należy sprzedawać produktów wedle systemu listingu, szczególnie jeśli produkty są wadliwe. Otóż produkty firmy Brun Sensor Systems były oparte na dobrym pomyśle, ale nie były technologicznie dopracowane. Firma Brun wypożyczała przyrządy do pomiary wilgotności papierniom, na zasadzie lisingu, ale te przyrządy często zwracano z racji uszkodzeń lub niedokładności w pomiarach.&lt;br /&gt;Ponieważ każdy taki wilgociomierz był robiony na specjalne zamówienie i dopasowany do wymiarów maszyny papierniczej, jego szanse na sprzedaż innemu klientowi były równe zeru.&lt;br /&gt;W drugim dniu pracy zaprosił mnie do swego gabinetu Dr. Mario Overhoff, z pochodzenia Austriak, ożeniony jakoby z austriacką księżną. Na wstępie, przepytał mnie na okoliczność mego rodowodu i był zawiedziony, że mój rodowód jest raczej chłopski niż arystokratyczny. W dalszej kolejności dla stworzenia przyjaznej atmosfery mi wyjaśnił, że on jest tu panem i władcą i jak mu się nie spodobam to mnie może wyrzucić na zbity pysk jutro, albo pojutrze. Dr, Overhoff był moim bezpośrednim przełożonym i szefem Działu Badań i Nowych Opracowań (Research and Development).&lt;br /&gt;Stało się dla mnie jasnym, że Dr. Overhoff uważał mnie za konkurenta i osobiste zagrożenie, jako że w firmie, poza prezydentem Dr. Brunton, było tylko dwu pracowników z doktoratami, Dr. Overhoff i Czekajewski.&lt;br /&gt;Firma Brun Sensor Systems od samego początku chyliła się ku upadkowi, dlatego z powodów o jakich wspomniałem, pomyślałem, że mógłbym wznowić koncepcję własnego przedsiębiorstwa, w stylu Uppsala Instruments, które uratowało mnie i rodzinę Zofi (chorą na raka matkę i siostrę Zofi, Wandę) od głodu w Szwecji.&lt;br /&gt;„Fortuna Kołem się Toczy”, jak mówi przysłowie. Kiedy w dwa lata później założyłem własną firmę, Columbus Instruments, przypadkowo, w kafejce gdzie serwowano na śniadanie jajka sadzone, siadł koło mnie Dr. Overhoff. Po wymianie zdawkowych uprzejmości, Dr. Overhoff zapytał się mnie, czy nie mam dla niego pracy, gdyż z pracy w firmie „Brun Sensor System” go ostatnio wylano. . Wyjaśniłem mu, że moja raczkująca firma jest uboga i jedynym możliwym zatrudnieniem byłoby lutowanie obwodów drukowanych. Dr. Overhoff zgadzał się na nawet na taką podrzędną pozycję. Oczywiście, biorąc od uwagę jego uprzednie zachowanie, moja współpraca z nim ,w żadnym miejscu i czasie, nie byłaby możliwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Początek Początków Columbus Instruments&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Za pierwsze zarobione w Columbus pieniądze wydrukowałem pierwszą reklamową broszurę w ilości 2000 egzemplarzy i rozesłałem ją do uniwersytetów i szpitali w USA. Za nazwę firmy przyjąłem „Columbus Instruments”. Zdjęcia przyrządów do tej broszury były zrobione jeszcze w Szwecji. Pieniędzy ani możliwości wykonania jakichkolwiek przyrządów, lub prototypów w Columbus jeszcze nie miałem. Czekałem więc na zamówienia, na adres skrzynki pocztowej , które jakoś nie nadchodziły. W broszurze zamieściłem zdjęcia i opisy trzech przyrządów: „Selective Animal Activity Meter”- przyrząd do pomiaru ruchliwości zwierząt laboratoryjnych , „Cardiac Output Computer”- przyrząd do pomiaru przepływu krwi przez serce i „Perspiration Meter”- przyrząd opracowany przez mego przyjaciela, Prof. Henryka Ryżko do pomiaru pocenia się skóry i ubytku wody pacjenta poprzez pocenie. Muszę dodać, że aczkolwiek sprzedałem późnej setki przyrządów do pomiaru aktywności zwierząt i komputerów do pomiaru przepływu krwi przez serce, to przyrząd do pomiaru pocenia, sprzedałem jedynie w dwu egzemplarzach. Jeden egzemplarz sprzedałem w Szwecji, na zamówienie Szpitala Akademickiego, a drugi, później, poprzez Columbus Instruments w USA.&lt;br /&gt;Wkrótce zacząłem sobie zdawać sprawę, że skrzynka pocztowa, umieszczona na broszurze, jako adres firmy i brak numeru telefonu, nie wzbudza zaufania klientów, którymi były poważne instytucje, szpitale i uniwersytety. Pomyślałem, że firma moja musi mieć przekonywujący adres, telefon czynny przynajmniej 8 godzin dziennie i telefonistką odbierająca zapytania. Pracując na pełnym etacie w firmie „Brun Sensor Systems” nie mogłem sprostać tym podstawowym warunkom koniecznym dla sukcesu.&lt;br /&gt;Na rozwiązanie tych trudności wpadłem szybciej niż się spodziewałem.&lt;br /&gt;Niefortunni Wspólnicy&lt;br /&gt;Tak się złożyło, że w miejscowej gazecie, „The Columbus Dispatch” przeczytałem ogłoszenie, że na sąsiedniej ulicy dwu inżynierów ze słynnego „Battelle Instytute”, Jack Irving i Dan Beck, założyło własne przedsiębiorstwo, którego zadaniem będzie budowa komór wysokiego ciśnienia używanych w podwodnych pracach nurków. Komory te zapewniały odpoczynek a nawet sen dla nurków pracujących głęboko pod wodą, bez konieczności wyciągania ich na powierzchnię. Z medycznego punktu widzenia, człowiek pracujący pod wodą pod wysokim ciśnieniem nie może być raptownie wyciągnięty na powierzchnię, gdyż w jego krwi tworzą się bąbelki powietrza, które mogą go zabić poprzez zaczopowanie dopływu krwi do mózgu. W gazecie napisano, że nowa firma zamierza również rozwinąć swą działalność w dziedzinach medycznych.&lt;br /&gt;Pospiesznie wiec udałem się do tej firmy pod nazwa „Worldwide Developement Corporation” z propozycja uruchomienia przy niej wydziału produkcji moich wynalazków, miedzy innymi przyrządów do pomiarów aktywności zwierząt i komputerów do pomiaru przepływu krwi przez serce. Zaproponowałem nazwać taki odział; „Columbus Instruments” a warunki współpracy proponowałem następujące:&lt;br /&gt;1.Firma WDCorp. zainwestuje w budowę przyrządów mojej konstrukcji i będzie mi płacić $15 za godzinę mojej pracy nad tymi przyrządami.&lt;br /&gt;2. Jan Czekajewski otrzyma 5% prowizji (royality) od wartości każdego sprzedanego instrumentu.&lt;br /&gt;3. Firma WDC zatrudni techników do mych wynalazków produkcji. Jednym z nich stał , Wilburn Towns z którym przyjaźniłem się do końca jego życia.&lt;br /&gt;4. Umowa określała warunki rozstania. Jeśli z jakiś powodów współpraca nie będzie się układać, obydwie strony będę miały prawo kontynuować niezależną produkcję na własny rachunek.&lt;br /&gt;5. Umowa także przewidywała, że jeśli mój oddział Columbus Instruments zacznie przynosić dochody, wtedy zostanie odseparowany od firmy matki stanie się niezalężną firmą w której ja zostanę dyrektorem z 50% udziałów, a pozostałe 50% przypadnie firmie matce, czyli Worldwide Developement Corporation.&lt;br /&gt;W tej umowie także popełniłem błąd, proponując równy podział akcji firmy między wspólnikami. Spółki takie są zwykle nie efektywne i sparaliżowane różnica opinii między wspólnikami. Podstawową, sprawdzoną zasadą jest, że jeden ze wspólników winien mieć przeważającą kontrolę nad finansami i decyzjami w firmie. Na szczęście ten element umowy nigdy nie stworzył dalszych problemów, gdyż do stworzenia spółki nigdy między nami nie doszło.&lt;br /&gt;Tak czy inaczej, co było najważniejsze, moja umowa z Worldwide Developement Corporation dawała mi prawo do separacji bez prawnych konsekwencji.&lt;br /&gt;Ten punkt umowy umożliwił mi wkrótce założenie własnego przedsiębiorstwa, bez wspólników. Tak jak czułem za skórą, firma Brun Sensor System chyliła się ku upadkowi z powodu zwrotów wadliwych produktów i mnie w pewnym momencie wypowiedziano pracę. Na szczęście byłem już wtedy w pełni zatrudniony w mym nowym przedsięwzięciu i zwolnienie z pracy wcale mnie nie przeraziło. Nie przypuszczałem, że moi nowi wspólnicy czyli firma „Worlwide Developement Corporation”, zbankrutuje tak jak mój poprzedni pracodawca.&lt;br /&gt;Po trzech miesiącach, w lutym 1969 roku sprzedałem już pierwszy Animal Activty Meter. Była to sprzedaż eksportowa dla Uniwersytetu Bristol w Angli. Zamówienie opiewało na $966. W dzisiejszych, 2008r, dolarach suma ta ma wartość około $5,000. Już w październiku 1969r miałem zamówień na $23,375 ( wartości $116,875 w dzisiejszych dolarach, uwzględniając inflację), przy dużej marży zysku, jak wskazuje poniżej zamieszczony mój pierwszy wykres zrobiony w roku 1969.&lt;br /&gt;Sprzedaż przyrządów rosła eksponencialnie i dochody z mojego skromnego oddziału, Columbus Instruments, zaczęły przerastać sprzedaż komór wysokiego ciśnienia.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Szwedzki Kontratak&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;W miedzy czasie amerykańskie ministerstwo handlu organizowało w Sztokholmie wystawę produktów amerykańskich i zaprosiło moją firmę do udziału.&lt;br /&gt;Po rejestracji swego udziału w wystawie dowiedziałem się ze Pan Walgren udał się do amerykańskiego konsulatu z ostrzeżeniem, że moja obecność na wystawie narazi rząd amerykański na skandal, gdyż ja jestem złodziejem jego firmy pomysłów i policja szwedzka ma instrukcje aby mnie aresztować. Był to kompletny bluff, jako ze ambasada szwedzka poinformowała mnie, że żadnego nakazu aresztu dla mnie nie ma i nic nie stoi na przeszkodzie mego udziału w wystawie. Pan Walgren po prostu obawiał się konkurencji , gdyż w międzyczasie pertraktował z wielka firma szwedzka LKB o sprzedaży mego wynalazku tejże firmie. Jak dla ironii, 12 lat później, dostałem list z firmy LKB proponujący mi zakup technologii produkcji mego własnego wynalazku, czyli Miernika Aktywności Zwierząt. Okazało się ze mierniki produkowane przez LKB na licencji zakupionej od firmy FARAD A.B. ( Mr. Walgrena) nie przynosiły dochodu i LKB postanowiło się tego produktu pozbyć. Przypuszczam, ze Pan Walgren zarobił na tej transakcji, dwukrotnie, raz oszukując mnie a drugi raz oszukując firmę LKB.&lt;br /&gt;Dzisiaj całej prawdy się nie dowiemy, jako ze Pan Gunnar Walgren już jest na tamtym świecie, mierząc ruchliwość ciał niebieskich albo diabelskich.&lt;br /&gt;Bankructwo firmy Worldwide Developement Corporation&lt;br /&gt;Zaczęły się ważyć losy firmy WDC. Jej założyciele firmy WDC nie wzięli pod uwagę, że głównymi odbiorcami ich produktów była Marynarka Wojenna USA , a wojsko na ogół nie liczy się z ceną. Ważnym dla nich było, aby kontrahent był stabilny finansowo i miał możliwość serwisu zakupionych urządzeń przez wiele lat po dostawie. Jednocześnie Instytut Battella w dalszym ciągu budował podobne komory i stanowił dla firmy WDC poważną konkurencję. Aczkolwiek nie byłem dopuszczony do rachunkowości firmy, czułem że dni jej życia są policzone. Moja propozycja separacji Columbus Instruments aby ratować mój oddział od bankructwa w jakie wciągnie mnie upadek firmy matki, została przez mych wspólników odrzucona. Zaproponowano mi natomiast podpisanie kontraktu, zobowiązującego mnie do pracy przez lat 5, czego naturalnie odmówiłem nie widząc sensu wiązania się z już wyraźnie upadającą firmą.&lt;br /&gt;Jak podejrzewałem, moi „partnerzy” chcieli mnie sprzedać, razem z oddziałem Columbus Instruments, okutego w kajdanki 5-cio letnim kontraktem, w celu ratowania swej firmy.&lt;br /&gt;Kolejne Bezrobocie, czyli „Niema tego złego, co by na dobre nie wyszło”&lt;br /&gt;Jak przewidywałem, pewnego dnia , dyrektor WDC wezwał mnie do siebie i wręczył mi czek za zalegle godziny pracy deklarując, że zmykają mój oddział, Columbus Instruments i zwalniają mnie z pracy. Oficjalnie byłem przecież pracownikiem firmy WDC. Próbowałem mu tłumaczyć że w magazynie mamy jeszcze przyrządy, częściowo wykończone, które można będzie sprzedać i które ja mogę sprzedać na zasadzie prowizji. Niestety i ta moja propozycja została odrzucona.&lt;br /&gt;Wróciłem do domu czując się jak zbity pies, troszcząc się o przyszłość, bo jednocześnie moja rodzina się zwiększyła o właśnie co urodzonego syna, Ryszarda. Zarówno ja jak i Zofia zostaliśmy bezrobotni z noworodkiem do opieki. Zofia uprzednio pracowała w szpitalu uniwersyteckim, z której to pracy zrezygnowała do opieki nad dzieckiem.&lt;br /&gt;Następnego dnia udałem się powtórnie do firmy WDC aby starać się ich przekonać, że beze mnie cala ich inwestycja finansowa i moja praca zostaną zaprzepaszczone. Tym razem jednak zastałem drzwi zamknięte i opieczętowane. Na drzwiach wisiała wywieszka ze stemplem sądu powiatowego, że firma WDC zbankrutowała i wierzyciele, jeśli mają jakieś roszczenia mogą się zgłaszać do wyznaczonego przez sąd prawnika, zajmującego się firmy likwidacją. Na wywieszce podano jego nazwisko i adres.&lt;br /&gt;Przypominam sobie, że dnia tego było pochmurno i padał deszcz. Próbowałem dostrzec przez okno co stało się z mymi przyrządami. Czy są tam jeszcze, czy tez wyrzucono je na śmieci. Pofatygowałem się także na zaplecze budynku gdzie mieścił się zbiornik na śmieci i stwierdziłem, że przyrządów nie wyrzucono ale wyrzucono do śmieci całą moją dokumentację i korespondencję, a nawet zamówienia, których nie zdołaliśmy dostarczyć. Wdrapałem się wiec do tego pojemnika i starłem się wygrzebać te dokumenty które miały dla mnie wartość. Ponieważ padał deszcz, część z nich była już poważnie zmoknięta. Niemniej większość udało mi się uratować i po wysuszeniu, odczytać.&lt;br /&gt;Odbierając ostatnią wypłatę od dyrektora firmy zapomniałem się upomnieć, że firma jest mi winna „royalities” (prowizje, 5%) od każdego sprzedanego instrumentu. A uzbierało się tego ponad 10 tysięcy dolarów.&lt;br /&gt;Następnego dnia udałem się do „syndyka” wymienionego w liście naklejonym na drzwiach firmy, który zajmował się likwidacją firmy, z propozycją przejęcia w „komis” materiałów nie wykończonych przyrządów i wypłaceniu likwidatorowi 50% ich wartości, ale po ich sprzedaży. Prawnik zażądał nierealną dla mnie sumę $25,000 płatnych natychmiast w gotowce i nie chciał dyskutować o możliwości rozłożenia zapłaty na raty. Suma ta była powyżej moich możliwości, gdyż moje całkowite oszczędności wynosiły wtedy $15,000 i były rezultatem pracy na dwu etatach przy niezwykle skromnym życiu.&lt;br /&gt;Pierwszym moim ruchem było przejęcie korespondencji od klientów z którymi dyskutowałem kontrakty. Wiedziałem, że listy te zostaną wyrzucone do kosza i nikt się nimi nie zainteresuje. Udałem się wiec do urzędu pocztowego gdzie poprosiłem o przerejestrowanie korespondencji przychodzącej na adres Columbus Instruments na skrzynkę pocztowa, którą wynająłem w tym samym urzędzie pocztowym, będąc świadomy, że nikt się nie interesuje dalszą działalnością Columbus Instruments.&lt;br /&gt;W międzyczasie tragedia zdarzyła się w firmie Brun Sensor Systems, która sprowadziła mnie z Ottawy do Columbs, Ohio. Dr. Brunton, założyciel firmy i jeden z jego inżynierów zginęli w wypadku samolotowym. Dr. Brunton był znany jako bardzo zły pilot i mnie ostrzegano, w czasie kiedy jeszcze w jego firmie pracowałem, abym odrzucał zaproszenia do podróży w jego samolocie. Tegoż feralnego dnia, wbrew ostrzeżeniom o złej pogodzie, Br. Brunton poleciał do Ottawy małym samolotem w towarzystwie młodego inżyniera, ojca kilkorga małych dzieci. Przed lądowaniem jego samolot spadł jak kamień na lotnisko z powodu oblodzenia skrzydeł i spłonął. Pasażerowie zginęli na miejscu. Inżynier ten miał prywatne laboratorium w jednym pokoju, w starym budynku, w którym kiedyś mieściły się gabinety lekarskie, przy ul. West First Avenue w Columbus. Po jego śmierci wynająłem jego pokój, za $55.- miesięcznie i tam zaczęła się kolejna wersja historii firmy pod nazwą „Columbus Instruments”.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Początek na swoim&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;W tym pokoju zacząłem budować kopie przyrządów których nie chciał mi sprzedać syndyk-likwidator firmy WDC. Wkrótce, jak zwykle w listopadzie, miała miejsce konferencja Towarzystwa Nauk Neurologicznych ( Society of Neuroscience) , która zwykle odbywała się, w tamtych czasach, w Atlanty City. Zakupiłem wtedy stoisko na wystawie organizowanej z okazji konferencji i zawiozłem samochodem niewykończone jeszcze przyrządy, niemniej opakowane w profesjonalnie wyglądające skrzynki. Zainteresowanie uczestników konferencji mymi wynalazkami przekroczyło moje oczekiwania i ilość potencjalnych nabywców przekroczyła setkę.&lt;br /&gt;Interes zaczął się rozwijać. Zacząłem sobie zdawać sprawę, że jedną z przeszkód w prowadzeniu przedsiębiorstwa na większą skale była moja słaba znajomość angielskiej ortografii w korespondencji handlowej. Wynikało to z tego, że języka angielskiego nie uczyłem się w szkole tylko od Szwedek, w pozycji na ogół leżącej. Jedynym rozwiązaniem było przyjąć do pomocy kogoś, kto tą sztukę opanował już w szkole średniej, a więc sekretarkę. W miejscowej dzielnicowej gazecie dałem małe głoszenie, oferując pozycję dla sekretarki na pól etatu. Zgłosiła się wtedy do mnie pewne dama, w wieku około 50 lat, ubrana w futro z nurków i powiedziała, ze nudzi się w domu, bo jej pięcioro dzieci już dorosło i szuka jakiegoś zajęcia aby zabić czas. Pani ta okazała się doskonałą maszynistką a także księgową, która zapewniła firmie właściwe utrzymanie bezbłędnej dokumentacji dla urzędu podatkowego. Z uwagi na różnicę wieku ( ja miale wtedy 36 lat) nie było zagrożenia, że mógłbym ulec jej niewieścim wdziękom, co często było przyczyna katastrofy wielu biznesmenów zatrudniających młode, atrakcyjne sekretarki. Pani Marcela Long, poza obowiązkami sekretarki i księgowej, została moją zaufaną powiernicą i doradczynią w sprawach sercowych na kolejne 20 lat, do czasu jej przejścia na emeryturę i zajęciem się budową firmy swego męża Olan’a. Pan Olan Long, który po wielu latach pracy jako inżynier w firmie Westinghouse został wysłany na przedwczesną emeryturę, w wieku 55, był zbyt młody aby spędzić resztę życia na Florydzie opalając się na słońcu, rozglądał się więc nad możliwością założenia własnego przedsiębiorstwa. Przyglądając się mojej firmie, Marcy przekonała męża, że można założyć i prowadzić dochodową firmę bez wielkiego, a nawet małego kapitału. Jej maż, który w firmie Westinghouse projektował zmywarki do naczyń i pralki, założył przy pomocy Marceli firmę produkującą, na tak zwanych wtryskarkach części plastykowe. Firma jaką Marcy i Olan założyli na mój wzór w ciągu kilku lat dorobiła się kilku milionowego majątku i nowoczesnego wyposażenia w dużym własnym budynku. Jego firmę, „Olan Plastic” prowadzi dzisiaj jego syn, Jamek Long. Z Marcelą i Olanem Long, dzisiaj już ludźmi po 80-dziesiatce, spotykam się od czasu do czasu na obiadach, kiedy to z łezką w oku, wspominamy chude lata Columbus Instruments i konsultujmy się wzajemnie jak podzielić „masę spadkową” między Towarzystwo Opieki Nad Zwierzętami i własne dzieci. O największej zasłudze Marcy Long jaką wniosła w do mojego prywatnego życia, oczywiście poza poprawną ortografią, dyskutujemy tylko w czasie nieobecności mej małżonki. Zasługą tą były długie konsultacje, których zadaniem było leczenie mej psychiki uszkadzanej przez kolejne zawody miłosne. Z perspektywy czasu widzę, że Marcy miała także i swój własny interes na uwadze, gdyż dyrektor firmy który porusza się we mgle miłosnych oparów, to istnieje obawa, że zapomni podpisać czeku na kolejną wypłatę.&lt;br /&gt;Zagrożeniem także było, że mógłbym odpisać cyrograf, albo co gorzej czek opiewający na cały mój skromny majątek, jakiejś pani która na to nie zasługiwała. Na szczęście w mojej psychice istniały pewne uwarunkowania obronne, które lapidarnie sformułowała moja inna konsultanta w sprawach erotycznych, Pani Dr. Teresa Priebe z Houston w Teksasie. Terasa do dzisiaj utrzymuje, że zawsze miałem „jadowitego węża w kieszeni”, ale tylko od czasu wężem tym był zaskroniec. W tej kieszeni strzeżonej przez węża trzymałem książeczkę czekową.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Feralna podróż do Afryki&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Poza miernikami aktywności dla zwierząt laboratoryjnych wprowadziłem do Ameryki nową metodę pomiaru krwi przez serce za pomocą „termodylucji”. Sam pomysł metody nie był mój, gdyż nauczyłem się jej od czeskiego naukowca Dr. Karla Pawka, pracującego w tym czasie w Uppsali, w firmie Pharmacia AB, późnej przejętej prze międzynarodową firmę farmaceutyczną „Phizer”. Byłem jednak jednym z pierwszych konstruktorów komputerów które ułatwiały stosowanie tej metody i kilkaset takich komputerów sprzedałem do szpitali amerykańskich a także za granicę. Jednym z pierwszych klientów był Dr. Chrystian Bernard ze Szpitala Groote Schuur w Cape Town w Południowej Afryce. Dr. Bernar był pierwszym kardiochirurgiem, który przeszczepił ludzkie serce. Byłem nawet w Cape Town aby uruchomić te przyrządy. Były to czasy „Aparhaidu”, czyli białe dominacji nad murzyńską większością. Do Południowej Afryki (Cape Town) leciałem razem z przyrządami przez Kongo (Kinshasa). Tam właśnie samolot nabierał paliwa na dalszą drogę do Johanesburga i Cape Town. W Kongu, przez pomyłkę, wyładowano moje przyrządy i walizki. W Cape Town znalazłem się bez marynarki, co miało diametralne znaczenie, jako, że w owym czasie Południowi Afrykanie ( Biali) bardzo przestrzegali poprawności ubioru, starając się chyba w ten sposób podkreślić swoja wyższość kulturalną nad plemienną, murzyńską większością. W hotelu nie wpuszczano mnie do restauracji dopóki nie kupiłem sobie na miejscu, w Cape Town, marynarki. Na szczęście w Kongu nie wyładowano mego portfela i pieniądze w wystarczającej większości miałem przy sobie. Siedziałem więc w jedynym luksusowym hotelu przez dwa tygodnie, w czasie kiedy linie lotnicze szukały po całej Afryce mych zagubionych bagaży. Po dwu tygodniach dyrekcja hotelu zaczęła być podejrzliwa w stosunku do indywiduum bez pidżamy, ale z wyładowanym portfelem. Wymówiono mi więc rezydencję i dopiero interwencja mego przedstawiciela naprawiła sytuację i łaskawie przedłużono mi pobyt w hotelu. Po ponad dwu tygodniach przyrządy się znalazły i mogłem zacząć ich instalację. Moim przedstawicielem w Południowej Afryce była wtedy firma Marcus Pty a jej właścicielem był Żyd niemieckiego pochodzenia Dr. Friderik Marcus.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Niebezpieczny Powrót z Afryki&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Podróż do Cape Town zapamiętam do końca życia. Jeśli lot z Nowego Jorku do Cape Town był pełen przygód w związku z zagubionym bagażem, to mój powrót do Columbus, Ohio był wręcz dramatyczny. Wylecieliśmy z Johanesburga 24 kwietnia, 1974 roku. Był to znamienny dzień, bo jak się okazało dzień później w Lizbonie, w Portugalii wybuchła „Gwoździkowa Rewolucja”, inspirowana przez komunistów i symbolizująca się wręczaniem czerwonych goździków żołnierzom, mających tą rewolucje tłumić.&lt;br /&gt;Jak się okazało czerwone goździki to poważna bron i rewolucja zwyciężyła, podobnie jak polska „Solidarność”, metodą bezkrwawą.&lt;br /&gt;Wkrótce po starcie samolotu pilot stwierdził uszkodzenie jednego z silników odrzutowca i został zmuszony do lądowania w Namibii w jej stolicy, Windhoek nad Wybrzeżem Atlantyckim. Namibia była w tamtych czasach prowincją Republiki Południowej Afryki i uzyskała niepodległość dopiero w roku 1990. Uprzednio, przed pierwszą wojną światową, Namibia była kolonią niemiecką i była zasiedlona w dużej mierze przez kolonistów niemieckich. Kiedy samolot wylądował w Windhoek, został otoczony wojskiem i autobus a pasażerami został odtransportowany w asyście wozu pancernego do miejscowego hotelu, gdzie mieliśmy czekać na zastępczy samolot który przybył następnego ranka z Johanesburga. Okazało się w Namibii trwała wtedy rewolucja, czy jak to się kiedyś mówiło w sowieckim bloku, „Walki Narodowo Wyzwoleńcze Ludów Afrykańskich Zrzucających Okowy Imperializmu” i nasze bezpieczeństwo było zagrożone. Kiedy następnego dnia, wystartowaliśmy nowo przybyłym samolotem w kierunku Lizbony w Portugalii, gdzie mieliśmy zatankować paliwo na dalszy lot do Nowego Jorku, nikt nie wiedział, ze w Lizbonie zaczęła się rewolucja zmierzającą do obalenia dyktatora Salazara. Dopiero nad Portugalią pilot dowiedział się, że lądowanie w Lizbonie jest niemożliwe i dopiero po dłuższych negocjacjach, krążąc nad Lizboną zezwolono nam wylądować na pasie startowym z daleka od budynku lotniska. Była obawa, że nie starczy nam paliwa nad dłuższe czekanie w powietrzu ani na lot do następnego, bardziej przyjaznego kraju. Po wylądowaniu nie zezwolono nam opuścić samolotu, ani zbliżyć się do „terminalu”. Noc przespaliśmy w fotelach samolotu na pasie startowym.&lt;br /&gt;Po jakiś dyplomatycznych rozmowach, koło samolotu pojawiła się cysterna z paliwem i nabraliśmy paliwa na dalszy lot, tym razem do Zurychu, w Szwajcarii.&lt;br /&gt;W Zurychu przesiadłem się na samolot amerykańskich linii lotniczych, już dzisiaj zbankrutowanych, Pan American lecący do Nowego Jorku. Nie był to jednak koniec mych przygód. Kiedy dolecieliśmy do Nowego Jorku, okazało się że panuje tam straszna burza i huragan, który uniemożliwia lądowanie jakichkolwiek samolotów. Nigdy przedtem ani potem nie widziałem takiej burzy i nie balem się tak mocno o swoje życie.&lt;br /&gt;Kontrolerzy lotów na lotnisku trzymali dziesiątki, jeśli nie setki samolotów, które przyleciały z Europy w powietrzu na różnych poziomach. Skrzydła cztero silnikowego odrzutowca wyginały się jak u ptaka oświetlone strumieniem błyskawic. Glos pilota wyraźnie się załamywał i wiadomo było, że zdawał sobie sprawę z życiowego zagrożenia. Ponownie zaistniała obawa, że braknie nam paliwa na dalsze czekanie. Po dwu godzinach krążenia nad Nowym Jorkiem, obsługa naziemna skierowała nas w kierunku jakieś wojskowej bazy lotniczej, gdzie mniej wiało i pozwolono nam lądować z odrobina paliwa jaka jeszcze nam została. Tutaj także, chyba z powodu tajnej natury tego lotniska, nie zezwolono nam na wysiadkę z samolotu i kolejną noc przespaliśmy znowu w samolotowych fotelach. Rankiem podjechała do samolotu cysterna z paliwem i po uzupełnieniu paliwa mogliśmy wrócić do Nowego Jorku, gdzie burza już zamieniła się na lekki zefirek. Ostatni odcinek podróży z Nowego Jorku do Columbus, Ohio musiał być strasznie nudny bo nie zapisał mi się w pamięci, przez co nie stał się godny wspomnienia w tym historycznym elaboracie.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dalszy Rozwój Firmy&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Po pięciu latach firma Columbus Instruments przerosła możliwości lokalowe starego budynku. W roku 1975 zajmowaliśmy już wszystkie pomieszczenia na parterze budynku, w którym rozpadała się stara instalacja elektryczna a groźba pożaru, wywołanego spięciem elektrycznym, spędzała mi sen z oczu. Na szczęście zaoszczędziłem już wtedy wystarczająco dużo pieniędzy aby kupić hektar gruntu w atrakcyjnym miejscu, przy zjeździe z głównej, transkontynentalnej autostrady I-70 wiodącej z Filadelfii do Kaliforni. Zbudowałem tam w roku 1975 pierwszą cześć budynku w którym do dzisiaj mieści się moja firma. Od tego czasu budynek się powiększał 5 razy, jak i obroty przedsiębiorstwa, które w roku 2008 przekroczyły 10 milionów dolarów.&lt;br /&gt;Nie obyło się jednak bez potknięć i trudności.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Zamówienie z Moskwy&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;W miarę upływu czasu rosły trudności w sprzedaży przyrządów do zastosowań klinicznych, czyli dla szpitali. Rządowe przepisy dotycząc przez wiele lat jedynie leków, rozciągnięto także na przyrządy medyczne. Formalności związane z zatwierdzeniem nowych rozwiązań przez FDA, (federalna agencja do kontroli leków) stały się tak skomplikowane, że mała firma jak moja, nie mogła im podołać. Postanowiłem zatem skoncentrować się na przyrządach wyłącznie dla zwierząt laboratoryjnych, które to przyrządy nie wymagają wielu formalności. Pod presją sytuacji zmodyfikowaliśmy przyrząd do pomiaru przepływu krwi przez serce z wersji ludzkiej do pomiarów na myszach i szczurach. Opracowanie nowej wersji przyrządu odbyło się z powodu zamówienia które nadeszło Moskwy, z Instytutu Pediatrii Sowieckiej Akademii Nauk.&lt;br /&gt;Zamówienie było poważne, bo opiewało na znaczną w owych latach sumę około 100 tysięcy dolarów. Kiedy już przyrząd był już gotowy, nasz przedstawiciel na kraje Europy Wschodniej, John Larson z Firmy „Medata” w Stockholmie, zakomunikował nam, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, że przyrząd, Circulatory System Computer ( Komputer do pomiaru współczynników cyrkulacji krwi), zakupiony przez rosyjski Instytut Pediatrii, jest przeznaczony nie dla ludzi, ale do badań nad szczurami laboratoryjnymi.&lt;br /&gt;Nigdy przedtem nie spotkaliśmy się z takim zastosowaniem naszego Cardiac Output Computera. Problem był głównie w wielkości czujnika do pomiaru temperatury, tak zwanego cewnika, zaopatrzonego w termistorowy czujnik temperatury i nadmuchiwany balonik, który u ludzi był wprowadzany poprzez arterię (femoral) w pachwinie, poprzez prawa komorę serca do arterii płucnej . Dostępne czujniki jakie stosowaliśmy do zastosowań klinicznych miały średnicę około 2 mm a w wypadku szczura średnica takiego czujnika winna być 10 razy mniejsza. Ponadto ręczna manipulacja cewnikiem aby umieścić go w arterii płucnej była nie do wykonania u tak małego zwierzęcia jak szczur. Przyszło mi do głowy, że takim małym czujnikiem może być jedynie tak zwana termopara, a nie termistor używany dotychczas do zastosowaniach klinicznych. Ponadto należy spróbować pomiaru bez penetracji czujnikiem serca, ale metodą w poprzek płuc. W tej metodzie zimny roztwór soli fizjologicznej albo glukozy jest wstrzykiwany do żyły głównej (Vena Cava) a pomiar zmiany temperatury krwi byłby w aorcie. Była to hipoteza sprawdzona na psach przez mych znajomych z Uppsali, Kale Arfors’a i Karla Pawka, ale nie na szczurach. Ja zakładałem i ryzykowałem, że tą metodę da się zastosować u szczurów a nawet u myszy. Metoda ta nie wymaga penetracji serca przez cewniki.&lt;br /&gt;Nie będę się wdawał dzisiaj szczególny anatomiczne pomiaru przepływu krwi u ludzi i zwierząt, rzecz jednak w tym, że nie mieliśmy gotowego rozwiązania ani tez doświadczenia w pomiarach u takich małych zwierząt. Tak czy inaczej, aby nie stracić zamówienia, w przeciągu tygodnia, skonstruowałem unikalne rozwiązanie, z użyciem termopary jako czujnika temperatury. Z braku czasu tez zmodyfikowany przyrząd wysłaliśmy do Moskwy wraz młodym inżynierem, Kenem Kober’em , bez uprzedniego wypróbowania z braku doświadczenia w cewnikowaniu tak małych zwierząt jak szczury. Ken Kober miał pomagać w jego instalacji i ewentualnie modyfikować konstrukcję, jeśli będzie tego potrzeba..&lt;br /&gt;Użytkownikiem tego przyrządu w Moskwie był słynny fizjolog, Prof. Pinelis z Instytutu Pediatrii Rosyjskiej Akademii Nauk. W Moskwie Ken razem z Doktorem. Pinelis wykonali szereg operacji na szczurach, które dowiodły, że moja koncepcja jest poprawna i nasz Cardiac Output Computer może być stosowany do pomiarów przepływu krwi przez serce małych zwierząt laboratoryjnych, coraz bardziej ważnych w badaniach lęków nasercowych.&lt;br /&gt;Tak się też zbiegło, że tym samym czasie wyhodowano odmianę szczura (rasę) cechujących się ciekawą chorobą genetyczną, tak zwanych szczurów „czułych na sól” (salt sensitive rats) . U tych szczurów po podaniu im słonego pokarmu albo wstrzyknięciu roztworu soli podnosiło się ciśnienie krwi. Nagle wiele firm farmaceutycznych i uniwersytetów zaczęła kupować nasze Cardiac Output Computer’y, jedyne na świecie przyrządy mierzące parametry hemodynamiczne tych właśnie szczurów, których używano jako „modeli” ludzkiej choroby nadciśnienia. Kilkaset takich przyrządów sprzedaliśmy na świecie i dzisiaj, 30 lat później, jesteśmy ciągle jedynymi na świecie producentami takiego przyrządu.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Strata Złudzeń i Oskarżenie o Szpiegostwo&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;a href="http://bp0.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/R08BG6Qw0qI/AAAAAAAAABU/V6QsYO9hLeM/s1600-h/techbuster.jpg"&gt;&lt;/a&gt;Insygnia amerykańskiej agencji kontrwywiadu naukowego , „Exodus”. Napis brzmi: ”Rozbijacze -Technologii”. Po moim ośmieszeniu tego plakatu, „Exodus” zmienił napis na „Obrońcy Technologii”. (Ten facet w kapeluszu to ja).&lt;a href="http://bp0.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/R08BG6Qw0qI/AAAAAAAAABU/V6QsYO9hLeM/s1600-h/techbuster.jpg"&gt;&lt;/a&gt;Sprawa wyglądała na śmieszną ale nie beznadziejną. Specjalny organ stworzony do walki z przemytem wojskowej technologii do Sowietów, nazwany po biblijnemu, „Exodus”, ubzdurał sobie ze jestem sowieckim agentem sprzedającym Sowietom ważne dla budowy bomb atomowych, superkomputery. Moje polskie nazwisko, właściciela malej firmy elektronicznej handlującej sprzętem medycznym z ZSSR, pasowało jak ulał do „kreta”, jakiego wysłał sowiecki wywiad aby wykradał amerykańską technologię. Pasowałem także agentom „Exodus” na ofiarę, która nie będzie w stanie się bronić i której można będzie sprawić „pokazowy proces”, czyli zdrowo, bez wielkiego ryzyka, dokopać. Sprawa zaczęła się od wysyłki na wystawę medyczną do Moskwy urządzenia, który nazwaliśmy Oxymax. Służyło ono do pomiaru metabolizmu myszy lub szczura laboratoryjnego. Przyrząd ten mierzył konsumpcję tlenu i wydychanie dwutlenku węgla. Do drukowania wyników pomiaru Oxymax używał klonu komputera IBM-PC, produkowanego na Tajwanie, wartości około $400.- Chińczycy na Tajwanie chcąc nadąć splendoru dla tej raczej marnej reprodukcji IBM-PC, nakleili na tylnym panelu komputera, naklejkę z nazwą „ Super Computer”. Kiedy celnicy amerykańscy na lotnisku w Nowym Jorku sprawdzili paczki i przeczytali naklejkę „Super Computer”, wpadli w euforię i natychmiast wysłali specjalny oddział „Exodus” do mej firmy w Columbus w celu konfiskaty wszystkich superkomputerów, zaaresztowania sowieckiego szpiega , czyli mnie i dania nauczki innym, że ORMO , przepraszam Exodus, czuwa, a zatem Ameryka może spać spokojnie. Akcja oddziału „Exodus” była skoordynowana z miejscową telewizją, której kilku reporterów z wielkimi kamerami TV wpadło do mego przedsiębiorstwa , o godzinie 16.00, razem z celnikami. Następnego dnia reportaż o złapaniu sowieckiego szpiega i przerwaniu, przez agentów Exodus rurociągu przekazu zabronionej technologii z Columbus do Moskwy ( przez Helsinki) ukazał się w miejscowych i centralnych dziennikach telewizyjnych. Tylne drzwi do magazynu tajni agenci zablokowali samochodami, abyśmy nie wynieśli dowodów winy, czyli „Super Komputerów”, w czasie kiedy będą zakuwać mnie w kajdanki. W czasie napadu agentów Exodus w mej firmie był obecny mój kolega z czasów studiów na Politechnice Wrocławskiej, Karol Pelc, dzisiaj Profesor wykładający zasady zarządzania technologią w USA, Japonii i Polsce ( między innymi na Uniwersytecie imienia Kozmińskiego). Była także obecna moja siostra Anna Tromczyńska z mężem, Piotrem, przybyła właśnie, z wizytą, z Częstochowy. Rewizja w firmie trwała od godziny 16.00 do 23.00 w czasie której agenci szukali dowodów mego szpiegowskiego działania. Przybysze z Polski po mym powrocie do domu i sprawdzeniu mego uzębienia, stwierdzili zgodnie, że mimo wszystko w Ameryce da się żyć, bo zęby mam co prawda spróchniałe, ale nie wybite.&lt;br /&gt;O „dowody” mojej winy nie było trudno jako, że dwa inne tajwańskie „Super Komputery” stały na półce a ja sam się „przyznałem”, że z sowietami handluję aparaturą medyczną od lat szesnastu. Najbardziej mnie ubawiło, kiedy zmęczony, o godzinie 22.00 wstałem z krzesła i udałem się do kuchenki, aby napić się kawy. Agenci także się poderwali i popędzili, za mną bacznie obserwując co ja piję i połykam. Wtedy sobie uświadomiłem, że agenci mięli za zadanie uchronić mnie od samobójstwa przez zażycie kapsułki z cyjankiem potasu. Takie zachowanie szpiega, zacierającego poszlaki przez własną śmierć, agenci widzieli widocznie na amerykańskich filmach. Kolo północy, agenci załadowali wszystkie dokumenty wysyłkowe z ubiegłych 10 lat na ciężarówkę i odjechali, zostawiając mnie na wolności. Ku memu zdumieniu, nie zarekwirowali jednak naszych tajwańskich super-komputerów. Widoczni agenci nie zauważyli umieszczonej na tylnych panelach naklejek, że były to „Super Komputery”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Chuck McKenis w Moskwie&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;W czasie kiedy, agenci Exodus przeprowadzali rewizje w Columbus Instruments, w Moskwie zaaresztowano naszego inżyniera Chuck’a Mc Kenis’a z powodu przybycia na lotnisko Lermontowo bez ważnego paszportu. Chuck przyleciał do Moskwy w celu demonstracji naszych przyrządów, które w międzyczasie utknęły, zarekwirowane na lotnisku Kennedy w Nowym Jorku, o czym Chuck nie wiedział. Otóż Chuck znudzony czekaniem na zwrot jego amerykańskiego paszportu wysłanego kilka tygodni temu do sowieckiej ambasady w Waszyngtonie z prośbą o wizę, zdecydował się lecieć do Moskwy zaopatrzony w fotokopię (xerox) swego paszportu. Chuck był kiedyś komandosem amerykańskiej armii i bił się z Chińczykami na rzece Jaulu (Yalu) w Korei Północnej, wiec sowieckie władze dla niego to nie był przeciwnik warty uwagi.&lt;br /&gt;Kiedy Chuck’a aresztowano w Moskwie zaproszono także moskiewska telewizje, która podała, że na lotnisko przybył amerykański cowboy z xeroxowa kopia paszportu. Nie było wątpliwości, że Chuck był kowbojem, bo na nogach miał kowbojskie buty i był opasany pasem z olbrzymią mosiężna sprzączką z gwiazdą Teksasu. W Moskwie, gdzie szacunek do dokumentu (bumagi), był zawsze na wysokim poziomie, zachowanie Chucka zakrawało na prowokację. Na szczęście organizatorem konferencji medycznej w Moskwie, był sowiecki kosmonauta z bliskimi kontaktami na Kremlu. Chucka więc wypuszczono do hotelu w mieście, skąd żeśmy go zawrócili do Columbus, kiedy się okazało, że nie ma nadziei na dostawę naszych przyrządów przed końcem konferencji. Jak Chuck zdołał przebrnąć granice amerykańską w drodze powrotnej do Stanów, nie pamiętam. Widocznie nie wyglądał na Polaka który się uparł, aby w Ameryce usuwać ze starych budynków azbest, odbierając tym pracę, bezrobotnym, rodowitym Amerykanom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Obrona Pieczątką&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Na szczęście, w tamtych odległych czasach lat 1980 tych, dla wsadzenia podejrzanego do wiezienia trzeba było mieć przekonywujące dowody winy a podejrzliwy sędzia, który podpisał nakaz rewizji, nie godził się na mój areszt ani na wybicie moich trzonowych zębów. Widocznie uzbrojony w bomby atomowe Związek Radziecki nie był taki groźny, jak dzisiejsi terroryści. Dzisiaj bym się tak łatwo nie wywinął, a z naklejką terrorysty, mógłbym spędzić dożywocie w klatce na Kubie, zmuszony do studiowania Koranu. Agenci Exodus byli rozczarowani, że pozostawiono mnie na wolności, niemniej oddali moja sprawę federalnemu prokuratorowi, który rozpoczął dwuletnie śledztwo, odgrażając się w telewizji, że za zagrożenie bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, on mnie zgnoi w wiezieniu. Śledztwo, śledztwem, ale nikt mnie osobiście na zeznania nie zapraszał, chociaż ich do tego uporczywie zachęcałem. Przesłuchiwano natomiast moją sekretarkę, Panią Marcelę Long, leciwą już w tym czasie matkę pięciorga amerykańskich dzieci, która podpisała nieszczęśliwe dokumenty wysyłkowe na przesyłkę sprzętu do Helsinek w Finlandii. Oskarżano ją i mnie, żeśmy sfałszowali dokumenty wysyłkowe. W rzeczywistości sprzęt miał być wysłany do naszego przedstawiciela w Helsinkach, ANITEK OY który miał je zawiść je do Moskwy ciężarówką razem z innymi przyrządami. Prokurator nalegał na Marcy, że to ja ją zmusiłem do sfałszowania dokumentów przez zmylenie końcowego adresu, którym winna być Moskwa a nie Helsinki. Marcy jednak nie dała się zastraszyć, przekonana, że wypełniała dokumenty dokładnie wedle zaleceń linii lotniczej, bez mojej sugestii lub udziału.&lt;br /&gt;Niemniej $200 tysięcy wartości mych przyrządów rdzewiało przez dwa lata w magazynie celnym w Nowym Jorku, co było dużą sumą w tamtych czasach, kiedy „Dolar był Królem”, a moja firma karłem. Agenci Exodus liczyli widocznie na moje bankructwo. Broniąc się przed zarzutem, że eksportuję niedostępną dla Sowietów technologię, sprowadziłem podobny, ale dużo lepszy, klon komputera IBM-PC z Bułgarii, który potem kupiło ode mnie amerykańskie Ministerstwo Handlu Zagranicznego. Poleciałem nawet do Moskwy z kamerą video aby przeprowadzić własny wywiad na wystawie medycznej, jakie firmy amerykańskie, angielskie i niemieckie sprzedają Sowietom personalne komputery, w sposób zupełnie legalny. Nic jednak nie było w stanie przekonać prokuraturę, że jestem niewinny.&lt;br /&gt;Ubawił mnie list od ówczesnego ambasadora USA w Moskwie, który pisał, że amerykańscy agenci także fotografowali komputery na tej wystawie, ale ich aparaty fotograficzne ze zdjęciami zostały skradzione w Hotelu Ukraina, w czasie kiedy agenci udali się do baru napić się wódki. W oczach amerykańskiej prokuratury byłem winny zbrodni w myśl sowieckiej zasady: „człowiek jest, paragraf się znajdzie ”. Aby sprowokować jakąś reakcję biurokratycznego molocha, sporządziłem sobie pieczątkę z napisem:&lt;br /&gt;„Warning! Exporting can be dangerous to your mental health”,czyli po polsku,„Uwaga ! Eksporting może być niebezpieczne dla twego zdrowia psychicznego”.&lt;a href="http://bp1.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/R08A4KQw0oI/AAAAAAAAABE/I9K1hxCKLfI/s1600-h/Hand+With+Stamp+SmallJPG.jpg"&gt;&lt;/a&gt;Pieczątką tą zacząłem stemplować wszystkie listy i koperty do agencji rządowych, kongresmanów, telewizji i prasy, czyli wszystkich tych których prosiłem o pomoc w rozwiązaniu tej idiotycznej a jednak niebezpiecznej dla mnie sprawy. Muszę przyznać, że Ministerstwo Handlu ( Departament of Commerce) po cichu mi sprzyjało. Zaproszono mnie nawet na konferencje w Waszyngtonie gdzie wygłosiłem odczyt o absurdalnych oskarżeniach jakich byłem przedmiotem. Odczyt ilustrowałem taśmą video z reportażami TV o mojej szpiegowskiej działalności. Przypuszczam, że tym razem pieczątka uratowała mnie od bankructwa i wiezienia.&lt;br /&gt;Nic nie zmieniło stanowiska Ministerstwa Skarbu i speców od Exodus którzy oskarżali mnie w listach do senatora Metzenbauma, który interweniował w mojej sprawie, że mój przemyt wysokiej technologii, jest groźny dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. W związku z tym napisałem prośbę do CIA ( Centralnej Agencji Wywiadowczej), aby CIA przejęło moją szpiegowską sprawę, gdyż kompetencja urzędu celnego nie jest wystarczająca wobec wielkiego zagrożenia jakie ja, Jan Czekajewski, stanowię dla USA. Moje kolejne prośby do centrali CIA w Langley spełzły na niczym a moje listy wracały z adnotacją: ”adresat nie znany”. Po dwu latach potwierdziła się zasada, że mysz zdolna jest ruszyć górę. Wpływowy dziennik „The Wall Street Journal” napisał artykuł o mojej tragikomedii, który przeczytali wszyscy, mający w USA coś do powiedzenia. W ciągu następnych kilku dni zwrócono mi zarekwirowane przyrządy i umorzono dochodzenie z powodu „braku wystarczających dowodów winy”. Prokurator nie potrudził się jednak, aby zawiadomić mnie o tym listownie. Widocznie nie mógł przełknąć porażki.&lt;br /&gt;Następujące zdarzenie potwierdziło me podejrzenia co do zachowania się prokuratora.&lt;br /&gt;20 lat później, w roku 2004, odbierając bilet lotniczy od mego zaprzyjaźnionego agenta podróży, Boba Swain’a, dowiedziałem się, że minąłem się, co do minuty, z tym właśnie Federalnym Prokuratorem. Podobno Prokurator odmówił spotkania się ze mną mamrocząc: „Ten skurwysyn, Czekajewski, miał szczęście, że umknął więzienia”. Być może Prokurator liczył na promocję do rządu w Waszyngtonie, a jego porażka w mojej sprawie zamknęła mu drogę do dalszej kariery.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://bp3.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/R08AyqQw0nI/AAAAAAAAAA8/_I36XnkulXc/s1600-h/Jan+with+Oxymax.jpg"&gt;&lt;/a&gt;Trzech „ Sowieckich Agentów” (dwóch już w klatce) na tle „Super Komputera” Dwa lata później, w roku 1989, zostałem mianowany najlepszym biznesmenem w dziedzinie wysokiej technologii w stanie Ohio i zaszczycony dyplomami uznania od Senatu i Sejmu Stanu Ohio.Ukwiecałem także swym towarzystwem podróże Gubernatora Stanu Ohio, Richard’em Celeste, do Chin i Egiptu, nie mówiąc już o udziale w niezliczonych bankietach w jego rezydencji, gdzie raczono nas mizernym Chardonay z winnic w rodzimym Stanie Ohio.Posłowie do szpiegowskiej historiiKiedyś widziałem film amerykański, z okresu wojny rewolucyjnej o niepodległość Stanów Zjednoczonych. W filmie tym Anglicy prowadzą „rebelianta” na szubienicę. W ostatnim momencie przybywa galopem goniec z wiadomością, ze podpisano rozejm. W ramach umowy dalsze egzekucje amerykańskich patriotów zostały zawieszone. Zawiedziony oficer angielski, zdejmując pętlę z szyi rebelianta, mówi: „Ponieważ nie mogę Pana powiesić, zapraszam zatem Szanownego Pana na herbatkę”. Bardzo lubię te anglosaskie poczucie humoru, ciesząc się jednocześnie, że w dzisiejszych czasach bezpieczniej jest mieć w Ameryce imię Jan a nie Jamal. Jamalów się dzisiaj na herbatkę nie zaprasza, a jeśli nawet, to jedynie na tą, parzoną w obozie w Guantanamo, na Kubie.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dalsze Wynalazki: Micro-Oxymax i CLAMS&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Kiedy w początkowym okresie firma moja koncentrowałą się na przyrządach do pomiaru aktywności zwierząt laboratoryjnych i komputerach do pomiaru przepływu krwi przez serce, to jednak w począwszy od roku 1980 Columbus Instruments zaczął coraz bardziej polegać na przyrządach do pomiaru konsumpcji tlenu i produkcji CO2 przez zwierzęta laboratoryjne. W uprzednim rozdziale opisałem kłopoty jakie miale z amerykańskim urzędem celnym z powodu wysłania takiego przyrządu o nazwie „Oxymax” na konferencje naukową do Moskwy. W miarę upływu czasu Oxymax rozrastał w swych możliwościach pomiarowych zarówno co do równoległego pomiaru większej ilości zwierząt jak i o możliwości pomiaru dodatkowych parametrów, takich jak częstotliwość oddychania, ruchliwość, ilość skonsumowanego pokarmu i wody, częstotliwość bicia serca i temperaturę ciała (metodą telemetrii radiowej). W ostatnich kilka latach, od roku 2000, takie rozbudowane zestawy ( kombajny) sprzedaliśmy do prawie wszystkich firm farmaceutycznych na świecie po nazwą Oxymax –CLAMS&lt;br /&gt;( skrót od pierwszych liter pełnej angielskiej nazwy: „Comprehensive Laboratory Animals Measuring System”. Czy li po polsku : „System do Pomiaru Wielu Parametrów Fizjologicznych Zwierząt Laboratoryjnych”.&lt;br /&gt;Historia Koncepcji Przyrządu: Micro-Oxymax&lt;br /&gt;W roku 1980 zadzwonił do nas naukowiec z Kanady pracujący w ministerstwie Rolnictwa. Pytał się czy potrafimy mierzyć oddychanie ( konsumpcję tlenu) ziemniaków. Okazuje się ze ziemniaki uszkodzone, obite w czasie wykopów lub magazynowania, maja zwiększoną konsumpcję tlenu. Jeśli będzie możliwe mierzyć konsumpcję tlenu ziemniaków to na tej podstawie można będzie eliminować ziemniaki mechanicznie uszkodzone które mogą, gnić w czasie składowania.&lt;br /&gt;Postanowiliśmy więc załadować 5kg ziemniaków do klatki przeznaczonej na szczura i zmierzyć ile konsumują tlenu. Okazało, że pomiar był możliwy i dokładny. Kiedy jednak zadzwoniłem następnego dnia do wspomnianego naukowca z Kanady, z pozytywną wiadomością, okazało się ze chodziło mu o pomiar konsumpcji tlenu pojedynczego ziemniaka. Do tego celu Oxymax dla zwierząt był zbyt mało czuły. Wpadłem wiec na pomysł nowego rozwiązania pomiaru, które polegało nie na ciągłym przepływie gazu przez pojemnik pomiarowy ale przez pozostawienie ziemniaka w zamkniętym pojemniku pomiarowym przez zadany czas, np. 30 min i pomiar zmiany stężenia gazy w tym pojemniku w periodycznych okresach czasu. Wedle tej koncepcji próbka powietrza zostaje po pomiarze przez czujniki tlenu i CO2 zwrócona do pojemnika pomiarowego. Po kilku miesiącach pracy jednego z samorodnych inżynierów ( bez dyplomu i wykształcenia inżynierskiego) , Lef’a Nennerfeld’a, z pochodzenia Szweda, prototyp przyrządu mej koncepcji był gotowy i rzeczywiście jego czułość była wystarczająca do pomiaru oddychania pojedynczego ziemniaka. Ponownie zadzwoniłem do naukowca z Kanady i zakomunikowałem „radosna” wiadomość. Eureka! Problem został rozmazany! Naukowiec tenże zapytał ile przyrząd będzie kosztował, a kiedy się dowiedział ze minimum $15 000, gdyż same części potrzebne do jego budowy kosztowały $6 000, zrezygnował z zakupu, jako ze wedle niego przyrząd winien kosztować nie więcej niż, $900 aby mógł być nabywany przez kontrolerów ziemniaków w magazynach i na stacjach skupu. Szkoda ze ta wiadomość nie dotarła do mnie wcześniej przed inwestycją kilku miesięcy na prace badawczo konstrukcyjne.&lt;br /&gt;Pozostało mi wiec rozesłać krótki opis tego wynalazku do prasy technicznej, która z kolei załączyła anonse, o tym wynalazku, w dziale Nowości Techniczne. Po jakimś czasie zaczęły nadchodzić zapytania, czy przyrząd ten nie nadaje się do pomiarów oddychania gleby.&lt;br /&gt;Wkrótce dostaliśmy zamówienie na Micro-Oymax z Amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska (EPA) która zajmowała się problemem oczyszczania wody i wybrzeży Alaski, gdzie właśnie rozbił się tankowiec z ropą, należący do przedsiębiorstwa Exxon. Tragedia miała miejsce w zatoce Valdez i jej ofiarą padło wiele ryb i zwierząt morskich. Naukowcy z EPA zastosowali nasz przyrząd do modelowania, w laboratorium, procesu oczyszczania metoda t.zw. bioremediacji. Okazuje się ze w naturze istnieją bakterie, które rozkładają substancje organiczne, także ropę naftowa, na czynniki pierwsze. Jeśli chodzi o ropę naftowa, to dla zwiększenia aktywności tych bakterii należy dodać do ich pokarmu nawozy rolnicze zawierające azot, czyli nawozy azotowe. Ich ilość jest dość krytyczna dla procesu biologicznego oczyszczania i do celu ustalenia właściwych proporcji użyto właśnie mego wynalazku, który nazwałem „Micro-Oxymax”.&lt;br /&gt;Przedrostek „ Micro” odnosił się do mikroskopijnych konsumpcji tlenu, rzędu 0.2 mikrolitra na godzinę, jakie tn przyrząd potrafił zmierzyć. Zastosowanie Micro-Oxymax’u do ustalenia właściwych ilości nawozów azotowych jakie należało rozpylić z samolotów wzdłuż skażonych wybrzeży Alaski, pozwoliło zaoszczędzić wiele milionów dolarów i przyśpieszyć proces odnowy biologicznej Alaski, stanu od którego zacząłem ma amerykańską emigrację.&lt;br /&gt;Począwszy od tego momentu zamówienia zaczęły przychodzić lawinowo z firm olejowych, ale także od innych, które widziały dla tego przyrządu inne zastosowania.&lt;br /&gt;Oto ich kilka:&lt;br /&gt;Pomiar degradacji biologicznej opakowań plastykowych pod wpływem słońca.&lt;br /&gt;Proces biodegradacji gleby skażonej metalami ciężkimi, kreozotem i materiałami wybuchowymi np. trotylem. Pomiar oddychania glonów i algi a także skorupiaków morskich. Pomiar oddychania pleśni na produktach mącznych. Pomiar aktywności mikrobów używanych w biologicznej separacji miedzi i złota. Pomiar rozwoju komórek rakowych w sztucznie hodowanych kulturach i ewaluacja efektywności lęków anty rakowych poprzez pomiar oddychania komórek rakowych w postaci kultur komórkowych (cell cultures)&lt;br /&gt;Przez ostatnie 17 lat sprzedaliśmy setki tych przyrządów do wielu krajów na wszystkich kontynentach. Tak wiec początkowe fiasko zamieniło się na duży finansowy i naukowy sukces.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Konkluzje&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Dzisiaj, w styczniu 2009 roku, kiedy amerykańska i światowa ekonomia wali się w gruzy na skutek pomylonych zasad opierania rozwoju na kredytach, moje „chłopskie” metody zarządzania i inwestycji, wyłącznie z zarobionych pieniędzy, potwierdziły ich bezsprzeczną poprawność. Obserwuję więc dzisiejsze wydarzenia z perspektywy finansowego komfortu nie martwiąc się o swoja najbliższą przyszłość.&lt;br /&gt;Nie znaczy to jednak, że nie martwię się o moją przybraną ojczyzną, Stany Zjednoczone, w której szamani finansjery omotali swymi poronionymi pomysłami nie tylko rząd amerykański, ale Czekajewski resztę Świata.&lt;br /&gt;Jan Czekajewski&lt;br /&gt;Marco Island, Floryda&lt;br /&gt;23 styczeń 2009&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-3541268200497623095?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/3541268200497623095'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/3541268200497623095'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2009/01/skd-ten-szmal.html' title='Skąd Ten Szmal?'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-8629808841577580961</id><published>2008-12-01T07:43:00.000-08:00</published><updated>2008-12-01T07:44:07.189-08:00</updated><title type='text'>W Dniu Wyborów Prezydenta USA ( z humorem)</title><content type='html'>&lt;strong&gt;Wybory Prezydenckie w USA ( z humorem).&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Wszyscy udajemy się dzisiaj  do urn wyborczych wybierając nowego Prezydenta. Niemniej przy tej samej okazji,  nasi wyborcy  zadecydują także o przyszłości naszego Kraju jak i Świata,  przez odpowiedź, tak jak kiedyś w Polsce, w roku 1946,  na trzy (3) dodatkowe pytania:&lt;br /&gt;1.Czy popierasz przyłączenie Ziem Zachodnich  (od Jordanu) do Macierzy&lt;br /&gt;2.Czy popierasz wprowadzenie  DEMOKRACJI DWUPARTYJNEJ na Świecie i Wszechświecie&lt;br /&gt;3.Czy jesteś przeciwny(a) ssaniu antysemityzmu z mlekiem matki&lt;br /&gt; Podobno kartki z gotowymi odpowiedziami 3xTAK są już wydrukowane i dostępne dla leniwych i analfabetów.&lt;br /&gt;Telewizja donosi, że entuzjastyczne tłumy amerykańskich wyborców  żądały zniesienia tajności wyborów i obywatele, jawnie,  z kartką 3xTAK, w ręku, prą&lt;br /&gt; do urn wyborczych. Chorych i inwalidów przynoszą na noszach. Narkomani dostają zamiast wyborczej kiełbasy, darmowy zastrzyk z heroiny. Polonusom rozdaje się kabanosy.  Grupy składające się z mniejszości narodowych przybywają do lokalów wyborczych w przy dźwiękach etnicznej muzyki, Dixilandu (Murzyni) lub Marriachi Bands ( Meksykanie). Polonusi w Chicago przybyli ubrani w stroje krakowskie i góralskie, niektórzy z ciupagami i konnicami. W sąsiednich pomieszczeniach na powszechne żądanie obywateli, zainstalowano zaimprowizowane konfesjonały, w których obywatele mogą zwierzać się przed psychologami Urzędu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (Home Land Security) ze swych wątpliwości.&lt;br /&gt;Z głośników słychać transmisje zagraniczne i niemilknące oklaski i wiwaty  setek tysięcy demonstrantów  z Paryża, Warszawy, Londynu i Berlina,  popierających nasze wybory.&lt;br /&gt;W Iraku i Afganistanie tubylcy, poświęcają swe życie w spektakularnych fajerwerkach i eksplozjach. Chińczycy dla poparcia  zadeklarowali że kupią, już jutro,  następny trylion ( tysiąc amerykańskich bilionów)  dolarów w postaci amerykańskich obligacji pożyczkowych. Pieniądze te  sfinansują ambitny program nowego prezydenta, w którym  każdy Amerykanin będzie miał 50-cio calowy plaski telewizor produkcji chińskiej.  Północni Koreańczycy wystrzelili dla wiwatu  kolejna rakietę balistyczną  która przeleciała nad japońską wyspą Okinawa, gdzie mieszczą się bazy amerykańskie.&lt;br /&gt;W Afryce, szczepy Hutu i Tutsi, na dzień amerykańskich wyborów, zawiesili swoje waśnie i przyrzekli, że w przyszłości, przy regulacji konfliktów etnicznych,  zastosują, tak jak Amerykanie, przy egzekucjach, zastrzyki albo gaz trujący, zamiast mało higienicznych bambusowych oszczepów i maczug. &lt;br /&gt;Nad lokalami wyborczymi w południowych Stanach podobno zaobserwowano&lt;br /&gt; tęcze w kolorach narodowych, które niektórym automobilistom  myliły się z łukami charakterystycznymi dla  sklepów hamburgerów  MacDonalda. Głęboko wierzący Odrodzeni - Chrześcijanie spodziewają się cudu wyborczego i wyboru własnego kandydata, który zapewni Armagedon dla innowierców, aborcjonistów i homosiów .&lt;br /&gt;Ja sam zauważyłem, że u mnie sceptyka i niedowiarka, nadprzyrodzone zjawisko.&lt;br /&gt; Nagle, z niewiadomego powodu,   przestały mi się  pocić nogi. Wielki to dzień, którego żeśmy dożyli. Dzięki Ci Jehowo!&lt;br /&gt;Na razie kończę. Czasu mi brak. Idę głosować! 3 razy TAK!&lt;br /&gt;Johnek de Kapusta, 4. X.2008&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-8629808841577580961?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/8629808841577580961'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/8629808841577580961'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2008/12/w-dniu-wyborw-prezydenta-usa-z-humorem.html' title='W Dniu Wyborów Prezydenta USA ( z humorem)'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-1033455245696070185</id><published>2008-12-01T07:35:00.000-08:00</published><updated>2008-12-01T07:36:44.369-08:00</updated><title type='text'>Polska z Tarcza lub na Tarczy</title><content type='html'>&lt;strong&gt;Polska z Tarczą lub na Tarczy&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ostatnich dniach pisze się dużo i widzi w polskiej  TV, o  wygórowanych warunkach  stawianych przez stronę polską w negocjacjach z Amerykanami w sprawie budowy w Polsce wyrzutni amerykańskiej tarczy anty-rakietowej.&lt;br /&gt;Żyjąc w USA od 40 lat mam inne wyobrażenie niż krajowi krytycy polityki zagranicznej Premiera Tuska.&lt;br /&gt;Zwolennicy Tarczy budują psychozę zagrożenia militarnego przez Rosję i Chiny i przedstawiają wojskową i gospodarczą wszechpotęgę USA jako barierę dla dominacji totalitaryzmu i terroryzmu.&lt;br /&gt;Dzisiejsze mocarstwa już są mniej zależne od ilości rakiet i broni atomowej, ale bardziej od swej mocy gospodarczej. Chiny dzisiaj nie potrzebują mocnej armii aby rzucić Amerykę na kolana. Wystarczy że rzucą na rynek międzynarodowy  nagromadzone zasoby dolarów i  spowodują inflację w takim stopniu, że dolarami będziemy mogli sobie tapetować ściany. Nierozważna agresja spowodowana przez Izrael albo USA w stosunku do Iranu spowoduje podskoczenie baryłki ropy o 100 albo 200% powodując tragiczne dla amerykańskiej i europejskiej ekonomii skutki. Dla wywołania katastrofy nie potrzeba  irańskich rakiet z głowicami atomowymi. Wystarczy zablokować cieśninę Hormuz przez zatopienie w niej  kilku statków. Ameryka mimo wielu ostrzeżeń  o zbliżającej się katastrofie energetycznej obudziła się dzisiaj z ręką w nocniku, nie produkując ekonomicznych samochodów, bez zastępczych źródeł energii , a nawet bez planów dla budowy następnych elektrowni atomowych.&lt;br /&gt;W USA, kilka lat temu,  grupa nazwana później  neo- konserwatystami, wymyśliła sobie, że na skutek czasowego bezkrólewia po upadku ZSSR, Ameryka przejmie władzę nad światem, a Ameryka będą właśnie kierować oni, Superintelektualiści. Dzisiaj okazuje się, że nie byli oni ani konserwatystami ani intelektualistami.  Ich koncepcja nie była zupełnie nowa. Podobnie było w roku 1917 w Rosji, kiedy to „intelektualiści”, w postaci Trockiego, Lenina, Radka i Dzierżyńskiego, marzyli o globalnym komunizmie z nimi u steru.&lt;br /&gt;Wojna w Iraku okazała się zimnym prysznicem na ich globalne zapędy i dlatego neo-konserwatywna grupa „myślicieli” szybko wycofała się z rządu i nierządu,  a  ich nazwiska już dzisiaj  nie ukwiecają szpalty  amerykańskich dzienników, skąd niedawno głosili swój „demokratyczny”, globalny mesjanizm. Uciekli z tonącego okrętu, opuszczając swego ulubionego Prezydenta  bez steru, kompasu i żagla, a naiwną gawiedź, czyli amerykańskich obywateli zostawili z opadającymi, dziurawymi gaciami. Przepraszam, zostawili nam jednak Stary Testament i kilka kartek z Nowego Testamentu z przepowiednią, mego imiennika, Św. Jana Ewangelisty, o zbliżającej się Globalnej Apokalipsie.&lt;br /&gt;Krytycy Tuska wspominają o „złym wrażeniu” jakie jego  polityka w sprawie Tarczy  robi na amerykańskich sojusznikach. Ja bym się tym nie przejmował. Sojusznicy  mają raczej gruba skórę. Polakom chodzi o wrażenie, a Amerykanom o pieniądze i ropę naftową.&lt;br /&gt;Poglądy zwolenników Tarczy, zresztą popularne wśród Polaków w Polsce, zakładają że Stany Zjednoczone są krajem dżentelmenów, którzy odwzajemnią się z nadwyżką za gesty przyjaźni, w postaci wysłania polskiego wojska do Iraku lub Afganistanu. Amerykańscy politycy wywodzą się z biznesu i dbają o swe własne, wąskie i natychmiastowe interesy. Nie należy ich za to winić, natomiast Polacy winni się od nich tego uczyć, albo przynajmniej zdawać sobie z tego sprawę.&lt;br /&gt;Polskie pojecie honoru Amerykanie uważają za godne pożałowania frajerstwo.  Polacy dostali od nich figę albo daktyla, kiedy domagali się kontraktów w Iraku. Kontrakty te przeszły w ręce amerykańskiej firmy Halliburton i kilku innych  jej podobnych, bez  przetargów, do których Polska nie była dopuszczona. Nawiasem mówiąc, kiedyś, przed laty, przewidując kryzys olejowy, kupiłem akcje tej firmy i dzisiaj ze zdumieniem zauważyłem podwojenie ich wartości.&lt;br /&gt;Czy wiecie, że połowa sil zbrojnych w Iraku składa się z prywatnych ochroniarzy płaconych około $400 000 rocznie. A jak jest płacony polski żołnierz w Iraku? Ponieważ polski żołnierz broni w Iraku polskiego honoru i wiary, więc ujmą by było domagać się przez niego  zapłaty za  poświęcenie w obronie Chrześcijańskiego Przedmurza w Mezopotamii.&lt;br /&gt;Takie zachowanie jest zresztą zgodne z polską tradycją z czasów napoleońskich, kiedy to ofiary polskiej krwi zostały spłacone w  postaci ochłapu jakim było Księstwo Warszawskie, ustanowione przez Napoleona,  z  Niemcem z  Saksonii, Fryderykiem, jako królem.&lt;br /&gt;Tarcza jest i była bzdurą, przynajmniej w jej ostatniej polskiej postaci. Tarcza w  Polsce zostanie zlikwidowana w pierwszych 3 minutach wojny przez rosyjskie rakiety krótkiego zasięgu albo nisko lecące bomby rakietowe (cruise missails). To samo można powiedzieć o losie baz samolotów F16.&lt;br /&gt;Gadanie o zagrożeniu rakietami z Iranu nie trzyma się kupy z punktu widzenia naukowego i strategicznego,  niemniej stwarza przydatną „fata morganę” polityczną dla ewentualnego ataku na tamten kraj. Na Tarczę godził się Kwaśniewski, bo się spodziewał, także mylnie, że mu się Amerykanie odwdzięczą dając mu poczesne stanowisko w NATO albo w ONZ. Dostał kopniaka kiedy stał się  nieprzydatny. Ostatnio jednak jakaś „charytatywna” organizacja Żydów europejskich mianowała go „komisarzem”  do walki z europejskim antysemityzmem i rasizmem. Kwaśniewski na pewno pomyślał, że „lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu” i zaszczytną a jednocześnie dochodową nominację, przyjął.  Jedyną korzyść z Tarczy czerpie  amerykański przemysł zbrojeniowy, który jak się wydaje został tym, który się jeszcze liczy. Inne przemysły przeniosły się już do Chin i Meksyku a przemysł samochodowy jest na granicy bankructwa. Wartość rynkowa akcji General Motors, jest zbliżona do wartości łańcucha kawiarni, „Starbuks Cafe”. Na marginesie chciałbym dodać, chłodząc głowy  wielbicieli amerykańskiej potęgi, ze udział przemysłu wytwórczego w całej gospodarce USA, czyli jej globalnego produktu (GNP), wynosi dzisiaj tylko 12%. Na resztę „produktu” składają się „niby-produkty” banków, polisy i prowizje ubezpieczeniowe, hamburgery Mack Donalda, szpitale, handel detaliczny a także usługi fryzjerów i czyścibutów. No jest jeszcze Hollywood ze swą maszyną filmową i telewizyjną.&lt;br /&gt;Niedawno biedna Polska kupiła złomowe samoloty F16 kiedy już USA zastępuje swoja flotę niewidzialnymi dla radaru samolotami F22. Ponadto, to po co Polsce samoloty szturmowe?. Polska nie będzie, albo przynajmniej nie powinna,  nikogo bombardować. Polsce potrzebna jest obrona przeciwlotnicza, najlepiej własnej produkcji. Trzeba było władować te miliardy dolarów wydane na samoloty  w  badania naukowe i produkcję własnych rakiet „ziemia –powietrze” a także rakiet przeciwczołgowych. Może Tusk winien, zebrać się na odwagę i poprosić nie o rakiety, ale  o licencję na produkcję rakiet Patriot? Życzę powodzenia!&lt;br /&gt; Dziwnym trafem moje naiwne, cywilne i bezpartyjne poglądy są zbieżne z wypowiedziami i radami dla Polski  profesora Zbigniewa Brzezińskiego, które można by streścić do powiedzenia :&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    ” Kochajcie się jak bracia a liczcie się jak Żydzi”. Zapytacie się wiec Państwo, dlaczego ja, Amerykanin, jestem tak krytyczny w stosunku do kraju mego zamieszkania i obywatelstwa? Otóż właśnie dlatego, że jestem przekonany, że megalomania władzy nad światem, pod żadnym sztandarem albo pozorem,  nigdy w przeszłości nikomu na dobre nie wyszła.&lt;br /&gt;Czym prędzej takiemu pacjentowi poda się leki psychotropowe, tym większa jest nadzieja, że nie popełni zbiorowego samobójstwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jan Czekajewski&lt;br /&gt;Członek Polskiego Instytutu Naukowego w NY (PIASA)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-1033455245696070185?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1033455245696070185'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1033455245696070185'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2008/12/polska-z-tarcza-lub-na-tarczy.html' title='Polska z Tarcza lub na Tarczy'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-6329057491775045977</id><published>2008-10-10T18:39:00.000-07:00</published><updated>2008-10-10T18:42:04.770-07:00</updated><title type='text'>Donos do Prokuratora w Opolu</title><content type='html'>Prokuratura Wojewódzka w Opolu&lt;br /&gt;Wydział Pamięci Narodowej&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szanowny Herr Prokurator,&lt;br /&gt;Ja niżej podpisany, Wolfgang Ślimak, rolnik-autochton,  ze wsi Placówka, woj. opolskie, niniejszym zapodaje ze niejaki Herr Dr. Bogusław Wiseman , podobno zatrudniony w  Klinice  Ginekologii Towarzyskiej Akademii Medycznej  w Opolu, w chwilach kiedy jestem w pracy, nielegalnie i bezpłatnie, chędoży moja żonę Helge Ślimak ( z domu Rura) z która jestem żonaty dozgonnie i podwójnie, jako ze cywilnie i kościelnie. Chciałbym zwrócić uwagę Wysokiej Prokuraturze ze wyżej wymienione stosunki moralne Herr Dr. Wiseman obywa z moja małżonką na tylnym siedzeniu samochodu małolitrażowego produkcji krajowej (na licencji Fiata), co ubliża wszystkim zasadom Bezpieczeństwa, Katechizmu i Higieny Pracy i jest dodatkowym powodem do wysokiego, jeśli nie najwyższego wymiaru kary.Tenże Herr Dr.  Bogusław Wiseman będąc  w pijanym widzie, w bistro "Panderosa" we wsi Placówka, wypowiadał sie publicznie, po powrocie z Hameryki, ze praca w Nowy Yorku, " na azbestach", jest gorsza od Sowieckiego Obozu Pracy na Kołymie. Dr. Bogusław Wiseman bredził także, że zdrowo zagazował, co mnie dogłębnie i osobiście  uraziło, jako ze mój ojciec, w czasie wojny, zakwalifikował sie do renty w Drugiej Grupie Inwalidzkiej, jak sie zagazował bimbrem czy tez denaturatem, podczas służby w Wermachtcie, we wiosce Krepitze (dzisiaj Krzepice) koło Tchenstochau, Generalgouvarnement. Wyżej wymienione skandaliczne wypowiedzi Dr. Bogusława Wisemana sa wierutnym kłamstwem wbrew oczywistym faktom  i obraza nie tylko Pamięci Narodu Polskiemu, ale także  Unii Europejskiej i NATO. Wobec skandalicznych wypowiedzi Herr Doktora Bogusława Wisemana,  żądam  aby go Pan Herr Prokurator zapudłował do pierdla na lat trzy a jeśli możliwe na lat pięć. Przedłużenie wyroku należy uzasadnić wyżej wymienionymi skandalicznymi warunkami BHP w których moja żona Helga Ślimak (z domu Rura) darmowo wykonywała usługi moralne na rzecz Dr.Bogusława Wisemana.Dłuższa izolacja Dr. Bogusława Wisemana w zakładzie penitencjarnym, da mi czas na konstruktywne odbudowanie mych stosunków małżeńskich z ma ukochana żoną Helga ( z domu Rura) na zasadach  Wartości Chrześciańskich, Wolnorynkowych i Europejskich.p.s. Pozwalam sobie załączyć 250 Euro  dla Pana Prokuratora na "koszta sądowe" i zobowiązuję sie dorzucić dużo więcej jak ten sukinsyn Wiseman zczyznie docna w pierdlu Szanownego Pana Herr Prokuratora. Jeśli Pan Herr Prokurator dozwoli to po jego aresztowaniu przyjdę do wiezienia w Opolu aby mu jeszcze patriotycznie dokopać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Im Aufrage / nieczytelny/Wolfgang Slimak,rolnik- autochton, &lt;br /&gt;Wieś Placówka, Powiat Strzelce,&lt;br /&gt;Województwo Opolskie&lt;br /&gt;W kompozycji pisma do Prokuratury pomagał&lt;br /&gt;Emerytowany Sekretarz PZPR (dziś azylant polityczny w N.Y.):&lt;br /&gt;Mgr habilitowany, Johan (Johnek) Musician/podpis nieczytelny/&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-6329057491775045977?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/6329057491775045977'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/6329057491775045977'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2008/10/donos-do-prokuratora-w-opolu.html' title='Donos do Prokuratora w Opolu'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-75156382968112260</id><published>2008-10-10T18:20:00.000-07:00</published><updated>2008-10-10T18:21:48.406-07:00</updated><title type='text'>Paszport do Nieba (Zachodniego)</title><content type='html'>&lt;strong&gt;Powrót na łono (ojczyzny)&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Był rok 1962, szósty rok epoki miłościwie nam panującego Towarzysza Wiesława (Gomółki). Miałem 28 lat, bujną czarną czuprynę, ukończone studia z elektroniki na Politechnice Wrocławskiej i roczny staż w Instytucie Fizyki w Uppsali(Szwecja). Poza tym mogłem tańczyć Boogie-Woogie całą noc, co nie znaczy ze byłem kompletnie szczęśliwy. Moje życie osobiste było nieco zagmatwane, mieszkając na tak zwana "kocią łapę" z moja drugą byłą żoną, Zofia, będąc jednoczenie formalnie żonaty z moją pierwszą byłą żoną, Elżbietą. Wewnętrznie byłem emocjonalnie rozdarty, jako że obydwie panie reprezentowały dwie różne piękności duszy i biustów, nawzajem się uzupełniające, ale niemożliwe do pogodzenia w sferze –monogamicznej, katolickiej moralności, jakiej w owym czasie hołdowałem.W tej sytuacji przychodziło mi do głowy, ze wyjazd za granicę pozwoli mi na nabranie koniecznej perspektywy dla oceny walorów obydwu Pań a także porównanie ich z przodującymi standardami krajów zachodniej i północnej Europy.Ubiegał właśnie rok mej pracy jako asystenta w Instytucie Fizyki Doświadczalnej, Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie gdzie zwabił mnie niecnie Profesor Włodzimierz Żuk, którego poznałem rok wcześniej w Instytucie Fizyki w Uppsali. Mój powrót do Polski był zaskoczeniem dla wielu osób zarówno mi przyjaznych jak i wrogich. Był na pewno dużym zaskoczeniem dla Urzędu Bezpieczeństwa, który to Urząd w owych czasach bardzo się troszczył o ubytek obiecującego narybku naukowego na rzecz wrażego ideologicznie Zachodu a jednocześnie paranoiczne bał się tych co wracali z Zachodu do PRL-owskiej Polski.Chciałbym zaznaczyć, ze powody mego powrotu do Polski miały charakter wyłącznie ideowy i platoniczny.W pierwszej kolejności odczuwałem poczucie winy, że opuściłem PRL-oska Ojczyznę dla której winieniem przynajmniej zrosić czoło potem przy budowie zrębów socjalizmu, ale również z powodu trapiących mnie nocnych mar o leżących odłogiem przednich i tylnich walorach mej zostawionej w Polsce ukochanej Zofii. Obawiałem się, że ten odłóg zostanie szybko zagospodarowany a ukochana zmeliorowana przez miejscowych łódzkich konkurentów. Z powyższych wiec przesłanek patriotyczno- ideologicznych przyjąłem zaproszenie Profesora Żuka na pozycję Pierwszego Elektronika Polski-B, czyli tej rolniczej części Polski, która leży na wschód od Wisły. Do Lublina przyjechałem z Zofią. Po przyjeździe okazało się, że Uniwersytet nie ma dla mnie mieszkania, a wielu adiunktów i docentów habilitowanych mieszka od lat, razem z rodzinami w pojedynczych pokojach domów akademickich. Rektorat zaoferował mi zatem łóżko w uniwersyteckim pokoju gościnnym, mieszczącym się w suterenie jednego z żeńskich akademików. W pokoju tym były dwa żelazne łóżka, do jednego z nich miałem niezaprzeczalne prawo, drugie natomiast należało odstąpić innym wizytującym uczonym, którzy od czasu do czasu przybywali do Lubina z gościnnymi wykładami.Kłopot był z Zofią, gdyż obawiałem się, że wizytujący uczeni nie zadowolą się jedynie żelaznym łóżkiem, ale zapragną korzystać z obfitych walorów Zofii. W niewinnosci mych lat młodzieńczych, wychowany w siermiężnej kulturze heteroseksualnego socjalizmu, nie byłem wtedy uczulony na możliwość osobistego zagrożenia przez adoratorów męsko-męskich. Moje obawy nie były bez podstaw, jako że pewnej zimowej nocy zapukał do drzwi zmoknięty profesor z Lodzi, aspirujący do drugiego żelaznego łóżka. Biedak, zawiedziony brakiem mej gościnności, poczłapał, smagany deszczem i mą brukową elokwencją na zasłużony wypoczynek do odległej poczekalni lubelskiego dworca kolei żelaznej. Opisuje tutaj tą scenerię dla nowego pokolenia, które nie wiele wie, z jakimi się borykała Polska Nauka w dobie tak zwanej Odwilży Popaździernikowej.Dialektyczna Różnica miedzy Ciocią i PracąWyjeżdżając ze Szwecji, mój szef Profesor P.A. Tove, wręczył mi zaproszenie do pracy w jego Instytucie. Datę, której było brak na zaproszeniu, miałem sam wpisać, gdy zdecyduję się na powrót do Uppsali. Zaproszenie rozwiązywało sprawę szwedzkiej wizy i pracy, ale nie zapewniało polskiego paszportu.Ówczesne przepisy paszportowe, co prawda przewidywały wyjazdy do cioci za granicę, ale nie do pracy. Paszport na wyjazd na staż naukowy był tylko wydawany "za poparciem" Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego. Dodatkowe utrudniania istniały także po drodze w postaci wymaganych "poparć" przez dyrektora instytutu naukowego i rektora uczelni. W Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego, w owym czasie, istniała specjalna komisja kwalifikująca wyjazdy, której przewodziła stara komunistka, Vice Minister Krasowska.Najmniej kłopotu miałem z Prof. Żukiem, który był zainteresowany utrzymaniem dobrych stosunków z Uniwersytetem w Uppsali a może także nadzieją na powtórny tam powrót. Profesor Żuk wystosował urzędowo brzmiące pismo, w którym informował Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego, ze wyjazd mgr.inż. Jana Czekajewskiego do Uppsali jest konieczny z uwagi na jego (czyli mój) udział w pięcioletnim planie badań naukowych w dziedzinie "korelacji kątowych". Ponieważ Prof.Żuk utrzymywał dobre stosunki z Rektorem Uniwersytetu, kolejne poparcie Rektora UMCS było czysta formalnością. Teczka z moimi dokumentami powędrowała więc do ministerstwa w Warszawie i sprawa mego wyjazdu nabrała urzędowego biegu. Mijał miesiąc za miesiącem, kończyły się wakacje a odpowiedzi z Warszawy nie było.Udział w Obronie Ludowej OjczyznyPewnego jesiennego poranka, wychodząc do pracy z mego "gościnnego" pokoju, minąłem zmokniętego żołnierza z oficjalnie wyglądająca kopertą w ręce. Żołnierz ten zapukał do moich drzwi, które otworzyła moja druga była żona, Zofia, i zapytał się o mnie. Zofia szybko zorientowała się ze taka koperta niczego dobrego nie wróży, bystro wiec odpowiedziała ze z tym łajdakiem Czekajewskim nie rozmawia, w domu go nie ma i nie wiadomo kiedy wróci. W każdym razie koperty nie przyjmie i pośrednikiem Ludowego Wojska Polskiego nie będzie. Rozmowę te słyszałem skryty za węgłem. Kiedy upewniłem się, że wojak odszedł, wróciłem do domu i zaczęliśmy rozpatrywać alternatywy ratunku. Jasnym było dla mnie, że Urząd Bezpieczeństwa, aby uniemożliwić mój wyjazd, stosował jedną z wypróbowanych metod, czyli powołanie do wojska na ćwiczenia. Wiadomo było, że jeśli nawet wyjdą z wojska, nie będę mógł wyjeżdżać przez kilka lat za granicę, gdyż jako bojowo przeszkolony podchorąży mógłbym wyjawić Amerykanom tajemnice strategii i techniki Ludowej Polskiej Armii a może i całego Paktu Warszawskiego, coś tak jakto póżniej zrobił dla CIA pułkownik Kukliński.Aby zyskać na czasie, spakowaliśmy dobytek w walizki i wyjechaliśmy następnym pociągiem do Warszawy, ciągle licząc że opóźnienie z wydaniem mego paszportu jest wynikiem zwykłej biurokracji. Na stacji Warszawa Wschodnia, w tłoku przy wysiadaniu, ukradziono nam jedną z walizek co nie poprawiło mojego samopoczucia. W Warszawie zamieszkaliśmy z Zofia na ul. Olimpijskiej na Mokotowie, w wilii jej wujka, „podziemnego przedsiębiorcy", Zygmunta Krauze, człowieka o bardzo barwnym charakterze, o którym kiedyś napisze więcej. Odtego momentuzacząłem swe codzienne wizyty w Ministerstwie Szkół Wyższych na ul. Miodowej,pytając się o losy mego paszportu. Mijały dniei noce, a w międzyczasie z Lublina dochodziły niepokojące donosy, że WKR (Wojskowa Komenda Rejonowa) postawiła przed Instytutem Fizyki żołnierza którego zadaniem była obserwacja momentu w którym pojawię się w pracy. Czułem, że jeśli nie dostanę paszportu, a mój pobyt w Warszawie się przeciągnie, mogą zostać oskarżony o dezercję. W między czasie, Wydział Zagraniczny Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego nie dawał mi żadnej odpowiedzi.Lekcja Marksizmu czyli Wartość Wymienna Czterokolorowego DługopisuZdesperowany, przechadzając się po ministerialnym korytarzu natknąłem się na znajomą twarz kolegi Koszyńskiego, byłego pracownika Biura Turystyki ZSP, dla którego dziewczyny, trzy lata temu, załatwiliśmy z Renkiem O. atrakcyjny wyjazd do Anglii na kopanie kartofli. ZSP załatwiało nam wtedy paszporty, za cichą umowa, że do naszej paczki dołączymy dziewczyny oficjalistów Związku Studentów Polskich. Angielskie zaproszenie "zorganizował" Reniek O. w czasie uprzedniego pobytu u swego londyńskiego wujka. Zaproszenie było wydane poprzez Związek Studentów Polskich na Emigracji, w którym działał Andrzej Stypułkowski, chyba pracujący także dla Radia Wolna Europa. Tak czy inaczej, kolega Koszynski spadł mi z nieba, co więcej, okazało się, ze pracuje teraz w Dziale Zagranicznym Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego i przygotowuje opinie dla decyzji "komisji wyjazdów zagranicznych". Po zapoznaniu go z moją sytuacja, zatajajac oczywiście element wojskowy, Koszynski zaofiarował swoją pomoc. Po kilkunastu minutach, Koszynski, poinformował mnie, że moje czekanie na paszport nie ma żadnego sensu, jako że paszportu nigdy nie dostanę, gdyż prośba Rektora UMCS z Lublina, dotycząca mego wyjazdu, została odrzucona na jednym zebrań wyżej wymienionej komisji przez Towarzyszkę Vice-Minister Krasowska. Na moich dokumentach Towarzyszka Krasowska napisała, "odrzucić z powodu imiennego zaproszenia". Towarzyszka Minister poczuła się obrażona, że Uniwersytet w Uppsali zaprasza kogoś imiennie, kiedy Ministerstwo wie lepiej kto winien pojechać na stypendium i ma do tego celu lepszych bo partyjnych kandydatów. Koszyński widząc rozpacz w mych oczach, wspomniał, ze nic nie jest jednak stracone, jako że komisja zbiera się co dwa tygodnie, i on me dokumenty powtórnie zaprezentuje, opiniując je pozytywnie, omijając imiennosć zaproszenia, zakładając że Towarzyszka Krasowska nie będzie pamiętać mej sprawy albo nie będzie brała udziału w komisji. Gotowy byłem obiecać Koszyńskiemu złote góry, natomiast Koszyński miał do mnie tylko jedna skromną prośbę o treści jak następuje: "Wiesz Bracie, ja mam taki długopis, cztero -kolorowy, którym zaznaczam ważność dokumentów ministerialnych. Niestety kolorowe wkłady się wykończyły i mój długopis jest bezużyteczny. Jak Bracie, pojedziesz na Zachód to przywieź mi taki właśnie wkład do długopisu". Koszyński dotrzymał słowa i w następnym tygodniu przedstawił moja pozytywnie zaopiniowana sprawę ministerialnej "komisji wyjazdowej". Moja zatwierdzona przez Ministerstwo teczka powędrowała skolei do Biura Paszportowego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Tam, jak na razie, nie miałem "chodów" i obawiałem się, że jeśli macki lubelskiego UB i wojska tam sięgnęły, paszportu i tak nie dostanę.Wpływ Potencji Marszałka Sejmu na PaszportWe Warszawie mieszkał w tym czasie mój szkolny kolega, Witek Pal, którego żona jak się okazało, pracowała jako sekretarka w Polskim Stronnictwie Ludowym, pseudo-partii stworzonej dla mydlenia oczu naiwnym, że Komuna toleruje wielo-partyjnosć. Na czele PSL-u w owym czasie stał Marszałek Sejmu Wycech, figurant PZPR-u, który nie miał już większych politycznych ambicji, poza utrzymaniem swej seksualnej potencji w możliwie sprawnej formie. W momencie kiedy rozgrywał się dramat mego paszportu, Marszałek Wycech bawił w Szwajcarii na kuracji hormonalnej, podobno polegającej na wstrzykiwaniu pacjentom wyciągu z byczych jąder. Czy kuracja była skuteczna, należałoby się spytać bliskich Stronnictwu i Sejmowi pięknych pań. Jego prawa ręką był Pan Kowal, któremu zostałem przedstawiony. Muszę przyznać, że Pan Kowal sprawnie zajął się moją sprawą i natychmiast zadzwonił do Biura Paszportów posługując się specjalna rządową linia telefoniczna zwana WCZ ( wysokiej częstotliwości) zastrzeżoną do użytku Marszałka Sejmu. Pan Kowal wyjaśnił osobie po drugiej stronie kabla, że "Stronnictwu" bardzo zależy aby ten młody naukowiec, dostał szybko paszport, gdyż interesy Stronnictwa tego wymagają. W rewanżu obiecałem Panu Kowalowi zaproszenie do Szwecji, razem z małżonką, jeśli się tylko tam ustabilizuję. Chcąc się wykazać zrozumieniem sytuacji zaprosiłem Pana Kowala na ucztę, czyli popijawę, do restauracji, czego jednak Pan Kowal odmówił, ostrzegając że utracjusze uczęszczający do warszawskich restauracji są pod baczna obserwacja agentów Urzędu Bezpieczenstwa. Postanowiliśmy zatem zorganizować biesiadę w wilii wuja na Mokotowie, co miało tę zaletę, ze wuj Krauze mógł dotrzymać kroku każdemu wytrawnemu pijusowi a zatem w pełni kwalifikował się na mego alkoholowego pełnomocnikaNiwelowanie Różnic Klasowych za Pomocą AlkoholuNa libację Pan Kowal przyjechał "wytworną" czarną limuzyną marki Wołga, kierowaną przez zaufanego szofera. Zaufanie do szofera miało u tow. Kowala pewne granice, jako że zostawił go przed domem, gdzie tenże przez kilka godzin trwania libacji dziarsko, dla rozgrzewki, przytupywał. Po pierwszym litrze czystej wyborowej Panowie Krauze i Kowal wyraźnie przypadli sobie do gustu. Pan Kowal, namawiał wuja aby wstąpił do Partii, gdzie czeka go błyskotliwa kariera, na co wuj Krauze wypytywał się tow. Kowala o szczegóły benefitow wynikających z partyjnego urzędu. Wuj Krauze był wyraźnie wzruszony faktem , ze ktoś pierwszy raz w jego życiu, oferuje mu pracę, gdyż dotychczas zawsze było odwrotnie, jako że to on zatrudniał innych. Jako dodatkowy argument Tow. Kowal zaczął wywijać pod wuja nosem zgrabnym belgijskim rewolwerem, symbolem władzy i zaufania jakim Partia i Rząd darzyła swoich urzędników wysokiej rangi. W odpowiedzi wuj zgrabnie strzelił palcami, na który to sygnał ukazał się w drzwiach Pan Jasiu, pełniący u wuja funkcje ludowego lokaja. Pan Jasiu zarecytował towarzyszowi Kowalowi swoje dzienne obowiązki, które miedzy innymi składały się z gotowania jajka wedle upodobań wuja Krauzego i dobieranie właściwej temperatury jego rannej kąpieli. Niestety tow. Kowal nie miał nikogo podobnego, poza zmarzniętym, tupiącym pod oknem szoferem, który jednak nie mógł mieszkać z tow. Kowalem z dwu powodów; po pierwsze tow. Kowal miał bardzo atrakcyjną młodą żonę z wydatnym biustem, a po drugie w jego służbowym apartamencie wymiaru M.-2 nie starczało miejsca na dodatkowe łóżko. W połowie następnego litra czystej wyborowej, Panowie K&amp;amp;K się nieco popłakali, wspominając piękno Wileńszczyzny, poczym wzajemnie się podpierając zeszli do garażu, gdzie wuj Krauze garażował dwa samochody, wielkiego Mercedesa w perlistym kolorze i Chevrolet Impala w kolorze Antique Gold, jedyny tego rodzaju samochód , w tym czasie, w Warszawie.Perlisty Mercedes niedawno należał do Księdza Biskupa w Lodzi, który dostał go jako "Dar z Nieba" przekazany Ks. Biskupowi za pośrednictwem swych byłych parafian z Chicago. Biskup czuł się nieswojo jeżdżąc w takim niebiańskim luksusie, wiec sprzedał Mercedesa wujowi. Chevrolet- Impalę wuj kupił na własny rachunek, z dochodów pochodzących z eksportu czerwonych "ceremonialnych" goździków do Moskwy. Jak wiadomo czerwone goździki to kwiat bez którego żaden Pierwszy Sekretarz KP ZSSR nie mógł być mianowany lub pochowany. Wuj Krauze znal tajemnice hodowli czerwonych goździków, której nawet KGB nie było w stanie wykraść a Rząd i Partia wprowadzić do Radzieckich Kołchozów. Po zapoznaniu się z automobilowym bogactwem wuja tow. Kowal stracił swój ostatni argument, jakim była sowiecka Wołga i zaczął się dopytywać jak można zapisać się do kapitalistów. Mam nadzieje, ze tow. Kowal doczekał kapitalizmu i dzisiaj jeździ swym własnym perlistym Mercedesem.Cud w LublinieNastępnego dnia bolała mnie głowa. Nigdy przedtem, ani potem nie wypiłem tyle wódki i nie doświadczyłem takiego sromotnego "kaca". Mimo to szczęście mnie rozpierało. Wymarzony paszport czekał na mnie w Ministerstwie. Pozostała jedynie drobna sprawa uregulowania mego stosunku do wojska, gdyż przy uporze wojaków, mogli mnie jeszcze zatrzymać na granicy. Z paszportem w ręku pojechałem wiec do Lublina, aby wytłumaczyć w Wojskowej Komisji Rekrutacyjnej, ze Władza Ludowa ma dla mnie inne, ważniejsze plany. W Lubelskim WKR-e, zaraz przy drzwiach wejściowych natknąłem się na barykadę w postaci biurka ze starszym sierżantem, który zbeształ mnie za opieszałość i wyciągnął dłoń z biletem kolejowym do odległej jednostki wojskowej w Podjuchach, Województwo Szczecińskie, w której miałem odbyć służbę wojskowa przy budowie pontonowych mostów. Zacząłem mu tłumaczyć, że niestety nie skorzystam z zaproszenia, jako że jestem delegowany do Szwecji przez Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego. Moja argumentacja wprawiła sierżanta w dobry humor, jako że, wedle niego, w Polsce istnieje tylko jedno ministerstwo i nazywa się Ministerstwem Obrony Narodowej. Obawiając się aresztowania, sadu polowego i natychmiastowej egzekucji bez rozgrzeszenia, na zapleczach pobliskiego KUL-u (Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego) , wycofałem się zgrabnie na z góry zaplanowane pozycje czyli po prostu "dałem dyla" czyli w nogi. Czułem teraz, że minuty mojej wolności są policzone i tylko cud może mnie uratować, co tez się niebawem stało, a jak się stało opowiem. Trapiony trwogą, bezwiednie błąkając się po Lublinie, natknąłem się przypadkiem na Profesora Fizyki KUL-u, Dr. Teske, z którym spotykaliśmy się na tygodniowych herbatkach naukowych. Rozważając tą sytuację po latach, jestem przekonany że pod postacią Prof. Teske ukrywał się mój Anioł Stróż wysłany z Nieba z poleceniem przedłużenia mego życia do czasu mego powrotu na drogę Cnoty i Wiary. Po zapoznaniu się z mą tragiczna sytuacją, Prof.Teske, vel Anioł Stróż, podniósł wzrok do Nieba, z którego spłynął na niego laserowy promyk natchnienia z zakodowaną cyfrowo rekomendacja, że tylko Partia i to ta najważniejsza, czyli PZPR, może mnie jeszcze uratować. Niestety, a może na szczęście do PZPR nie należałem. Jako bezpartyjny syn pracującego inteligenta, wracający na władzy łono, skomlący o pomoc, budziłem większe zaufanie niż skłonny do strajków szeregowy proletariacki członek partii. Wypadki poznańskie z 1956 były jeszcze świeżo w partyjnej pamięci. Pomysł, jak wiadomo każdemu przedsiębiorcy, jest wart tylko 10% całego przedsięwzięcia. Pozostałe 90% trzeba było wobec tego zaimprowizować. Najważniejsze było tzw. "dojście" do wpływowych, partyjnych czynników.Waga Inżynierii Ludzkich DuszTak się złożyło, że będąc uprzednio w Szwecji wybrałem się na wycieczkę do Paryża. Reportaż z tej wycieczki wysłałem do partyjnego organu o tytule "Słowo Ludu", będącego oficjalnym dziennikiem Lubelskiego Komitetu Wojewodzkiego PZPR. Spiesznie udałem się zatem do K.W. gdzie mieściła się redakcja czasopisma i poprosiłem o rozmowę z "Naczelnym" organu, którego zapewniłem, że jeśli wyjadę powtórnie do Szwecji, to organ będzie miało we mnie zagranicznego korespondenta, który właściwe uwypukli negatywne strony życia w kapitalizmie i przekona obywateli Lubelszczyzny że nie ma innego kraju gdzie tak wolno "dyszy" człowiek jak PRL. Z kolei Naczelny Redaktor przedstawił mnie II-giemu Sekretarzowi KW, któremu posługując się teoria k(w)antową, wyjaśniłem zalety energii atomowej i jej rozwój w najbliższej pięciolatce. Mimochodem wzmiankowałem również o kłodach, jakie rzuca lawinowemu rozwojowi tej technologii w Polsce Ludowej, instytucja tak prowincjonalna jak WKR w Lublinie. Okazało się że II Sekretarz i szef WKR-u byli razem w komunistycznej partyzantce i są w dalszym ciągu kolesiami od wypitki. W krótkiej rozmowie telefonicznej II Sekretarz wytłumaczył komendantowi WKR-u, że moje wezwanie na przeszkolenie wojskowe, jest tragiczną wręcz pomyłka i skierował mnie ponownie do WKR z żelaznym zapewnieniem, że szkolenie będzie odroczone do momentu mego powrotu. Niestety kiedy przekroczyłem ponownie wrota WKR-u natknąłem się na tego samego starszego sierżanta, którego twarz, na mój widok, rozjaśniła się szerokim słowiańskim uśmiechem.Sierżant zapewnił mnie, że nic mu nie wiadomo o interwencji "Wielkiej Partii" i że on zna jeden autorytet, a nim jest Ministerstwo Obrony. Zaobserwowałem że zaistniała szczelina w jego systemie fortecznym, z lewej strony biurka, wystarczająca do przejścia pojedynczego sapera ( byłem przydzielony do wojsk saperskich). Rzuciłem więc w tym kierunku swe zmasowane siły i wpadłem na schody wiodące na II piętro gdzie urzędował kumpel II-go Sekretarza.Pułkownik K. przyjął mnie serdecznie, zdziwił się przeglądając moja książeczkę wojskowa, że moja wiedza wojskowa jest wyraźnie przestarzała, z uwagi na brak okresowych ćwiczeń, ale wytłumaczyłem mu, ze w przeszłości Ludowa Ojczyzna wyznaczała dla mnie ważne zadania, w konflikcie czasowym z ćwiczeniami. Nawiasem mówiąc powód był dużo prostszy, natury fizjologiczno-psychologicznej. Do niczego nie miałem tak wielkiego wstrętu niż do wojska pozostającego w Dozgonnej Przyjaźni z Bratnią Armią Czerwoną. W drugiej kolejności plasował się u mnie wstręt do rannego wstawania, co także ma związek z wojskiem, które budzi żołnierzy o godzinie 5-tej lub 6-tej i walczy nocą. Może bym się nawet do wojska przekonał, ale musiałoby to być wojsko popołudniowe, czynne miedzy godzina 14ta i 17 ta., dobrze płatne, najlepiej na zasadzie "umowy o dzieło" i bezpieczne dla życia i zdrowia. Powołanie do wojska jest jedną z mar, jakie do dzisiaj mnie trapią kiedy zjem cos niestrawnego, np. surową cebulę. Schodząc do wyjścia miałem ochotę pokazać zdziwionemu sierżantowi t.zw."wała", ale będąc w każdym calu dżentelmenem odwdzięczyłem się mu tylko, podobnym do jego, "szerokim słowiańskim uśmiechem".Do Szwecji wyjechałem pociągiem z Warszawy następnego dnia wieczorem. Zofia miała dołączyć do mnie za kilka miesięcy, po zakończeniu stażu na Akademii Medycznej. Po moim wyjeżdzie, tej samej nocy, rozdzwoniły sie telefony do mej rodziny i zaprzyjaznionych Pań, z zapytaniem od nieznanych osobników, jak się można skontaktować z "tym Czekajewskim", do którego anonimowi interesanci mieli jakis bardzo ważny interes. Na szczęscie, w tym samym czasie, byłem już za granicą PRL-u, "przechylając" pół litra wisniaku z konduktorem wagonu sypialnego zmierzającego z radosnym stukotem kół do wymarzonego Zachodniego Nieba. &lt;a name="112516782333223020"&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-75156382968112260?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/75156382968112260'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/75156382968112260'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2008/10/paszport-do-nieba-zachodniego.html' title='Paszport do Nieba (Zachodniego)'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-5164680631282912116</id><published>2008-10-10T18:17:00.000-07:00</published><updated>2008-10-11T02:10:14.377-07:00</updated><title type='text'>Powrot na Ojczyzny Łono</title><content type='html'>Powrót na łono (ojczyzny)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Stan Mojej Duszy&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Był rok 1962, szósty rok epoki miłościwie nam panującego Towarzysza Wiesława (Gomółki). Miałem 28 lat, bujną czarną czuprynę, ukończone studia z elektroniki na Politechnice Wrocławskiej i roczny staż w Instytucie Fizyki w Uppsali(Szwecja). Poza tym mogłem tańczyć Boogie-Woogie całą noc, co nie znaczy ze byłem kompletnie szczęśliwy. Moje życie osobiste było nieco zagmatwane, mieszkając na tak zwana "kocią łapę" z moja drugą byłą żoną, Zofia, będąc jednoczenie formalnie żonaty z moją pierwszą byłą żoną, Elżbietą. Wewnętrznie byłem emocjonalnie rozdarty, jako że obydwie panie reprezentowały dwie różne piękności duszy i biustów, nawzajem się uzupełniające, ale niemożliwe do pogodzenia w sferze –monogamicznej, katolickiej moralności, jakiej w owym czasie hołdowałem.W tej sytuacji przychodziło mi do głowy, ze wyjazd za granicę pozwoli mi na nabranie koniecznej perspektywy dla oceny walorów obydwu Pań a także porównanie ich z przodującymi standardami krajów zachodniej i północnej Europy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wzniosle Motywy Powrotu&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Ubiegał właśnie rok mej pracy jako asystenta w Instytucie Fizyki Doświadczalnej, Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie gdzie zwabił mnie niecnie Profesor Włodzimierz Żuk, którego poznałem rok wcześniej w Instytucie Fizyki w Uppsali. Mój powrót do Polski był zaskoczeniem dla wielu osób zarówno mi przyjaznych jak i wrogich. Był na pewno dużym zaskoczeniem dla Urzędu Bezpieczeństwa, który to Urząd w owych czasach bardzo się troszczył o ubytek obiecującego narybku naukowego na rzecz wrażego ideologicznie Zachodu a jednocześnie paranoiczne bał się tych co wracali z Zachodu do PRL-owskiej Polski.Chciałbym zaznaczyć, ze powody mego powrotu do Polski miały charakter wyłącznie ideowy i platoniczny.W pierwszej kolejności odczuwałem poczucie winy, że opuściłem PRL-oska Ojczyznę dla której winieniem przynajmniej zrosić czoło potem przy budowie zrębów socjalizmu, ale również z powodu trapiących mnie nocnych mar o leżących odłogiem przednich i tylnich walorach mej zostawionej w Polsce ukochanej Zofii. Obawiałem się, że ten odłóg zostanie szybko zagospodarowany a ukochana zmeliorowana przez miejscowych łódzkich konkurentów. Z powyższych wiec przesłanek patriotyczno- ideologicznych przyjąłem zaproszenie Profesora Żuka na pozycję Pierwszego Elektronika Polski-B, czyli tej rolniczej części Polski, która leży na wschód od Wisły.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Realia Polski Ludowej&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Do Lublina przyjechałem z Zofią. Po przyjeździe okazało się, że Uniwersytet nie ma dla mnie mieszkania, a wielu adiunktów i docentów habilitowanych mieszka od lat, razem z rodzinami w pojedynczych pokojach domów akademickich. Rektorat zaoferował mi zatem łóżko w uniwersyteckim pokoju gościnnym, mieszczącym się w suterenie jednego z żeńskich akademików. W pokoju tym były dwa żelazne łóżka, do jednego z nich miałem niezaprzeczalne prawo, drugie natomiast należało odstąpić innym wizytującym uczonym, którzy od czasu do czasu przybywali do Lubina z gościnnymi wykładami.Kłopot był z Zofią, gdyż obawiałem się, że wizytujący uczeni nie zadowolą się jedynie żelaznym łóżkiem, ale zapragną korzystać z obfitych walorów Zofii. W niewinnosci mych lat młodzieńczych, wychowany w siermiężnej kulturze heteroseksualnego socjalizmu, nie byłem wtedy uczulony na możliwość osobistego zagrożenia przez adoratorów męsko-męskich. Moje obawy nie były bez podstaw, jako że pewnej zimowej nocy zapukał do drzwi zmoknięty profesor z Lodzi, aspirujący do drugiego żelaznego łóżka. Biedak, zawiedziony brakiem mej gościnności, poczłapał, smagany deszczem i mą brukową elokwencją na zasłużony wypoczynek do odległej poczekalni lubelskiego dworca kolei żelaznej. Opisuje tutaj tą scenerię dla nowego pokolenia, które nie wiele wie, z jakimi się borykała Polska Nauka w dobie tak zwanej Odwilży Popaździernikowej.Dialektyczna Różnica miedzy Ciocią i Pracą&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Rozczarowanie PRLem i zmagania paszporowe&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Wyjeżdżając ze Szwecji, mój szef Profesor P.A. Tove, wręczył mi zaproszenie do pracy w jego Instytucie. Datę, której było brak na zaproszeniu, miałem sam wpisać, gdy zdecyduję się na powrót do Uppsali. Zaproszenie rozwiązywało sprawę szwedzkiej wizy i pracy, ale nie zapewniało polskiego paszportu.Ówczesne przepisy paszportowe, co prawda przewidywały wyjazdy do cioci za granicę, ale nie do pracy. Paszport na wyjazd na staż naukowy był tylko wydawany "za poparciem" Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego. Dodatkowe utrudniania istniały także po drodze w postaci wymaganych "poparć" przez dyrektora instytutu naukowego i rektora uczelni. W Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego, w owym czasie, istniała specjalna komisja kwalifikująca wyjazdy, której przewodziła stara komunistka, Vice Minister Krasowska.Najmniej kłopotu miałem z Prof. Żukiem, który był zainteresowany utrzymaniem dobrych stosunków z Uniwersytetem w Uppsali a może także nadzieją na powtórny tam powrót. Profesor Żuk wystosował urzędowo brzmiące pismo, w którym informował Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego, ze wyjazd mgr.inż. Jana Czekajewskiego do Uppsali jest konieczny z uwagi na jego (czyli mój) udział w pięcioletnim planie badań naukowych w dziedzinie "korelacji kątowych". Ponieważ Prof.Żuk utrzymywał dobre stosunki z Rektorem Uniwersytetu, kolejne poparcie Rektora UMCS było czysta formalnością. Teczka z moimi dokumentami powędrowała więc do ministerstwa w Warszawie i sprawa mego wyjazdu nabrała urzędowego biegu. Mijał miesiąc za miesiącem, kończyły się wakacje a odpowiedzi z Warszawy nie było.Udział w Obronie Ludowej OjczyznyPewnego jesiennego poranka, wychodząc do pracy z mego "gościnnego" pokoju, minąłem zmokniętego żołnierza z oficjalnie wyglądająca kopertą w ręce. Żołnierz ten zapukał do moich drzwi, które otworzyła moja druga była żona, Zofia, i zapytał się o mnie. Zofia szybko zorientowała się ze taka koperta niczego dobrego nie wróży, bystro wiec odpowiedziała ze z tym łajdakiem Czekajewskim nie rozmawia, w domu go nie ma i nie wiadomo kiedy wróci. W każdym razie koperty nie przyjmie i pośrednikiem Ludowego Wojska Polskiego nie będzie. Rozmowę te słyszałem skryty za węgłem. Kiedy upewniłem się, że wojak odszedł, wróciłem do domu i zaczęliśmy rozpatrywać alternatywy ratunku. Jasnym było dla mnie, że Urząd Bezpieczeństwa, aby uniemożliwić mój wyjazd, stosował jedną z wypróbowanych metod, czyli powołanie do wojska na ćwiczenia. Wiadomo było, że jeśli nawet wyjdą z wojska, nie będę mógł wyjeżdżać przez kilka lat za granicę, gdyż jako bojowo przeszkolony podchorąży mógłbym wyjawić Amerykanom tajemnice strategii i techniki Ludowej Polskiej Armii a może i całego Paktu Warszawskiego, coś tak jakto póżniej zrobił dla CIA pułkownik Kukliński.Aby zyskać na czasie, spakowaliśmy dobytek w walizki i wyjechaliśmy następnym pociągiem do Warszawy, ciągle licząc że opóźnienie z wydaniem mego paszportu jest wynikiem zwykłej biurokracji. Na stacji Warszawa Wschodnia, w tłoku przy wysiadaniu, ukradziono nam jedną z walizek co nie poprawiło mojego samopoczucia. W Warszawie zamieszkaliśmy z Zofia na ul. Olimpijskiej na Mokotowie, w wilii jej wujka, „podziemnego przedsiębiorcy", Zygmunta Krauze, człowieka o bardzo barwnym charakterze, o którym kiedyś napisze więcej. Odtego momentuzacząłem swe codzienne wizyty w Ministerstwie Szkół Wyższych na ul. Miodowej,pytając się o losy mego paszportu. Mijały dniei noce, a w międzyczasie z Lublina dochodziły niepokojące donosy, że WKR (Wojskowa Komenda Rejonowa) postawiła przed Instytutem Fizyki żołnierza którego zadaniem była obserwacja momentu w którym pojawię się w pracy. Czułem, że jeśli nie dostanę paszportu, a mój pobyt w Warszawie się przeciągnie, mogą zostać oskarżony o dezercję. W między czasie, Wydział Zagraniczny Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego nie dawał mi żadnej odpowiedzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Lekcja Marksizmu czyli Wartość Wymienna Czterokolorowego Długopisu&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt; Zdesperowany, przechadzając się po ministerialnym korytarzu natknąłem się na znajomą twarz kolegi Koszyńskiego, byłego pracownika Biura Turystyki ZSP, dla którego dziewczyny, trzy lata temu, załatwiliśmy z Renkiem O. atrakcyjny wyjazd do Anglii na kopanie kartofli. ZSP załatwiało nam wtedy paszporty, za cichą umowa, że do naszej paczki dołączymy dziewczyny oficjalistów Związku Studentów Polskich. Angielskie zaproszenie "zorganizował" Reniek O. w czasie uprzedniego pobytu u swego londyńskiego wujka. Zaproszenie było wydane poprzez Związek Studentów Polskich na Emigracji, w którym działał Andrzej Stypułkowski, chyba pracujący także dla Radia Wolna Europa. Tak czy inaczej, kolega Koszynski spadł mi z nieba, co więcej, okazało się, ze pracuje teraz w Dziale Zagranicznym Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego i przygotowuje opinie dla decyzji "komisji wyjazdów zagranicznych". Po zapoznaniu go z moją sytuacja, zatajajac oczywiście element wojskowy, Koszynski zaofiarował swoją pomoc. Po kilkunastu minutach, Koszynski, poinformował mnie, że moje czekanie na paszport nie ma żadnego sensu, jako że paszportu nigdy nie dostanę, gdyż prośba Rektora UMCS z Lublina, dotycząca mego wyjazdu, została odrzucona na jednym zebrań wyżej wymienionej komisji przez Towarzyszkę Vice-Minister Krasowska. Na moich dokumentach Towarzyszka Krasowska napisała, "odrzucić z powodu imiennego zaproszenia". Towarzyszka Minister poczuła się obrażona, że Uniwersytet w Uppsali zaprasza kogoś imiennie, kiedy Ministerstwo wie lepiej kto winien pojechać na stypendium i ma do tego celu lepszych bo partyjnych kandydatów. Koszyński widząc rozpacz w mych oczach, wspomniał, ze nic nie jest jednak stracone, jako że komisja zbiera się co dwa tygodnie, i on me dokumenty powtórnie zaprezentuje, opiniując je pozytywnie, omijając imiennosć zaproszenia, zakładając że Towarzyszka Krasowska nie będzie pamiętać mej sprawy albo nie będzie brała udziału w komisji. Gotowy byłem obiecać Koszyńskiemu złote góry, natomiast Koszyński miał do mnie tylko jedna skromną prośbę o treści jak następuje: "Wiesz Bracie, ja mam taki długopis, cztero -kolorowy, którym zaznaczam ważność dokumentów ministerialnych. Niestety kolorowe wkłady się wykończyły i mój długopis jest bezużyteczny. Jak Bracie, pojedziesz na Zachód to przywieź mi taki właśnie wkład do długopisu". Koszyński dotrzymał słowa i w następnym tygodniu przedstawił moja pozytywnie zaopiniowana sprawę ministerialnej "komisji wyjazdowej". Moja zatwierdzona przez Ministerstwo teczka powędrowała skolei do Biura Paszportowego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Tam, jak na razie, nie miałem "chodów" i obawiałem się, że jeśli macki lubelskiego UB i wojska tam sięgnęły, paszportu i tak nie dostanę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wpływ Potencji Marszałka Sejmu na Paszport&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;We Warszawie mieszkał w tym czasie mój szkolny kolega, Witek Pal, którego żona jak się okazało, pracowała jako sekretarka w Polskim Stronnictwie Ludowym, pseudo-partii stworzonej dla mydlenia oczu naiwnym, że Komuna toleruje wielo-partyjnosć. Na czele PSL-u w owym czasie stał Marszałek Sejmu Wycech, figurant PZPR-u, który nie miał już większych politycznych ambicji, poza utrzymaniem swej seksualnej potencji w możliwie sprawnej formie. W momencie kiedy rozgrywał się dramat mego paszportu, Marszałek Wycech bawił w Szwajcarii na kuracji hormonalnej, podobno polegającej na wstrzykiwaniu pacjentom wyciągu z byczych jąder. Czy kuracja była skuteczna, należałoby się spytać bliskich Stronnictwu i Sejmowi pięknych pań. Jego prawa ręką był Pan Kowal, któremu zostałem przedstawiony. Muszę przyznać, że Pan Kowal sprawnie zajął się moją sprawą i natychmiast zadzwonił do Biura Paszportów posługując się specjalna rządową linia telefoniczna zwana WCZ ( wysokiej częstotliwości) zastrzeżoną do użytku Marszałka Sejmu. Pan Kowal wyjaśnił osobie po drugiej stronie kabla, że "Stronnictwu" bardzo zależy aby ten młody naukowiec, dostał szybko paszport, gdyż interesy Stronnictwa tego wymagają. W rewanżu obiecałem Panu Kowalowi zaproszenie do Szwecji, razem z małżonką, jeśli się tylko tam ustabilizuję. Chcąc się wykazać zrozumieniem sytuacji zaprosiłem Pana Kowala na ucztę, czyli popijawę, do restauracji, czego jednak Pan Kowal odmówił, ostrzegając że utracjusze uczęszczający do warszawskich restauracji są pod baczna obserwacja agentów Urzędu Bezpieczenstwa. Postanowiliśmy zatem zorganizować biesiadę w wilii wuja na Mokotowie, co miało tę zaletę, ze wuj Krauze mógł dotrzymać kroku każdemu wytrawnemu pijusowi a zatem w pełni kwalifikował się na mego alkoholowego pełnomocnikaNiwelowanie Różnic Klasowych za Pomocą AlkoholuNa libację Pan Kowal przyjechał "wytworną" czarną limuzyną marki Wołga, kierowaną przez zaufanego szofera. Zaufanie do szofera miało u tow. Kowala pewne granice, jako że zostawił go przed domem, gdzie tenże przez kilka godzin trwania libacji dziarsko, dla rozgrzewki, przytupywał. Po pierwszym litrze czystej wyborowej Panowie Krauze i Kowal wyraźnie przypadli sobie do gustu. Pan Kowal, namawiał wuja aby wstąpił do Partii, gdzie czeka go błyskotliwa kariera, na co wuj Krauze wypytywał się tow. Kowala o szczegóły benefitow wynikających z partyjnego urzędu. Wuj Krauze był wyraźnie wzruszony faktem , ze ktoś pierwszy raz w jego życiu, oferuje mu pracę, gdyż dotychczas zawsze było odwrotnie, jako że to on zatrudniał innych. Jako dodatkowy argument Tow. Kowal zaczął wywijać pod wuja nosem zgrabnym belgijskim rewolwerem, symbolem władzy i zaufania jakim Partia i Rząd darzyła swoich urzędników wysokiej rangi. W odpowiedzi wuj zgrabnie strzelił palcami, na który to sygnał ukazał się w drzwiach Pan Jasiu, pełniący u wuja funkcje ludowego lokaja. Pan Jasiu zarecytował towarzyszowi Kowalowi swoje dzienne obowiązki, które miedzy innymi składały się z gotowania jajka wedle upodobań wuja Krauzego i dobieranie właściwej temperatury jego rannej kąpieli. Niestety tow. Kowal nie miał nikogo podobnego, poza zmarzniętym, tupiącym pod oknem szoferem, który jednak nie mógł mieszkać z tow. Kowalem z dwu powodów; po pierwsze tow. Kowal miał bardzo atrakcyjną młodą żonę z wydatnym biustem, a po drugie w jego służbowym apartamencie wymiaru M.-2 nie starczało miejsca na dodatkowe łóżko. W połowie następnego litra czystej wyborowej, Panowie K&amp;amp;K się nieco popłakali, wspominając piękno Wileńszczyzny, poczym wzajemnie się podpierając zeszli do garażu, gdzie wuj Krauze garażował dwa samochody, wielkiego Mercedesa w perlistym kolorze i Chevrolet Impala w kolorze Antique Gold, jedyny tego rodzaju samochód , w tym czasie, w Warszawie.Perlisty Mercedes niedawno należał do Księdza Biskupa w Lodzi, który dostał go jako "Dar z Nieba" przekazany Ks. Biskupowi za pośrednictwem swych byłych parafian z Chicago. Biskup czuł się nieswojo jeżdżąc w takim niebiańskim luksusie, wiec sprzedał Mercedesa wujowi. Chevrolet- Impalę wuj kupił na własny rachunek, z dochodów pochodzących z eksportu czerwonych "ceremonialnych" goździków do Moskwy. Jak wiadomo czerwone goździki to kwiat bez którego żaden Pierwszy Sekretarz KP ZSSR nie mógł być mianowany lub pochowany. Wuj Krauze znal tajemnice hodowli czerwonych goździków, której nawet KGB nie było w stanie wykraść a Rząd i Partia wprowadzić do Radzieckich Kołchozów. Po zapoznaniu się z automobilowym bogactwem wuja tow. Kowal stracił swój ostatni argument, jakim była sowiecka Wołga i zaczął się dopytywać jak można zapisać się do kapitalistów. Mam nadzieje, ze tow. Kowal doczekał kapitalizmu i dzisiaj jeździ swym własnym perlistym Mercedesem.Cud w LublinieNastępnego dnia bolała mnie głowa. Nigdy przedtem, ani potem nie wypiłem tyle wódki i nie doświadczyłem takiego sromotnego "kaca". Mimo to szczęście mnie rozpierało. Wymarzony paszport czekał na mnie w Ministerstwie.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Moje Zaniedbania w Wojskowym Wyszkoleniu&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Pozostała jedynie drobna sprawa uregulowania mego stosunku do wojska, gdyż przy uporze wojaków, mogli mnie jeszcze zatrzymać na granicy. Z paszportem w ręku pojechałem wiec do Lublina, aby wytłumaczyć w Wojskowej Komisji Rekrutacyjnej, ze Władza Ludowa ma dla mnie inne, ważniejsze plany. W Lubelskim WKR-e, zaraz przy drzwiach wejściowych natknąłem się na barykadę w postaci biurka ze starszym sierżantem, który zbeształ mnie za opieszałość i wyciągnął dłoń z biletem kolejowym do odległej jednostki wojskowej w Podjuchach, Województwo Szczecińskie, w której miałem odbyć służbę wojskowa przy budowie pontonowych mostów. Zacząłem mu tłumaczyć, że niestety nie skorzystam z zaproszenia, jako że jestem delegowany do Szwecji przez Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego. Moja argumentacja wprawiła sierżanta w dobry humor, jako że, wedle niego, w Polsce istnieje tylko jedno ministerstwo i nazywa się Ministerstwem Obrony Narodowej. Obawiając się aresztowania, sadu polowego i natychmiastowej egzekucji bez rozgrzeszenia, na zapleczach pobliskiego KUL-u (Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego) , wycofałem się zgrabnie na z góry zaplanowane pozycje czyli po prostu "dałem dyla" czyli w nogi. Czułem teraz, że minuty mojej wolności są policzone i tylko cud może mnie uratować, co tez się niebawem stało, a jak się stało opowiem. Trapiony trwogą, bezwiednie błąkając się po Lublinie, natknąłem się przypadkiem na Profesora Fizyki KUL-u, Dr. Teske, z którym spotykaliśmy się na tygodniowych herbatkach naukowych. Rozważając tą sytuację po latach, jestem przekonany że pod postacią Prof. Teske ukrywał się mój Anioł Stróż wysłany z Nieba z poleceniem przedłużenia mego życia do czasu mego powrotu na drogę Cnoty i Wiary. Po zapoznaniu się z mą tragiczna sytuacją, Prof.Teske, vel Anioł Stróż, podniósł wzrok do Nieba, z którego spłynął na niego laserowy promyk natchnienia z zakodowaną cyfrowo rekomendacja, że tylko Partia i to ta najważniejsza, czyli PZPR, może mnie jeszcze uratować. Niestety, a może na szczęście do PZPR nie należałem. Jako bezpartyjny syn pracującego inteligenta, wracający na władzy łono, skomlący o pomoc, budziłem większe zaufanie niż skłonny do strajków szeregowy proletariacki członek partii. Wypadki poznańskie z 1956 były jeszcze świeżo w partyjnej pamięci. Pomysł, jak wiadomo każdemu przedsiębiorcy, jest wart tylko 10% całego przedsięwzięcia. Pozostałe 90% trzeba było wobec tego zaimprowizować. Najważniejsze było tzw. "dojście" do wpływowych, partyjnych czynników.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Waga Inżynierii Ludzkich Dusz&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Tak się złożyło, że będąc uprzednio w Szwecji wybrałem się na wycieczkę do Paryża. Reportaż z tej wycieczki wysłałem do partyjnego organu o tytule "Słowo Ludu", będącego oficjalnym dziennikiem Lubelskiego Komitetu Wojewodzkiego PZPR. Spiesznie udałem się zatem do K.W. gdzie mieściła się redakcja czasopisma i poprosiłem o rozmowę z "Naczelnym" organu, którego zapewniłem, że jeśli wyjadę powtórnie do Szwecji, to organ będzie miało we mnie zagranicznego korespondenta, który właściwe uwypukli negatywne strony życia w kapitalizmie i przekona obywateli Lubelszczyzny że nie ma innego kraju gdzie tak wolno "dyszy" człowiek jak PRL. Z kolei Naczelny Redaktor przedstawił mnie II-giemu Sekretarzowi KW, któremu posługując się teoria k(w)antową, wyjaśniłem zalety energii atomowej i jej rozwój w najbliższej pięciolatce. Mimochodem wzmiankowałem również o kłodach, jakie rzuca lawinowemu rozwojowi tej technologii w Polsce Ludowej, instytucja tak prowincjonalna jak WKR w Lublinie. Okazało się że II Sekretarz i szef WKR-u byli razem w komunistycznej partyzantce i są w dalszym ciągu kolesiami od wypitki. W krótkiej rozmowie telefonicznej II Sekretarz wytłumaczył komendantowi WKR-u, że moje wezwanie na przeszkolenie wojskowe, jest tragiczną wręcz pomyłka i skierował mnie ponownie do WKR z żelaznym zapewnieniem, że szkolenie będzie odroczone do momentu mego powrotu. Niestety kiedy przekroczyłem ponownie wrota WKR-u natknąłem się na tego samego starszego sierżanta, którego twarz, na mój widok, rozjaśniła się szerokim słowiańskim uśmiechem.Sierżant zapewnił mnie, że nic mu nie wiadomo o interwencji "Wielkiej Partii" i że on zna jeden autorytet, a nim jest Ministerstwo Obrony. Zaobserwowałem że zaistniała szczelina w jego systemie fortecznym, z lewej strony biurka, wystarczająca do przejścia pojedynczego sapera ( byłem przydzielony do wojsk saperskich). Rzuciłem więc w tym kierunku swe zmasowane siły i wpadłem na schody wiodące na II piętro gdzie urzędował kumpel II-go Sekretarza.Pułkownik K. przyjął mnie serdecznie, zdziwił się przeglądając moja książeczkę wojskowa, że moja wiedza wojskowa jest wyraźnie przestarzała, z uwagi na brak okresowych ćwiczeń, ale wytłumaczyłem mu, ze w przeszłości Ludowa Ojczyzna wyznaczała dla mnie ważne zadania, w konflikcie czasowym z ćwiczeniami. Nawiasem mówiąc powód był dużo prostszy, natury fizjologiczno-psychologicznej. Do niczego nie miałem tak wielkiego wstrętu niż do wojska pozostającego w Dozgonnej Przyjaźni z Bratnią Armią Czerwoną. W drugiej kolejności plasował się u mnie wstręt do rannego wstawania, co także ma związek z wojskiem, które budzi żołnierzy o godzinie 5-tej lub 6-tej i walczy nocą. Może bym się nawet do wojska przekonał, ale musiałoby to być wojsko popołudniowe, czynne miedzy godzina 14ta i 17 ta., dobrze płatne, najlepiej na zasadzie "umowy o dzieło" i bezpieczne dla życia i zdrowia. Powołanie do wojska jest jedną z mar, jakie do dzisiaj mnie trapią kiedy zjem cos niestrawnego, np. surową cebulę. Schodząc do wyjścia miałem ochotę pokazać zdziwionemu sierżantowi t.zw."wała", ale będąc w każdym calu dżentelmenem odwdzięczyłem się mu tylko, podobnym do jego, "szerokim słowiańskim uśmiechem".Do Szwecji wyjechałem pociągiem z Warszawy następnego dnia wieczorem. Zofia miała dołączyć do mnie za kilka miesięcy, po zakończeniu stażu na Akademii Medycznej. Po moim wyjeżdzie, tej samej nocy, rozdzwoniły sie telefony do mej rodziny i zaprzyjaznionych Pań, z zapytaniem od nieznanych osobników, jak się można skontaktować z "tym Czekajewskim", do którego anonimowi interesanci mieli jakis bardzo ważny interes. Na szczęscie, w tym samym czasie, byłem już za granicą PRL-u, "przechylając" pół litra wisniaku z konduktorem wagonu sypialnego zmierzającego z radosnym stukotem kół do wymarzonego Zachodniego Nieba. &lt;a name="112516782333223020"&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-5164680631282912116?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/5164680631282912116'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/5164680631282912116'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2008/10/powrot-na-ojczyzny-ono.html' title='Powrot na Ojczyzny Łono'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-7042392623190928067</id><published>2008-10-10T18:10:00.000-07:00</published><updated>2008-10-10T18:11:43.989-07:00</updated><title type='text'>Ameryka w Finansowym Bagnie</title><content type='html'>Kiedyś, w marcu 2008, napisałem  przepowiednię zatytułowaną: „Katastrofa Nastąpi Pojutrze”, czyli, w moim pojęciu, za alegoryczne  kilka lat. Byłem w swej diagnozie zbyt optymistyczny. Dawałem pacjentowi nadzieję na  dłuższy czas życia i określiłem jego zdrowie jako zagrożone, ale nie krytycznie. Zresztą to co dzieje się dzisiaj to dopiero jeden element amerykańskiej degrengolady. Finanse to jedynie blichtr i politura całego systemu ekonomicznego, który się da, jeśli nie naprawić to załatać, „wydrukowaniem” kilkuset miliardów dolarów. Kolejne zagrożenia wynikają z rozkładu  innych podstawowych elementów gospodarki i są mniej widoczne ale nawet ważniejsze. Ich naprawa wymagać będzie, poza zmiana systemu gospodarczego, który dotychczas był oparty na pożyczkach, zmiany ludzkiej mentalności i skali wartości. Wymagać to będzie przynajmniej dwu generacji.&lt;br /&gt; Jak wspomniałem w marcu 2008, w artykule p.t. „ Katastrofa Będzie Pojutrze” zagrożenia dla potęgi i dobrobytu USA wynikają z  braków  technicznej i naukowej edukacji, eksportu pracy, produkcji i usług za granice, problemów emigracyjnych i konflikty rasowe, globalnych imperialistycznych ambicji, braku konkretnej polityki energetycznej, korupcji systemu politycznego no i oczywiści przekonaniu że dobrobyt można osiągnąć i utrzymać za pożyczone pieniądze.  Pierwsze jaskółki zbliżającej się katastrofy systemu bankowego pojawiły się już w zeszłym roku. Przyczyny katastrofy finansowej maja swe źródło w wieloletniej polityce i praktyce  życia Ameryki na kredyt. Tani kredyt stal się możliwy w momencie kiedy Stany Zjednoczone zrezygnowały z parytetu  dolara w złocie. Stało się to w roku 1971, w czasie kadencji Prezydenta Nixsona, który w ten sposób zyskał wolną rękę dla finansowania długów rządowych spowodowanych przez wojnę w  Wietnamie. Nawet dzisiaj, kiedy amerykański  system finansowy się wali i Prezydent wraz  ministrem finansów błagają na kolanach Kongres o zatwierdzanie ratunkowych dotacji, żaden z nich nie oferują nowych rozwiązań. Proszą oni Kongres, czyli właściwie podatników, o  ratowanie dotacjami starego skompromitowanego systemu.   Przyczyny krachu nie pojawiły się znienacka ale nawarstwiały się w czasie kilku kadencji  uprzednich prezydentów. Proces ten datuje się od kilkudziesięciu lat.&lt;br /&gt;Winni są wszyscy. Rządy i Prezydenci że  dali się nabrać na miraż gospodarki post-przemysłowej, w której młodzi geniusze komputerowej klawiatury będą z Wall Street kontrolować świat, w czasie kiedy  motłoch, czyli społeczeństwo będzie usypiane za pomocą telewizji i tanich zabawek elektronicznych chińskiej produkcji. System taki zapewniał  Amerykanom ciągle rosnącą „stopę życiową” na wzór polskiego Gierka.&lt;br /&gt;Finansiści,  którzy jak kuglarze jarmarczni tyle, że ubrani w  togi renomowanych uniwersytetów wymyślali coraz to nowe „produkty” finansowe, które w miarę upływu czasu przestali sami rozumieć i kontrolować.&lt;br /&gt;Społeczeństwo  dało się łatwo przekonać, ze oszczędzanie jest cechą  zacofania znamionującą  stetryczałych dziadków mających mentalność odległego „wieku pary i elektryczności”.  Nowa generacja nie mogła sobie wyobrazić kryzysu.  Dzisiaj, 1 szego października, każdy wskazuje palcem na kogo innego, że to on jest przyczyną katastrofy, w sytuacji gdy wina jest wspólna i ogólna.&lt;br /&gt;Wszyscy żyli ułudą, że Ameryka ma monopol i boskie przyzwolenie  na dobrobyt niewspółmierny z własnym wysiłkiem. Amerykanie poczuli się narodem  mającym monopol na najlepszy system polityczny i ekonomiczny, którzy tylko niektórzy sceptycy i cynicy  nazywali, „najlepsza demokracją jaką da się kupić za pieniądze”. System ten jest do głębi skorumpowany, szczególnie politycznie, aczkolwiek pojęciem „Państwa Prawa” wycierają sobie usta politycy i dziennikarze w prasie i w cyrku, czyli w telewizji.&lt;br /&gt;Prawa się ustawia dla zabezpieczenia „legalnej„  kradzieży na wielka skalę i budowę iluzorycznych pałaców finansowych stojących na lodzie.&lt;br /&gt;Afery łapówek wśród amerykańskich kongresmanów i senatorów  jakie, od czasu do czasu, opisuje prasa wskazują, że  reprezentanci narodu decydujący o przyszłości kraju, przyjmują w gruncie rzeczy groszowe łapówki za  ustanowienie lub utrącenia tego czy innego „prawa”. Zawodowi politycy siedzący dziesiątki lat na stołkach w Kongresie i Senacie są zależni od kontrybucji przeznaczonych na koszty własnej reklamy w czasie wyborów. Grupy i kraje finansujące wybory są wszystkim znane, ale niektórych nie wolno wymieniać aby nie być posadzonym o rasowe lub religijne uprzedzenie.&lt;br /&gt; Lewica, zwana w USA również jako „liberałowie”, czyli Partia Demokratyczna, wytyka bankowcom, ze oszukali klasę pracującą. Niemniej to właśnie oni, kilka lat temu, poprzez różnego rodzaju organizacje reprezentujące grupy „finansowo upośledzone” (czytaj: biedne) podawały do sądu banki, zarzucając im etniczną dyskryminację. Zarzucano im,  ze  nie dają  proporcjonalnie dużo pożyczek klientom rekrutującym się ze sfer „finansowo upośledzonych”. Fakt, że te grupy  nie były w stanie spłacać  pożyczek, które udzielano bez pokrycia w dochodach,  był dla sądów i rządu drugorzędny. Wszyscy wiedzieli o co chodzi, że jest darowizna, sprzeczna z podstawowymi zasadami rynku kapitalistycznego,  na koszt innych grup społecznych, a także, jak się dzisiaj okazało, instrument do wielkich finansowych malwersacji na szczytach finansjery. Publiczna krytyka tej polityki była niebezpieczna.&lt;br /&gt;Banki pożyczając pieniądze zabezpieczały swe rachunki przez ich  komasację  i sprzedawanie całych pakietów wierzytelności hipotecznych  inwestorom takim jak fundusze emerytalne itp.  Pakiety te były uznawane wśród maklerów  jako niezwykle bezpieczne inwestycje oznakowane symbolem AAA, czyli najwyższej jakości.&lt;br /&gt;Inwestorzy  oddaleni od pojedynczego  wierzyciela przez wiele międzybankowych transakcji i nie znali  wypłacalności tych pożyczek stanowiących elementy pakietów które nabywali i zadawali się ich określeniem jako AAA . Bankierzy tworząc sztuczny popyt na te „produkty” i stwarzali sztuczne papierowe dochody. Od tych dochodów zależały ich premie, które sobie wypłacali w wysokości kilkunastu a nawet kilkudziesięciu milionów dolarów. Każdy wierzył, albo udawał że wierzy, że system finansowej żonglerki będzie działał w nieskończoność. Niestety „perpetum mobile” nie jest  możliwe ani w naturze ani w finansach. W końcu domek z kart się zawalił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Społeczeństwo którego mózgi  wyprano telewizją, uważa, że właściwą metodą na dostatnie życie jest pożyczanie pieniędzy.&lt;br /&gt;Inwestycje w domy za pożyczone pieniądze wydawały się najpewniejszą inwestycją. Wartość domów zawsze rosła z czasem. Na dodatek, na skutek łatwych i tanich kredytów budowano olbrzymie  domy które mogłyby swobodnie pomieścić nie jedną ale 5 rodzin.&lt;br /&gt;Budowa domów zapewniała niskie bezrobocie i była siłą napędową wielu innych przemysłów. Na dodatek, kilkadziesiąt lat temu, bankowcy wymyślili karty kredytowe. Na początku karty kredytowe były symbolem statusu i trudno dostępne. W miarę czasu nawet noworodki i bezrobotni  dostawali pocztą karty kredytowe. Niektórzy maja ich cale „harmonijki” obciążonymi  dziesiątkami tysięcy dolarów długu. Wiadomo, że nie będą w stanie tych długów spłacić, ale się tym nie przejmują, bo łaskawy rząd w obronie swych „upośledzonych finansowo” obywateli zabezpieczył ich przez prawo do łatwego bankructwa.&lt;br /&gt; Bankructwo kart kredytowych na wieka skale, to następny cios jaki nas czeka, ale o którym się na razie nie mówi, aby nie stwarzać paniki.&lt;br /&gt;Nawet dzisiaj kiedy wrzód zadłużenia pęknął i Rząd z prezydentem na czele błagają Kongres o finansowy ratunek dla banków, media straszą ludzi, że brak poparcia dla ich projektu skończy się zamknięciem kredytów na samochody i na wypłaty ich  przedsiębiorstw. Społeczeństwo przyjmuje za naturalne, że firmy nie maja własnego kapitału i bez finansowego kredytu nie mogą dalej funkcjonować.&lt;br /&gt;Jakoś nikt nie rozumie, ze przedsiębiorstwo winno pieniądze zarabiać i gromadzić kapitał, a nie być przedłużeniem banku. Możliwość istnienia dochodowego przedsiębiorstwa umyka wyobraźni zarówno rządu jak i przeciętnego Amerykanina.&lt;br /&gt; Ja sam jestem ostatnim Mohanikaninem wśród przedsiębiorców, którzy zarabiają pieniądze posługując się własnym kapitałem obrotowym i odkładają pieniądze  na czarną godzinę.&lt;br /&gt;Aby było bardziej interesująco,  nasz kraj ma dwie przegrane wojny, w Iraku i Afganistanie a  trzecia się szykuje z Pakistanem,  któremu nagle zaczęło się wydawać, że jest niezależny. Wojnę z Iranem na razie, ku niezadowolenia Izraela, odłożono na później, gdyż dzisiaj jej konsekwencje wykończyłyby nas i Europę doszczętnie, nie militarnie ale finansowo.&lt;br /&gt;Większość Europejczyków już się z tych kolonialnych wycieczek do Babilonu wypisała, ale Polska poprzez swe wszystkie rządy, z Bogiem i bez Boga w klapie, wysyła swych żołnierzy na te eskapady, których sensu a przede wszystkim celu nie potrafią, albo nie chcą wytłumaczyć.&lt;br /&gt;No, Polaków można zrozumieć, bo maja swe wielkie tradycje walki „Za Naszą i Waszą Wolność” tłumiąc kiedyś, z ramienia Napoleona,  powstania w Dominikanie i Hiszpanii&lt;br /&gt;( pod Samosierą ). O kosztach wojen przestało się w Ameryce mówić, bo to tak jak kiedyś na polskich salonach, mówienie o pieniądzach i pomyłkach jest w złym tonie.&lt;br /&gt;A wiec dzisiaj pierwszego października siedzimy w bagnie i nikt nie wie jak z niego się wydostać.&lt;br /&gt;Nieudacznicy w rządzie, którzy mieli system kontrolować, byli tymi samymi co go stworzyli. Teraz uzurpują sobie prawo do jego reperacji. Wybawienie w postaci 700 miliardów dolarów ma naoliwić system, aby zaczął działać, tak jak dawniej ku ich własnym interesom. Pierwszy raz społeczeństwo się obudziło i zaczęło zadawać politykom i rządowi pytania. Pierwsze glosowanie nad projektem „finansowego wybawienia” zabiło ten projekt pod presja setek tysięcy telefonów i e-maili od zbuntowanych podatników. Bo przecież to ich pieniądze maja system ratować.&lt;br /&gt;Jak potoczą się sprawy dalej, nie wiadomo. Prawdopodobnie dotacja zostanie zatwierdzona i przesunie tylko date koniecznej naprawy systemu.&lt;br /&gt;Obawiam się, że sytuacja może się stać podobną do sytuacje w Niemczech czasie Republiki Weimarskiej i jakiś demagog, przekona Amerykanów,  że ma posłanie od Boga  na bezbolesną  naprawę ich  kraju. Jak na razie reperujemy głównie Bliski Wschód  i okolice.&lt;br /&gt;Odpowiednie prawa uciszenia opozycji już od dawna istnieją w amerykańskich  kodeksach prawnych przeforsowane pod pokrywką wojny z terrorem. Czekają tylko na ich interpretacje aby wziąć społeczeństwo za twarz.&lt;br /&gt;Czekamy wiec na „Wielkiego Nauczyciela”, który zreperuje nam mosty i autostrady, wymieni dolary na nowa walutę „Amero” (proponuję wymianę oszczędności w stosunku 1 Nowy „Amero” za $100, z limitem na rodzinę 10 „Amerów”)  i dokwateruje do naszych pałacowych domów dodatkowe rodziny z klas „ finansowo upośledzonych”. Do pełnej symetrii brakuje sieci obozów koncentracyjnych, aczkolwiek model już mamy, w Guantanamo na Kubie. Na razie trzymamy tam innowierców, ale jak zaistnieje potrzeba znajdzie się tam miejsce dla bezwyznaniowców i sceptyków, którzy maja wątpliwości co do niezbitego faktu, że świat był stworzony w siedem dni i że Izrael jest gotowy na powrót Chrystusa, w czasie festiwalu na  astralną skalę o nazwie Armagedon.&lt;br /&gt;Historia Świata się powtarza w nowej „demokratycznej” formie.&lt;br /&gt;Wobec szykującego się Końca Świata, zalecam studiowanie pracy dyplomowej ( na świętego), mego imiennika, Świętego Jana, Ewangelisty.&lt;br /&gt;Święty Jan E., w swej Ewangelii opisuje, krok po kroku, jak należy się zachowywać w tych trudnych czasach, aby dostać wizę do Nieba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;************************************************************************&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O autorze:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;dr.inz. Jan Czekajewski, wykształcony na Politechnice Wrocławskiej i na Uniwersytecie w Uppsali, Szwecja. Założyciel i prezes Columbus Instruments, przedsiębiorstwa produkującego aparaturę naukowa eksportowaną do ponad 50 krajów. Laureat nagrody Programu Tomasza Edisona i firmy Ernest Young (1989) w konkursie  na najlepszego biznesmena w stanie Ohio. Członek Polskiego Instytutu Naukowego w Nowym Jorku (PIASA). Mieszka w USA od 40 lat. Publikuje często w prasie krajowej i emigracyjnej na tematy społeczne i polityczne.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-7042392623190928067?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/7042392623190928067'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/7042392623190928067'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2008/10/ameryka-w-finansowym-bagnie.html' title='Ameryka w Finansowym Bagnie'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-4317682331705778985</id><published>2008-08-03T18:52:00.000-07:00</published><updated>2008-08-03T21:36:23.000-07:00</updated><title type='text'>Prof. Stefan Bincer-Wspomninia Asystenta</title><content type='html'>mgr.inz. Eugeniusz Hajek-oddany asystent  (2007)  Włodzimierz Krawiec -niezastąpiony technik&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://bp2.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZuE2KX2XI/AAAAAAAAACE/WrM5-g1KHEU/s1600-h/image002.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5230489046774962546" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp2.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZuE2KX2XI/AAAAAAAAACE/WrM5-g1KHEU/s320/image002.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;      &lt;br /&gt;&lt;a href="http://bp3.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZuFJLXUsI/AAAAAAAAACM/f39yLzU2WBw/s1600-h/image002.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5230489051879396034" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp3.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZuFJLXUsI/AAAAAAAAACM/f39yLzU2WBw/s320/image002.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://bp2.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZuFehFRBI/AAAAAAAAACU/pjFEIzMmbhM/s1600-h/image002.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5230489057607631890" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp2.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZuFehFRBI/AAAAAAAAACU/pjFEIzMmbhM/s320/image002.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href="http://bp2.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZuF_vfwHI/AAAAAAAAACk/C418LYpc0NE/s1600-h/image002.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5230489066526457970" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp2.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZuF_vfwHI/AAAAAAAAACk/C418LYpc0NE/s320/image002.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://bp1.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZtGxSOMtI/AAAAAAAAAB8/-r8xBSwpWBc/s1600-h/image001.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5230487980313817810" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp1.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZtGxSOMtI/AAAAAAAAAB8/-r8xBSwpWBc/s320/image001.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;                                    Autor przy grobie Prof. Jellonka (2007)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;a href="http://bp2.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZsbJ6aVMI/AAAAAAAAAB0/R1LH6E_WDWo/s1600-h/image002.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5230487231010591938" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp2.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZsbJ6aVMI/AAAAAAAAAB0/R1LH6E_WDWo/s320/image002.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; Autor wsmnień udajacy amerykanskiego&lt;/div&gt;&lt;div&gt;biznesmena&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Rok 1956&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt;Projekt pomnika Prof.Stefana Bincera &lt;/div&gt;&lt;div&gt;na cmentarzu iminia Św. Wawrzyńca&lt;/div&gt;&lt;div&gt;we Wrocławiu&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;a href="http://bp3.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZrbpB5_cI/AAAAAAAAABs/e8sRFY--f3o/s1600-h/image002.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5230486139851898306" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://bp3.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZrbpB5_cI/AAAAAAAAABs/e8sRFY--f3o/s320/image002.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;Autor (Jan Czekajewski) ze swą pierszą konstrukcją wilgociomierza do zboża, IX.1956.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name="3278910453588492701"&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;strong&gt;Prof. Stefan Bincer - Wspomnienia Asystenta&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;strong&gt;Jan Czekajewski, Columbus, Ohio, USA&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt;W naszym życiu, w młodzieńczym okresie formowania naszej osobowości, pojawiają się często ludzie którzy maja decydujący wpływ na nasze dalsze losy. Czasami są to zupełnie obcy ludzie którzy odegrają w życiu młodego człowieka rolę mentora. Dla mnie takim człowiekiem był Profesor Stefan Bincer. Aczkolwiek Prof. Bincer wywarł duży wpływ na resztę mego życia, sam jednak chyba nie zdawał sobie z tego sprawy. Kiedy przyszła kolej abym mu podziękował, Profesor Bincer już nie żył. Pozostaje mi wiec jedynie podziękować mu pośmiertnie, poprzez uhonorowanie go wspomnieniem i pomnikiem jaki mu fundujemy na cmentarzu Wrocławskim przy ul. Bujwida. Pierwsze spotkanie z Profesorem Bincerem miało miejsce w roku 1955 po drugim roku studiów na Wydziale Łączności Politechniki Wrocławskiej, wysłano nas razem z kolegą Karolem Pelcem na praktykę wakacyjną do Urzędu Poczty i Telekomunikacji w Gdańsku w którego programie, obok listów i telefonów była także tak zwana „radiofonizacja przewodowa” Gdańska. W owym czasie Władza Ludowa udostępniała obywatelom program radiowy Polskiego Radia, razem z komunistyczną propagandą, przesyłając go po drutach do głośników zainstalowanych w indywidualnych mieszkaniach. Obywatele mieli dodatkową kontrolę nad programem poprzez regulację głośności i wyłącznik. Na Poczcie, w Gdańsku na ul. Długiej była stacja wzmacniakowa zasilająca tysiące takich głośników, zwanych wtedy „kołchoźnikami” jako, że wzór przyszedł z podobnego systemu w Związku Radzieckim.W ramach tamtej studenckiej praktyki zaproponowaliśmy i wykonali prototyp urządzenia które automatycznie nadzorowało funkcjonowanie tych wzmacniaczy. Na wypadek przepalenia się lampy we wzmacniaczu, urządzenie to uruchamiało sygnał alarmowy, informując, że po drutach nie biegnie już program radiowy wzywający do budowy zrębów socjalizmu ale zalega trwożna, wroga Polsce Ludowej, kontrrewolucyjna cisza. Po powrocie z praktyki, ja i Karol, zaczęliśmy szukać zajęcia które by poszerzyło naszą wiedze teoretyczna o praktykę w dziedzinie elektroniki. Dotychczas dorabialiśmy sobie okazyjnie jako „statyści” w Operze Wrocławskiej w spektaklach Fontanny Bachczyseraju i Czerwonym Maku, balecie osnutym na kanwie zwycięstwa komunizmu w Chinach pod wodzą MaoTseTunga . Zajęcie operowego statysty niestety nie prowadziło do wzrostu naszej ekspertyzy w dziedzinie elektroniki. Katedra która zajmowała się podobnymi problemami, jak nasz projekt racjonalizatorski, była właśnie Katedra Radiofonii Przewodowej, kierowana prze Prof. Bincera. To do jego właśnie drzwi zapukaliśmy, znamiennego dnia, z prośbą o radę gdzie znaleźć prace jako praktykanci.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;Profesor Bincer wysłuchał nas z sympatią i pochwalił nasz młodzieńczy entuzjazm, ale stwierdził, że pracy dla nas nie ma gdyż radiofonia przewodowa już więdnie śmiercią naturalna i dosłownie zwija druty. Śmiertelny cios radiofonii przewodowej i „głośnikom-kołchoźnikom” zadał inny profesor naszego wydziału, prof. Wilhelm Rotkiewicz, który skonstruował tani odbiornik radiowy, o nazwie „Pionier”, produkowany seryjnie w Zakładach Radiowych w Dzierżoniowie. Przewaga odbiornika „Pionier” nad samym głośnikiem była oczywista, jako że na krótkich falach można było słuchać antykomunistycznych programów Radia Wolnej Europy i BBC. Profesor Bincer jednak wspomniał, że przy swojej katedrze ma tak zwany Zakład Pomocniczy, którego zadaniem są usługi naukowe i konsultacje dla przemysłu. W ramach tego właśnie Zakładu Pomocniczego mógłby nas zatrudnić, gdyby Zakład miał zamówienia. Niestety zamówień, na dzień ówczesny, nie było. Narzucało się pytanie, jakie postawiłem Prof. Bincerowi, czy, gdyby, dzięki naszym staraniom jakieś zamówienie zostało złożone, to zostaniemy zatrudnieni przy jego wykonaniu? Procedura taka w ówczesnej gwarze nazywała się „przepchnięciem zamówienia”, czyli nadaniem prywatnej działalności handlowej charakteru socjalistycznego. Odpowiedź Profesora była potwierdzająca.Wkrótce po tej rozmowie pojechaliśmy z Karolem Pelcem, dzisiaj znanym profesoram amerykańskiej politechniki Michigan Technological University, do Częstochowy, skąd żeśmy rodem i tam z kolei odwiedziliśmy miejscowa papiernie, której zaoferowaliśmy w imieniu Politechniki Wrocławskiej wykonanie urządzenia do pomiaru wilgotności papieru. Co prawda urządzenie takie znałem jedynie z opisu w zbiorze artykułów z amerykańskiego czasopisma „Electronics” , niemniej byłem przekonany, że takie urządzenie potrafię zbudować, jeśli tylko zajdzie tego potrzeba. Dzisiaj wiem, że pomiar wilgotności papieru wymaga urządzenia o wiele bardziej skomplikowanego niż ówczesny opis z czasopisma „Elecronics”. Na nasze szczęście dyrektor papierni nie docenił naszego „wynalazku” i powiedział, że ma na etacie majstra który lepiej mierzy wilgotność papieru dotknięciem ręki niż jakikolwiek przyrząd elektroniczny.Skierował nas jednak do Polskich Zakładów Zbożowych, znajdujących się na sąsiedniej ulicy Warszawskiej, które to Zakłady jakoby maja problemy z wilgociomierzami do zboża produkcji niemieckiej firmy Dr. Karl Waiss GmbH.Rzeczywiście w Zakładach Zbożowych, które zajmowały się skupem zboża od rolników, było pięć takich przyrządów a wszystkie zepsute. Dyrekcja Zakładów Zbożowych przyjęła radośnie wiadomość, że my poza papierem także się specjalizujemy w wilgotności zboża i wystawiła zlecenie Zakładowi Urządzeń Radiofonii Przewodowej na reperacje tych przyrządów. Po przywiezieniu ich do Wrocławia, zaczęliśmy studiować ich konstrukcję i okazało się, że wszystkie miały przepalone bezpieczniki. Po wymianie bezpieczników przyrządy wydawały się pracować. Niemniej kolejne próby ich kalibracji na próbkach zboża, wykazywały wieki rozrzut wyników pomiaru i zastanawialiśmy się czy uszkodzenie jest głębsze niż bezpiecznik i jak je wyeliminować. Nie mogłem przyjąć do wiadomości że firma niemiecka Dr. Karl Waiss może produkować przyrządy, które z samej zasady działania nigdy nie mogły działać poprawnie. Zasada ta opierała się na pomiarze oporności próbki zboża miedzy dwiema elektrodami dociskanymi sprężyną. W miarę upływu czasu sprężyna ta zgniatając zboże zmniejszała jego oporność i wyniki wilgotności rosły. Wkrótce sława Zakładu Pomocniczego Urządzeń Radiofonicznych jako centrum reperacji i kalibracji wilgociomierzy rozeszła się szeroko po Polsce na skutek listu rozesłanego do podległych instytucji przez mgr.inz., później profesora, doktora, Jana Łysaka z Centralnego Laboratorium Polskich Zakładów Zbożowych w Warszawie.Ja natomiast, po uzyskaniu dyplomu w specjalności Przyrządów Pomiarowych w Katedrze prof. Andrzeja Jellonka, zostałem formalnie przyjęty jako asystent techniczny w Zakładzie prof. Bincera. Na tą okoliczność wydrukowałem sobie nawet wizytówkę z tytułem, mgr.inz. Jan Czekajewski-Główny Konstruktor oraz zamówiłem podobny stempel. Te pierwsze emblematy władzy inżynierskiej trzymam do dzisiaj w mym prywatnym archiwum, obok dyplomu magisterskiego z Politechniki Wrocławskiej i doktoratu z Instytutu Fizyki w Uppsali.W miarę upływu czasu zacząłem także produkować w ramach Zakładu Urządzeń Radiofonicznych wilgociomierze do zboża i hałasomierze tranzystorowe własnej konstrukcji. Debiutowałem także w dziedzinie elektroniki medycznej konstruując stymulator który impulsami elektrycznymi poprzez elektrody umieszczone za uszami pacjenta, wywoływał sen bez środków farmakologicznych. Prof. Bincer tolerował także moją prywatna działalność przemysłowo-handlowa, która sprowadzała się do przebudowy motorków elektrycznych przeznaczonych do napędu maszyn do szycia firmy Singer na szlifierki dentystyczne, które sprzedawałem technikom dentystycznym wszerz i wzdłuż Polski Ludowej.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Budowa Przekaźników (Przemienników) Telewizyjnych&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;Kiedy w roku 1958 zaczął się rozwój polskiej telewizji i zbudowano już kilka stacji TV , Prof. Bincer wpadł na pomysł aby produkować małe przemienniki telewizyjne, które by wzmacniały i retransmitowały program telewizyjny w miejscowościach do których nie dochodził sygnał z dużych stacji telewizyjnych. Na terenie naszego wydziału wyspecjalizował się w takich przemiennikach kolega Andrzej Drozd. On to, już jako student, zbudował stację przekaźnikową na górze Śnieżce w Sudetach, która odbierała program TV z Pragi Czeskiej i przekazywała go do Wrocławia. Ci którzy mieli odbiorniki TV mogli program czeski odbierać we Wrocławiu. Prof. Bincer zatrudnił Andrzeja Drozda w naszym Zakładzie Pomocniczym i zaczęliśmy pod jego kierunkiem produkować takie przemienniki. W skład zespołu, poza Andrzejem Drozdem, wchodzili asystenci, Józef Smulkowski, Malec, Eugeniusz Hajek i ja.&lt;br /&gt;Mój udział był raczej marginesowy i ograniczał się do dziedziny akwizycji zamówień. W zespole brał także udział Władysław Krawiec, niezastąpiony technik, który te urządzenia potrafił bezbłędnie polutować i odrutować.&lt;br /&gt;Projektowaniem anten zajmował się Daniel Bem, późniejszy dziekan wydziału łączności. Jeden z „przemienników” naszej konstrukcji w którego budowie i akwizycji brałem czynny udział, był przekaźnik TV w Radomiu. Działał on przez wiele lat ku zadowoleniu mieszkańców Radomia i kiedy go likwidowano, czytałem o protestach Radomian, którzy utrzymywali, że ze starego „wrocławskiego” przekaźnika odbierają lepszy sygnał niż z dużej i nowej stacji TV na Świętym Krzyżu. Dla mieszkańców Wrocławia Stefan Bincer zapisał się na długie lata sugestią, aby antenę nowej stacji telewizyjnej umieścić nie w okolicy Wałbrzycha, jak sugerowano, ale na górze Sobótce, która jest idealnym miejscem dla szerokiego pokrycia Wrocławia i okolicy przez sygnał telewizyjny. Dowiedziałem się o tym niedawno od inżyniera Rylskiego, jednego z założycieli wrocławskiej telewizji. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;&lt;strong&gt;Moje rozmowy z Profesorem&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;Prof. Bincer w momencie kiedy go poznałem, był już chyba poważnie chory na serce. Z trudem wchodził po schodach na drugie piętro budynku Politechniki przy ulicy Prusa gdzie mieścił się jego pokój. Często Prof. Stafan Bincer lubił rozmawiać ze mną na rożne tematy wykraczające poza sferę zawodową. Czasami odnosiłem wrażenie, że traktuje mnie jak syna.Kilka z jego obserwacji pozostało mi w pamięci. Profesor uważał, że jeśli w książce znajdziesz jedna stronę z której możesz skorzystać, to zakup całej książki był korzystny.Przed wojna, we Lwowie, Prof. Bincer prowadził małą fabryczkę odbiorników radiowych używając lamp radiowych RENS. Wyposażenie techniczne Katedry Radiofoni Przewodowej było znikome. Nieco później jak zaczęliśmy produkować przekaźniki TV nieco się polepszyło. Najważniejszą lekcję jaką wyniosłem z mej pracy w Zakładzie prof. Bincera to wiedza i przekonanie, że można w bardzo prymitywnych warunkach, bez znacznego kapitału, budować skomplikowane przyrządy elektroniczne. Skorzystałem z tej obserwacji zakładając później, z minimalnymi środkami, własną firmę w Szwecji ( „Uppsala Instruments”) i później „Columbus Instruments” w Columbus, Ohio USA, która prosperuje do dzisiaj obchodząc w roku 2008 czterdziestą rocznicę swego istnienia.  &lt;/div&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt;Profesor Bincer nie zapisał się do Partii i o Sowietach, wypowiadał się krytycznie. Nie ułatwiło mu to życia, jako że nie awansował w hierarchii Politechniki i nigdy nie został pełnym, „Belwederskim” profesorem. O tym jak Stefan Bincer przeżył wojnę, dowiedziałem się niedawno, od kolegi Hajka, któremu Stefan Bincer się zwierzył, że po wejściu Niemców do Lwowa, doszukano się jego żydowskiego pochodzenia i resztę wojny spędził w Auschwitz gdzie zmuszono go do pracy w obozowym krematorium. Tam tez, jak powiedział koledze Hajkowi, własnoręczne spalił zwłoki swej pierwszej żony i syna.Na tematy religijne z Prof. Bincerem nie rozmawiałem, sam nie będąc człowiekiem religijnym. Wedle wiadomości od kolegi Hajka, Profesor Stefan Bincer był Katolikiem, uczęszczał do kościoła katolickiego i powiadał, że głęboka wiara w Boga pozwoliła mu przetrwać koszmar życia w obozie koncentracyjnym. W roku 1960 Stefan Bincer zasłabł wracając z żoną z kościoła, a w jego pogrzebie uczestniczył ksiądz proboszcz i wyższy rangą katolicki duchowny ( Prałat).Czasami Prof. Bincer czytał mi listy od swego bratanka, Adama Bincera, który pracował wtedy jako asystent na jednym z uniwersytetów w USA. Po latach nawiązałem z nim kontakt i dowiedziałem się nieco więcej o rodzinie Bincerów, zasymilowanych Żydów z zaboru austriackiego. „Amerykański” Bratanek Stefana Bincera, Prof. Adam Bincer jest dzisiaj emerytowanym amerykańskim profesorem fizyki teoretycznej na Uniwersytecie w Madison, Wisconsin. Dzięki klasykom literatury polskiej jakich książki przysyłał mu z Polski jego stryjek Stefan, Prof. Adam Bincer do dzisiaj mówi i czyta dobrze o polsku, mimo że z Polski wyjechał mając lat 14 a dzieciństwo spędził na zsyłce w ZSSR.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;&lt;strong&gt;Dlaczego Pomnik&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Od wielu lat wracają do mnie natrętne sny, że winem zadzwonić do Prof.Bincera i podziękować za wskazówki, wzór i pomoc w moich pierwszych krokach jako inżyniera, i przedsiębiorcy. W dużej mierze z ziarna zasianego w mym umyśle przez Stefana Bincera, wyrosło przedsiębiorstwo, „Columbus Instruments”, które produkuje i eksportuje do wielu krajów świata przyrządy do badań biomedycznych. Przyrządy te przyczyniły się do rozwoju nowych lęków i ratowały życie pacjentom z chorobami serca. Prof. Bincera pożegnałem jak leżał już w szpitalu. Nie wiedziałem, że stan jego zdrowia jest krytyczny. Leżał w dużej sali wśród innych pacjentów, wyraźnie zrezygnowany i przygnębiony swą choroba. Lekarz zezwolił mi na bardzo krótką wizytę. Profesor Bincer był wtedy wyraźnie w depresji i nieskory, czy niezdolny do rozmowy. Uścisnąłem mu rękę i wzruszony wyszedłem. Nie przypuszczałem , że będzie to moje ostatnie z nim spotkanie. Następnego dnia wyjeżdżałem do Finlandii i Szwecji. Po dwu tygodniach zadzwonił do mnie, do Helsinek, mój przyjaciel Karol Pelc z informacją, że Stefan Bincer nie żyje. Wracać na Politechnikę nie było po co. Poza Profesorem Bincerem nie cieszyłem się na Wydziale Łączności uznaniem ani popularnością. Odnosiłem wrażenie, że oceniano mnie jako playboya, dowcipnisia, „kombinatora”, bez poważnej substancji intelektualnej. Śmierć Profesora Bincera była przełomowym momentem w mym życiu, jako że zadecydowała w dużej mierze o mej emigracji.Kiedy po latach wróciłem do Polski i chciałem odwiedzić grób Stefana Bincera, okazało się że jego grób został „zaorany”. Stefan Bincer nie miał bliskiej rodziny, poza chorą żoną i nikt się nie zatroszczył aby po 20 latach opłacić konieczną opłatę cmentarną. Dzisiaj w roku 2008, z jego asystentów zostały zaledwie cztery żyjące osoby, ja, Karol Pelc, Eugeniusz Hajek i technik, Władysław Krawiec. Z nami i kilkoma studentami odejdzie na zawsze pamięć o prawym człowieku jakim był Stefan Bincer. Profesor Stefan Bincer był  doskonałym pedagogiem, organizatorem i inżynierem praktykiem. Tacy ludzi3e jak on wychowali powojenną generację inżynierów którzy budowali przemysł elektroniczny w Polsce i za jej granicą. Był także prawym człowiekiem, który nie dal się zeszmacić w skorumpowanym systemie Polski Ludowej.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;Niestety nasza propozycja zafundowania tablicy pamiątkowej dla profesorów- założycieli Wydziału Łączności, a wśród nich Prof. Bincera, na ścianie budynku Politechniki Wrocławskiej przy ul. Prusa 53/55 została odrzucona władze Politechniki.  W zaistniałej, trudnej do zrozumienia sytuacji, za radą mej amerykańskiej żony, Laury Damas, postanowiłem zakupić (wynająć) miejsce na cmentarzu Świetego Wawrzyńca, przy ul Bujwida, gdzie znajduje się ostatnie miejsce spoczynku Profesora Stefana Bincera  i wystawić mu pomnik upamiętniający jego istnienie i naszą, współpracowników i studentów, wdzięczność. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;Budowa tego pomnika byłaby niemożliwa bez udziału dwu kolegów, mgr. inż. Eugeniusza Hajka, który wynegocjował zgodę administratora cmentarza na umieszczenie pomnika i mgr. inż. Ryszarda Zmonarskiego, który zasugerował i dopilnował wykonania pomnika przez architekta mg.inż. Skibę, z Dzierżoniowa.Prof. Stefan Bincer będzie wiec uhonorowany, na tym samy cmentarzu gdzie leżą inni profesorowie naszego Wydziału Łączności, miedzy innymi Prof. Andrzej Jellonek u którego zrobiłem dyplom magisterski z Miernictwa Elektronicznego. Nawiasem mówiąc, specjalizacja w Miernictwie Elektronicznym, zaważyła także na moim życiu i dala mi wiedzę do budowy dalszej kariery zawodowej, jako wynalazcy, konstruktora i producenta na skale międzynarodową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dane Biograficzne Prof.Stefana Bincera w aktach Politechniki&lt;/strong&gt; &lt;strong&gt;Wrocławskiej&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z jego życiorysu znajdującego się w archiwum Politechniki Wrocławskiej  Stefan Bincer w czasie pierwszej wojny światowej służył w armii austriackiej, a po wojni w latach 1919-1926 studiował na Politechnice Warszawskiej, która skończył z dyplomem inżyniera elektryka.&lt;br /&gt;Po studiach pracował we Lwowie w zakładach Tele-Radio i Pan-Radio produkujących odbiorniki radiowe. Podobno był ich współwłaścicielem, a na pewno głównym konstruktorem.&lt;br /&gt;Kiedy Niemcy zajęli Lwów w roku, 1942 Stefan Bincer, u którego doszukano się żydowskiego pochodzenia, został aresztowany przez Gestapo wraz ze swoja żoną Franciszką z domu Kielecką oraz synem, skazany na śmierć i zesłany do Auschwitz. W 1943 roku jego pierwsza żona i dziecko zostali w obozie zamordowani. Podobno Stefan Bincer, którego zmuszono do pracy w obozowych krematorium, własnoręcznie spalił zwłoki swej żony i syna. Bincer uciekł z obozy śmierci i ukrywał się we Lwowie do czasu ucieczki Niemców i przybycia Armii Sowieckiej.&lt;br /&gt;Po wojnie Stefan Bincer przeniósł się ze Lwowa do Wrocławia, gdzie pracował w Polskim Radiu i zajmował się radiofonizacją kraju. Od roku 1953 Stefan Bincer został mianowany przez Prof. Dionizego Smoleńskiego, ówczesnego Rektora Politechniki Wrocławskiej, Zastępcą Profesora i kierownikiem Katedry Urządzeń Radiofonicznych, którą to funkcję pełnił aż do śmierci.&lt;br /&gt;Dla mieszkańców Wrocławia Prof. Bincer wniósł ważny wkład w budowę wrocławskiej stacji telewizyjnej. Wedle inżyniera Ryskiego, współuczestnika komitetu Budowy Wrocławskiej Stacji Telewizyjnej, Prof. Bincer zasugerował lokalizacje anteny stacji telewizyjnej na Górze Sobótce, zamiast uprzednio planowanej lokalizacji w okolicy Wałbrzycha. Jego wybór stal się najkorzystniejszym i tam do dzisiaj stroi antena telewizji wrocławskiej, pokrywając swym zasięgiem cały Wrocław i okolice.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-4317682331705778985?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4317682331705778985'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4317682331705778985'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2008/08/prof-stefan-bincer-wspomninia-asystenta.html' title='Prof. Stefan Bincer-Wspomninia Asystenta'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp2.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/SJZuE2KX2XI/AAAAAAAAACE/WrM5-g1KHEU/s72-c/image002.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-6657035984770757332</id><published>2008-06-23T20:47:00.000-07:00</published><updated>2008-06-23T20:50:52.622-07:00</updated><title type='text'>Iwan (Demianiuk) Wiecznie Groźny</title><content type='html'>Od ponad dwudziestu lat, chcąc nie chcąc, czytam w amerykańskiej prasie o nazistowskim zbrodniarzu Iwanie Demianiuku. Ostatnio nawet piszą nawet  o nim ponownie polskie gazety z okazji wysiłków amerykańskiego ministerstwa sprawiedliwości aby go wydalić ze Stanów Zjednoczonych  do Niemiec, Polski lub  Ukrainy.&lt;br /&gt;Osobiście, nigdy w życiu Demianiuka nie spotkałem a do hitlerowskich oprawców mam od dziecka uzasadnioną niechęć ( mój kuzyn, Henryk Czekajewski, jest na liście zagazowanych w pobliżu niemieckiego obozu koncentracyjnego w Dachau), a moją karierę zawodową zawdzięczam Profesorowi Stefanowi Bincerowi, który  w Auschwitz został zmuszony przez Niemców do pracy w krematorium, gdzie spalił  zwłoki swej żony i syna. Zabrało mi 15 lat od czasu zakończenia wojny aby być zdolnym podać dłoń Niemcowi.&lt;br /&gt;Sprawa Iwana Demianiuka niepokoi mnie z powodu  znajomości realiów   II Wojny Światowej  i mych  dziecięcych obserwacji likwidacji Getta  żydowskiego i cygańskiego a także widoku głodujących jeńców sowieckich, których kilkadziesiąt tysięcy zagłodzono na śmierć w mej rodzimej Częstochowie. Dla tych  jeńców jedyną szansą przedłużenia życia o kilka miesięcy było zapisanie się do niemieckich kompanii wartowniczych lub do rosyjskiej armii generała Własowa, walczącej po stronie niemieckiej. Zupełnie podobnie zachowali się niektórzy Żydzi, którzy desperacko walcząc o przetrwanie, zatrudniali się jako żydowscy policjanci lub członkowie Judenratów, którzy selekcjonowali swych współbraci do wywózki z Getta  do obozów śmierci. Tych ludzi potraktowano po wojnie bardziej wyrozumiale i dzisiaj nie słyszy się o ich  ściganiu jako nazistowskich zbrodniarzy.&lt;br /&gt;Być może, że Demianiuk był jednym z takich jeńców. Nie mam pojęcia, czy zapisał się do niemieckich oddziałów czy też był, jednym z setek tysięcy Ukraińców wywiezionych na roboty do Niemiec. Tak czy inaczej Demianiuk przyjechał do USA po wojnie jako emigrant. W roku 1978  Demianiuka aresztowano w Cleveland i pierwszy raz odebrano mu amerykańskie obywatelstwo. Pisano wtedy  o nim jako o potworze z Treblinki o przezwisku „Iwan Groźny”. Napisano nawet o nim sensacyjne książki w których go określano jako kata z Treblinki. Oczywiście znalazło się wtedy wielu „naocznych świadków” jego tożsamości i zbrodni. W Izraelu twarz prawnika który Demianiuka reprezentował, oblano na ulicy kwasem solnym.&lt;br /&gt;Ciekawym jest, że dowody przeciwko Demianiukowi Amerykańskie Ministerstwo Sprawiedliwości otrzymało od sowieckiego KGB. Pisze o tym w swym pamiętniku, &lt;br /&gt;dr. Armand Hammer. Hammer był amerykańskim milionerem a jednocześnie podejrzaną osobowością, gdyż  kiedyś był zaprzyjaźniony z Leninem, handlował w USA,  w latach dwudziestych ubiegłego wieku,  zagrabionymi z carskich muzeów  dziełami sztuki, a jego ojciec był założycielem Amerykańskiej Partii Komunistycznej. Był także gościem honorowym w Moskwie na każdym kolejnym pogrzebie Sekretarza Generalnego KPZR ( z wyjątkiem Stalina). Kiedy Armand Hammer zwrócił się do Breżniewa o dokumenty potrzebne do skazania  „Iwana Groźnego”, Breżniew chętnie je dostarczył mimo, że w owym czasie oryginalny zbrodniarz, „Iwan Groźny”już dawno nie żył.&lt;br /&gt;Na podstawie tych dokumentów , Demianiuk został, pozbawiony amerykańskiego obywatelstwa i wysłany do Izraela gdzie został skazany na karę śmierci. Demianiuk siedział pięć lat  w celi śmierci  ale izraelski Sąd Najwyższy go zwolnił, gdyż stwierdzono, że Demianiuk nie jest jednak tym „Iwanem Groźnym” , którego szukano i skazano.  Dla Polaków, ciekawym być może fakt, że wykryciem Demianiuka chełpi się także były polski komunistyczny aparatczyk, PRL-owski minister od spraw wyznań, Kazimierz Kąkol w wywiadzie dla Teresy Torańskiej opublikowanym w książce „Byli” na stronie 147 (Wydawnictwo Świat Książki, 2006). Musicie się Państwo zgodzić, że przy takim wiarogodnym świadku jak Kazimierz Kąkol,  Departament Sprawiedliwości USA nie ma wybory jak skazać Demianiuka ponownie na ekstradycję.&lt;br /&gt;Kiedy uprzednio Demianiuka odesłano z Izraela  do USA i zwrócono mu amerykańskie obywatelstwo, jego kłopoty się nie skończyły, gdyż w USA postawiono mu nowe zarzuty, tym razem  obecności jako strażnika w innych niemieckich obozach śmierci, Majdanku, Sobiborze itp.&lt;br /&gt;Iwan Demianiuk ma dzisiaj  88 lat. Kiedy dostał się do niemieckiej niewoli był podobno rannym w czasie walk, młodym ukraińskim parobkiem. Podobno półanalfabetą.&lt;br /&gt;Demianiuk przeżył o wiele lat potencjalnych świadków swej zbrodni lub niewinności. Jego starczy umysł już nie pozwala mu być wiarygodnym świadkiem dla samego siebie.&lt;br /&gt;Cala sprawa zostawia w  mych ustach nieprzyjemny  smak, wiedząc, że w okresie powojennym tysiące niemieckich zbrodniarzy sprowadzono do USA i wykorzystano w badaniach naukowych i wywiadzie. Na myśl przychodzi mi Dr. Werner Von Braun, wynalazca rakiet V2 przy których produkcji  zamordowano dziesiątki tysięcy Żydów i nie-Żydów i zabito za ich pomocą dziesiątki tysięcy mieszkańców Londynu  oraz  inny wysokiej klasy specjalista, generał Reinhard Gehlen , w czasie II Wojny szef  wywiadu hitlerowskiego  we wschodniej Europie i ZSSR, późniejszy szef wywiadu Niemiec Zachodnich.&lt;br /&gt;Czas chyba aby pozwolić staremu Demianiukowi umrzeć i nie nękać go więcej pokazowymi procesami i ekstradycją, szczególnie, że już spędził pięć lat w celi śmierci pod fałszywymi zarzutami.&lt;br /&gt;Jeśli nie prawne argumenty, to przynajmniej etyka chrześcijańska, winny zaważyć przy tej humanitarnej decyzji. Przecież w mym kraju zamieszkania, Stanach Zjednoczonych, 83%, a w Polsce 95%  ludności deklaruje się jako Chrześcijanie, których podstawową zasadą jest przebaczanie. Może warto sobie o tej zasadzie teraz przypomnieć.&lt;br /&gt;Czyżby zawziętość Amerykańskiego Ministerstwa Sprawiedliwości w stosunku do Demianiuka miała swe źródło w tym, że ten starzec już jest  nieprzydatny  z wyjątkiem użycia go jako patetycznego symbolu hitlerowskiego zbrodniarza. Może już czas zająć się następną grupą zbrodniarzy tym razem stalinowskich, którzy na pewno znajdują się wśród  setek tysięcy imigrantów z byłego ZSSR. Są to ludzie dużo młodsi, na pewno żyją także świadkowie ich zbrodni  i istnieją dokumenty ich winy  w archiwach KGB w Moskwie. Podobno, jeśli Niemcy odmówią przyjemności goszczenia Demianiuka to Polska lub Ukraina są następnymi kandydatami aby się nim zaopiekować i wedle, załączonych do przesyłki amerykańskiej instrukcji, skazać. Pozwolę sobie na spekulację, że  Polacy zrobią ten gest w stosunku do USA  pod warunkiem dostawy dla Polskiej Armii  rakiet ziemia powietrze –„Patriot” a Ukraina w zamian za przyjęcie do NATO. Należy się śpieszyć, gdyż Demianiuk może lada dzień umrzeć i cały wysiłek zainwestowany w tą tragiczną farsą pójdzie na marne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jan Czekajewski&lt;br /&gt;Członek Polskiego Instytutu Naukowego Nowym Jorku (PIASA)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-6657035984770757332?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/6657035984770757332'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/6657035984770757332'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2008/06/iwan-demianiuk-wiecznie-grony.html' title='Iwan (Demianiuk) Wiecznie Groźny'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-1807122258010259955</id><published>2008-03-20T10:12:00.000-07:00</published><updated>2008-03-20T10:14:27.318-07:00</updated><title type='text'>O Polsce w EU i tego konsekwencjach (rok 2000)</title><content type='html'>Przeglądając prasę polską i emigracyjną spotykam się z entuzjastycznymi opiniami o Unii Europejskiej i marzeniami Polaków o rychłym dostaniu się do tego ekskluzywnego klubu.&lt;br /&gt;Podobne opinie podziela także większość polskiej inteligencji w kraju i na emigracji (vide paryska "Kultura"). Ludzie ci, zwykle wywodzący się z Akademii, szermują europejskością jako panaceum na wszystkie polskie bolączki.&lt;br /&gt;Przyjęło się, szczególnie w Polsce, że "Uniwersyteccy Uczeni" z racji swej habilitowanej pozycji mają najlepszą odpowiedź na wszystkie bolączki i są jakoby jedynie upoważnioną grupą do wypowiadania się na temat tego, co Polsce potrzebne. &lt;br /&gt;Ludzie ci dufni w swój uniwersytecki rodowód, zamroczeni Zachodem, tak jak kiedyś "sfrancuziała" szlachta, określają wszystkich innych wątpiących w Unię Europejską jako ciemnogród, zaściankowość, ksenofobie lub ND-ecje. Jakoś wśród tych wypowiedzi nie słychać polskich przedsiębiorców, odcinanych przez UE od rynku rosyjskiego, którzy bardziej realnie patrzą na życie i gospodarkę, jako że na ich barkach leży dobrobyt milionów ludzi i konkurencyjność Polski w stosunku do Zachodu.&lt;br /&gt;Istnieje w USA, ale w Polsce mało znane, przykazanie:"Jeśli coś wygląda zbyt dobrze, to z pewnością jest fałszywe". To samo przykazanie winno być wytyczną przy rozpatrywaniu interesów Polski w stosunku do Unii Europejskiej, która, według mnie, w przypadku Polski, ogranicza się do stosunków z Niemcami.&lt;br /&gt;Nieliczni przeciwnicy wejścia Polski do UE podkreślają brak polskiej konkurencyjności, i możliwość przejęcia, przez wykup, kierownictwa polskiej gospodarki, a zatem i polityki przez Niemcy.Chciałbym tylko dodać, mało rozgłaszany i jakby wstydliwy fakt, że Niemcy nigdy nie zgodziły się na przejęcie prywatnych majątków niemieckich przez prywatnych i państwowych właścicieli polskich.&lt;br /&gt;Celem mym nie jest rozważanie moralnych praw Polaków czy Niemców do Ziem Zachodnich, ale stwierdzenie obiektywnego faktu, który może zaważyć na polskim bycie po wejściu do UE.&lt;br /&gt;Należy przypuszczać, że Polska będzie musiała podporządkować się prawom UE dotyczącym kompensaty za prywatne mienie obywateli UE (czyli Niemców). Polskie szanse wygrania takiego procesu będą równe zeru. Zeszłoroczne procesy byłych obywateli polskich przeciwko państwu polskiemu w Nowym Yorku i Chicago o zwrot majątku, winny być ostrzeżeniem, że dużo ważniejszym zagrożeniem będą procesy Niemców przeciw polskim właścicielom po wejściu Polski do UE.&lt;br /&gt;Z praktycznego punktu widzenia, być może, że po wejściu Polski do Unii Europejskiej, polskie publiczne wychodki będą czystsze i zamiast przysłowiowych "babci klozetowych" uperfumowany ręcznik będzie nam podawany przez elegancko umundurowanego "klozetowego asystenta", witającego klientów uprzejmym niemieckim, "Guten Morgen" z wyraźnie polskim akcentem.&lt;br /&gt;Nie mogę się jednak oprzeć narzucającej się analogii, że entuzjazm związany z wejściem Polski do Unii Europejskiej jest podobny do wizji przedstawionej na obrazie Matejki z osamotnionym Reytanem rzucającym się pod nogi rozentuzjazmowanych posłów, spiesznych podpisać zgodę na rozbiór Polski, nie zdających sobie sprawy, że ich synowie będą umierali w kolejnych powstaniach, aby tę decyzję odwrócić. Ciekaw jestem, jak następne pokolenie Polaków oceni i ile ich będzie kosztować dzisiejsza decyzja wstąpienia Polski do Unii Europejskiej.&lt;br /&gt;dr. inż. Jan Czekajewski,członek Polskiego Instytutu Naukowego w Nowym Yorku (PIASA)&lt;br /&gt;Dr. inż. Jan Czekajewski, Nasz Dziennik, 2000-04-25&lt;br /&gt;&lt;a href="javascript:history.go(-1)"&gt;powrot&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-1807122258010259955?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1807122258010259955'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/1807122258010259955'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2008/03/o-polsce-w-eu-i-tego-konsekwencjach-rok.html' title='O Polsce w EU i tego konsekwencjach (rok 2000)'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-3502280998574005936</id><published>2008-03-19T13:05:00.000-07:00</published><updated>2008-03-19T13:14:36.651-07:00</updated><title type='text'>Pieczętowana Magnificencja</title><content type='html'>Na skutek druzgocącej krytyki Polski przez Bank Światowy i Komisję Europejską stawiających Polskę na końcu listy krajów przyjaznych dla biznesu, Jego Magnificencja, Rektor Pewnej Polskiej Uczelni, postanowił gospodarkę Polską radykalnie naprawić i uporządkować, poprzez wydanie w miesiącu grudniu 2007 roku elaboratu pod tytułem:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Instrukcja Dotycząca Zasady Gospodarowania Tablicami i Pieczęciami (Stemplami)&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;normującego zachowanie się człowieka w Wolnej Polsce na styku z pieczątką i tablicą urzędową. Tutaj, aby nie zanudzać, pominę instrukcje o „Tablicach” i ograniczę się jedynie do tych części elaboratu Jego Magnificencji, które dotyczą pieczęci.&lt;br /&gt;Instrukcja byłaby śmieszna, gdyby poniżej podane fakty nie były prawdziwe i gdyby od upadku komuny w Polsce nie minęły prawie dwie dekady i dzisiaj każdy może sobie zamrowić pieczątkę wedle własnego upodobania przez Internet. Przynajmniej tak jest i było od dawna w Stanach Zjednoczonych.&lt;br /&gt;Dla dodatnia urzędowej powagi Jego Magnificencja powołała się na zarządzenie Rady Ministrów z dnia 7 grudnia 1955r w sprawie tablic i pieczęci urzędowych.&lt;br /&gt;Tych pracowników Uczelni, którzy chcą sięgnąć do źródła twórczości wczesnego PRL-u, zarządzenie Magnificencji kieruje do Dziennika Ustaw Nr 47 pozycja 316 z okresu panowania w Polsce, namiestnika Kremla, towarzysza, Prezydenta, Bolesława Bieruta.&lt;br /&gt;Tutaj należy się dziwić i wstydzić, że kolejni Prezydenci Wolnej Polski, począwszy od Wałęsy a skończywszy na Kaczyńskim nie wydali własnych ustaw dotyczących tego niezwykle palącego problemu.&lt;br /&gt;Może właśnie dlatego, że pierwsi Budowniczowie Zrębów Polski Ludowej zadbali o wczesne uregulowanie sprawy pieczątki, dzisiaj Wolni Polacy nie są jak gęsi i pieczątkę mają, a Unia Europejska ze swoja własną, bizantyjską biurokracją, nie może nami pogardzać, czyli podskakiwać. Wystarczy jedynie sięgnąć do Dzienników Ustaw redagowanych przez myślicieli tej klasy jak towarzysze Hilary Minc i Eugeniusz Szyr, architektów Planów Wieloletnich i Planowej Gospodarki Stalą, Węglem i Szczypiorkiem.&lt;br /&gt;Dzisiejsza Instrukcja, Anno 2007, ma następujące rozdziały:A. Procedura zamawiania, wydawania, przechowywania oraz ewidencji pieczęciB. Tryb postępowania że zniszczonymi lub zgubionymi pieczęciami.C. Uprawnienia do użytkowania pieczęci i odpowiedzialności za pieczęcie.D. Definicja Pieczęci. Tutaj następuje wyjaśnienie, że Pieczęcie mogą być wykonane z metalu, kauczuku, gumy lub innego tworzywa. Martwi mnie, że określenie „z innego tworzywa” nie jest wystarczająco precyzyjne i daje możliwość do kryminalnej interpretacji przez jednostki skorumpowane. .&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Pieczęcie, wedle Jego Magnificencji dzielą się na:&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Pieczęcie Państwowe&lt;br /&gt;Pieczęcie Służbowe&lt;br /&gt;Pieczęcie Pomocnicze&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jego Magnificencja wyjaśnia, że że względów technicznych Pieczęcie dzielą się na:&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Pieczęcie Suche&lt;br /&gt;Pieczęcie do Laku&lt;br /&gt;Pieczęcie do Tuszu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Natomiast Pieczęcie Metalowe dzielą się na:&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Pieczęcie Suche (do wytłaczania na suchym papierze)&lt;br /&gt;Pieczęcie Mokre, używane z poduszką nasyconą tuszem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla zaspokojnia wątpliwości Pracowników Akademickich i Administracyjnych , Jego Magnificencja wyjaśnia, że pieczęć Metalowa Sucha służy do stemplowania dyplomów magisterskich i innych ważnych dokumentów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jeśli natomiast chodzi o Pieczęcie Służbowe to dzielą się one na następujące trzy podgrupy:&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Pieczęcie Nagłówkowe-adresowe, prostokątne&lt;br /&gt;Pieczęcie do PakietówPieczęcie do wpisów w legitymacje ubezpieczeniowe Uniwersytetu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Poza wyżej wymienionymi istnieją także:&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Pieczęcie Imienne oraz&lt;br /&gt;Pieczęcie Inne z napisami jak na przykład: ”Tajne”, „Poufne”, „Pilne”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Istnieją również Pieczęcie Pomocnicze, które dzielą się na :&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;FaksymileInformacyjne&lt;br /&gt;Formularzowe&lt;br /&gt;Znakowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Instrukcja Jego Magnificencji, Rektora, określa również wymiary pieczęci okrągłych zarówno tych „suchych” jak i „mokrych” ( do tuszu).Otóż Pieczęcie okrągłe winny mieć średnicę 36mm, natomiast te do laku tylko 30mm.Ponieważ niektóre ważne dokumenty, ( jak np. Legitymacje PZPR u a dzisiaj Ubezpieczeniowe) lub „inne” maja niewielkie wymiary, dopuszcza się Pieczęcie Małe o średnicy zaledwie 20mm.Pieczęć, jak każdy twór ludzki, w miarę używania się zużywa, wiec Instrukcja Jego Eminencji przewiduje metodę niszczenia zużytych pieczęci.W tym celu, należy powołać „Komisje Likwidacyjną”, która ustali, które z Pieczątek nie nadają się do dalszego użytku, jako że się „występlowały”.Komisja ta, powala w dalszym trybie, „Komisję Kasacyjną”, która dokona spalenia pieczęci gumowych, kauczukowych i z innych materiałów palnych w palenisku kotłowni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jego Magnificencja, wzorując się na instrukcji z roku 1955, nie przewidział, że w miarę rozwoju Socjalizmu i dobijania do Komunizmu, zniknęły w Polsce indywidualne kotłownie, a budynki ogrzewa się dzisiaj parą lub wodą z centralnej ciepłowni, albo być może elektrycznością, gazem lub olejem.Aby Naukowcy i Administratorzy nie byli zagubieni, co maja zrobić z pieczęciami metalowymi, które trudno spalić, Jego Magnificencja podaje, że należy je wysłać do Ministerstwa Nauki i Szkół Wyższych, które w dalszej kolejności przekaże je do Mennicy Państwowej w celu stopienia.Fakt zniszczenia przez Mennice Państwową winien być potwierdzony Odpisem z Protokółu Zniszczenia Pieczęci.Po zapoznaniu się z tym okólnikiem, jestem już pewny, że Polska zmierza szybkimi krokami do świetlanej przyszłości grona krajów Wysoko, Szeroko i Głęboko Rozwiniętych.Kraje Dojrzałej Demokracji nie będą nam więcej w twarz pluć ( w Brukseli), kiedy Polska Nauka nie tylko rozwiąże problem Globalnego Ocieplania, Korupcji i Terroryzmu, ale też zlikwiduje irytującą i hamującą rozwój gospodarczy anarchię w posługiwania się pieczątkami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozwolę sobie tutaj wznieść okrzyk, modyfikując słynne powiedzenie Lenina o Elektryfikacji, Władzy Rad i Komunizmie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;„Wolność i Demokracja to Pieczątka plus Komputeryzacja!”&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Dr. inż. namaszczony (niehabilitowany), Jan Czekajewski, Columbus , Ohio , USA&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-3502280998574005936?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/3502280998574005936'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/3502280998574005936'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2008/03/piecztowana-magnificencja.html' title='Pieczętowana Magnificencja'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-4883925314672007441</id><published>2008-03-19T12:54:00.000-07:00</published><updated>2008-03-19T13:02:21.796-07:00</updated><title type='text'>Katastrofa Bedzie Pojutrze</title><content type='html'>&lt;strong&gt;Krótki opis zagrożeń dla mocarstwowej potęgi Stanów Zjednoczonych&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Pan Michael Lind, amerykański historyk, napisał artykuł opublikowany w New York Times pod tytułem „Katastrofy nie będzie”, który został przetłumaczony przez Tomasza Bieronia i opublikowany w Dzienniku.pl w sekcji Europa.&lt;br /&gt;W swym artykule Pan Lind uspokaja Amerykanów, że przepowiednie rozpadu Stanów Zjednoczonych są błędne i że USA, jako mocarstwo światowe,  potrwa jeszcze przynajmniej następne 100 lat. Tutaj pozwolę sobie na uwagę, że jeszcze za tow. Breżniewa wiele ludzi myślało, że ZSSR, aczkolwiek skorumpowany i bolejący, będzie kuśtykał następne 50 lat, a w rzeczywistości ZSSR rozpadł się w zaledwie kilka dni. Nie na skutek przegranej wojny, tylko na skutek załamania  wewnętrznego spowodowanego wbudowaną w niego bombą zegarową w postaci ekonomicznych pseudo-teorii marksistowsko - leninowskich. Zegar tej bomby zaczął tykać 25 października 1917 r. i gdyby nie Hitler i wojna światowa,  ZSSR skończyłby się o kilkadziesiąt lat  wcześniej.&lt;br /&gt;Argumenty jakich używa Pan Lind są głównie z grupy rozważań i statystyk demograficznych.  Autor pobieżnie również wspomina kryzys emerytalny i usług zdrowotnych. Widocznie  Pan Lind czuje się pewniej w tych dziedzinach, które potwierdzają jego hipotezy. Dziwne jednak, że Pan Lind ominął niezwykle ważny element, jakim jest ekonomia, która nawiasem mówiąc, była głównym czynnikiem rozpadu ZSSR. Nic też nie mówi w tym artykule o zagrożeniach, jakie stanowią dla Ameryki  jej  własne imperialistyczne  ambicje, które są w konflikcie z malejącymi możliwościami finansowymi i wojskowymi.&lt;br /&gt;Artykuł ten podnosi serca tym Europejczykom, którzy obawiają się i słusznie, powrotu demonów socjalizmu w Unii Europejskiej i widzą świat w kolorze czarno- białym. Dla nich USA to wzór wolności obywatelskiej i liberalizmu ekonomicznego. Ostatni bastion przeciw rosnącej na świecie lewicowości.  Postaram się napisać,  jak ja to widzę od wewnątrz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Ostrzeżenie już było&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Pierwszy skowronek zbliżającej się katastrofy zaświergotał w roku 1973, kiedy to kraje arabskie nałożyły embargo na eksport ropy naftowej na kraje, które popierały Izrael w  wojnie z krajami arabskimi. Blady strach padł wtedy na Amerykanów, kiedy długie  kolejki zaczęły się formować przed stacjami benzynowymi, w których reglamentowano ilość sprzedawanej benzyny. Rząd, w panice,  zaczął poważnie myśleć o oszczędnościach w zużyciu paliwa, narzucając limity zużycia benzyny  dla produkowanych samochodów. Zaczęto również myśleć o alternatywnych źródłach energii.&lt;br /&gt;W miarę upływu czasu rozwiązanie przyszło nie od naukowców, energetyków czy chemików, ale od bankierów. Było to rozwiązanie połowiczne, które, co prawda widma katastrofy nie usunęło, ale przesunęło jej datę o kilkadziesiąt lat. Zgodzono się na radykalnie podwyższone ceny ropy z krajów arabskich, nabijając w ten sposób kabzy sułtanów i szejków pod warunkiem, że będą „zarobione” pieniądze trzymali w bankach i dolarach amerykańskich. Tak długo jak „dolary  olejowe” są wyłączone  z cyrkulacji i leżą na amerykańskich kontach, można bezkarnie „drukować” miliardy dodatkowych dolarów bez niebezpieczeństwa wywołania inflacji. Cena ropy nie odgrywa tu roli, jako że jest w gruncie rzeczy iluzoryczna, albo jak to się dzisiaj mówi wirtualna. Dodatkowa klauzula na pewno wspominała, że Panowie na Pustynnych Piaskach będą bronieni przez amerykańskie siły zbrojne przed własnym ludem albo obcymi zazdrośnikami, jeśli  chcieliby odsunąć ich od władzy i kasy.&lt;br /&gt;Lata i dekady mijały i system na pozór działał bezbłędnie, aczkolwiek podobnie jak system marksistowsko-leninowski, miał wbudowaną tykającą destrukcyjną bombę, a nawet kilka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A oto niektóre przyczyny zbliżającej się katastrofy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;  &lt;strong&gt;Nr 1 - Nowi klienci na rynku olejowym&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Rośnie zapotrzebowanie na ropę naftową ze strony dwóch krajów: Chin i Indii, przy jednocześnie małym wzroście światowej produkcji. ( Według statystyk British Petroleum na 9 litrów ropy wydobytej  tylko jeden litr  pochodzi z nowo odkrytych złoży).  Dzisiaj ( 19. I. 2008), w  czasie pisania tego artykułu, zaistniała historyczna chwila, kiedy po raz pierwszy  cena baryłki ropy przekroczyła cenę 100$. Przekroczono w ten sposób ważną psychologiczną barierę i dlatego należy się spodziewać dalszego wzrostu cen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Nr 2 - Zadufanie w mądrość banków i bankierów.&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Przejawem tego jest : wiara rządu i sfer finansowych, że można kontrolować świat za pomocą bankowych manipulacji z Nowego Jorku.&lt;br /&gt;Pojawienie się Euro jako alternatywnej waluty poważnie zagroziło możliwości nieograniczonego „druku” kolejnych miliardów dolarów z powodu spadku zaufania do tej waluty. Występuje erozja ważności Nowego Jorku jako światowego centrum finansowego. Nowe konkurencyjne centra powstają w Hong-Kongu, Singapurze i Szanghaju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;strong&gt;Nr 3 - Eksport pracy i fabryk&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eksport pracy do krajów zamorskich ( Chiny) i ościennych (Meksyk) na początku pracy prostej, a ostatnio także intelektualnej, odbywa się pod fałszywym mniemaniem, że jedyną wartością wymierną  jest zysk mierzony w dolarach. Pozwolono sobie zapomnieć, że dolar już od lat rozwiódł się z jakąkolwiek wymierną wartością. Na skutek tego eksportu zaczęły zanikać fabryki i huty, a ostatnio także biura konstrukcyjne z powodu braku inżynierów i polityki imigracyjnej stwarzającej trudności wizowe dla naukowców i inżynierów, natomiast  preferującej zbieraczy winogron i sałaty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na skutek likwidacji miejsc pracy  w dziedzinach produkcyjnych, bankowcy i politycy gloryfikują sektor usługowy, tak jakby obywatele mogli się dorobić dobrobytu czyszcząc jeden drugiemu buty. W roku 2006 ekonomia usług w USA wynosiła 68%  produktu narodowego brutto, zatrudniając 75% wszystkich cywilnych pracowników. Udział sektora wytwórczego wynosił zaledwie 12% produktu narodowego. Sytuacja w tej dziedzinie pogarsza się z roku na rok.  Może zaistnieć sytuacja, że niedługo, aby prowadzić wojnę będziemy musieli kupować uzbrojenie u naszych wrogów.&lt;br /&gt;Nawet jeśli chodzi o wojnę i wojaczkę, to w dużej mierze jest ona prowadzona przez kontraktowych pracowników każących sobie słono za te usługi płacić ( Polacy robią to dla Amerykanów, jak zwykle, honorowo).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Nr 4 - Arogancja w polityce zagranicznej&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Arogancja i misyjne przeświadczenie uzasadnia militarną interwencję w stosunku do innych krajów. Związane z tym jest także przekonanie, że większość sytuacji można rozwiązać metodami wojskowymi i rozwiązania te są nieodwracalne.&lt;br /&gt;Wojna w Iraku i Afganistanie pochłania 21% (2006 r) podatków obywateli amerykańskich. USA utrzymuje bazy wojskowe w ponad 100 krajach.&lt;br /&gt;Wielkie mocarstwa na ogół nie upadają z powodu jednej przegranej wojny, ale z powodu wielu potyczek i zadrapań,  które doprowadzają do zgonu poprzez wykrwawienie żywotnej materii ekonomicznej, jaką jest ludzka praca. W tym samym czasie komisja rządowa, według NY Times, wyliczyła, że dla reperacji dróg i  walących się mostów,  potrzeba zainwestować rocznie 220 miliardów dolarów. Pieniędzy tych zabraknie, ponieważ. według obliczeń Biura Budżetu Kongresu Stanów Zjednoczonych , koszt 10 lat wojny w Iraku i Afganistanie będzie wynosił 1,4 biliona (1400 miliardów) dolarów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Nr  5 - Zadłużenie Rządu&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na skutek  drugiej wojny światowej dolar zastąpił funt angielski jako tzw. waluta rezerwowa. Jej wartość opierała się, najpierw na złocie, a później  na stabilności amerykańskiej ekonomii i jej dynamice. Ta wyjątkowa pozycja dała USA możliwość zaciągania długów, także w stosunku do innych krajów, w postaci sprzedawania obligacji pożyczkowych. Pożyczki rządowe stały się nałogiem i co gorsze wierzycielami stali się potencjalni konkurenci; np. Chiny, do ropy naftowej na Bliskim Wschodzie i gdziekolwiek indziej, Afryka, Ameryka Południowa itp.  Nagromadzone miliardy dolarów na kontach chińskich dają Chinom możliwość nacisku na Stany Zjednoczone, które w dużej mierze nawet w dziedzinie monetarnej zaczynają tracić niezależność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt; Nr 6 - Pozorne bogactwo i życie nad stan&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Byłoby świetnie, gdyby nasza wysoka stopa życiowa była skutkiem szczególnych umiejętności i wydajności pracy. Niestety, w dużej mierze wysoka stopa życiowa Amerykanów jest utrzymywana z pożyczek zaciąganych na karty kredytowe, a także na poczet  hipotek własnych domów. Rok 2008 będzie tym, który otworzy ludziom oczy, że na dłuższą metę, „bez pracy nie ma kołaczy”.&lt;br /&gt;System ekonomiczny Stanów Zjednoczonych stworzony  (stosunkowo niedawno zmodyfikowany) przez oligarchów finansowych,  oparty głównie na usługach, sporządził sobie pułapkę na samego siebie.&lt;br /&gt;Ekonomiści rządowi podają, że niewielki spadek o 2% w zakupach obywateli, doprowadzi  USA do głębokiego kryzysu. W panice rząd ucieka się do ryzykownego pomysłu rozdawania obywatelom pieniędzy (około 600$ na łebka), licząc na to, że pobiegną oni do sklepów i natychmiast je na coś wydadzą i poprawią ekonomię. Prawdopodobnie obywatele wydadzą te 600$ na produkty produkowane w Chinach, zwiększając przez to i tak wielkie zadłużenie zagraniczne. Lekarstwo takie, zalecane przez myślicieli w Waszyngtonie,  jest podobne do dawania narkomanowi  heroiny albo alkoholikowi  wódki. Także dzisiaj, 19.I.2008  wpływowy dziennik Financial Times, opublikował wiadomość, że rząd amerykański udzielił bankom amerykańskim 50 miliardów nisko oprocentowanej pożyczki.  Decyzję tę podjęto w obawie o bankructwo banków spowodowane przez lekkomyślne rozdawanie pożyczek  hipotecznych ludziom, którzy nie mieli możliwości ich spłacić.  To samo porównanie  o leczeniu alkoholika przez dawanie mu wódki stosuje się w tym wypadku do wielkich instytucji finansowych. Różnica jest jedynie w skali, biedak dostaje 600$, a bank miliard dolarów. Rezultatem takiego zachowania rządu jest obniżenie stopy procentowej dla tych obywateli, którzy w myśl wskazań własnej babci i „starej ekonomii”, nie żyli na kredyt, ale oszczędzali. Banki nie muszą już zabiegać o ciułaczy, gdyż rząd im daje pieniądze,  prawie że za darmo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Nr 7 - Ujemny bilans w handlu zagranicznym&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;O 24 lat czyli od roku 1984 USA ma z roku na rok ujemny zagraniczny  bilans handlowy. Znaczy to, że sprzedajemy mniej produktów  niż kupujemy. Nic dziwnego, że nasza oferta produktów zmniejsza się z dnia na dzień, jako że nasze fabryki mieszczą się już w Chinach czy Meksyku i ich produkty musimy kupować za walutę odnośnych krajów. Na dodatek import ropy naftowej także się zwiększa z roku na rok, pogłębiając deficyt handlowy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt; Nr 8 - Fanatyzm, zaściankowość, brak zainteresowania naukami ścisłymi&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Brak  zrozumienia zagadnień międzynarodowych, które w coraz większym stopniu wpływają na ekonomię i stopę życiową USA, jest faktem nie tylko wśród większości społeczeństwa ale i wśród kół rządzących. Anty-intelektualne nastawienie, fanatyzm religijny ( 40% Amerykanów wierzy w zbliżający się koniec świata) , kontrola mediów i Kongresu przez grupy specjalnych interesów pogłębia kryzys ekonomiczny a jednocześnie wciąga kraj w wojny, których nie można wygrać.&lt;br /&gt;Nabór na studia inżynierskie i matematyczne, które są podstawą rozwoju nowych technologii, jest przerażająco mały ( podobnie jak w Polsce) co zapewnia, że Stany Zjednoczone nie mają szans w konkurencji przemysłowej w nowymi potęgami  jak Chiny, Korea, Tajwan a nawet Niemcy, które kształcą dużo więcej kadry inżynierskiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Co mnie boli i dlaczego&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt; Mógłbym jeszcze pisać dużo i długo o tym, co zagraża Stanom Zjednoczonym, ale wydaje mi się , że to co napisałem jest wystarczające dla polskiego czytelnika, dla zrozumienia bieżącej sytuacji i perspektyw dla Stanów Zjednoczonych, tak uwielbianych, często bezkrytycznie, przez dużą cześć polskiego społeczeństwa.&lt;br /&gt;Jako Amerykaninowi z wyboru głęboko leży mi na sercu sukces mego kraju, który dał mi warunki do spełnienia moich marzeń. Wspominam o tym, aby zwrócić uwagę czytelnikom, że moje ostrzeżenia i krytyki, bynajmniej nie pochodzą od człowieka zgorzkniałego, biednego, zawiedzionego w stosunku do kraju, który mnie przyjął i zaadoptował. Raczej pochodzą one z niepokoju o przyszłość kraju, z którym są związane losy moje i moich urodzonych tu dzieci.&lt;br /&gt;Jan Czekajewski&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-4883925314672007441?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4883925314672007441'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4883925314672007441'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2008/03/katastrofa-bedzie-pojutrze.html' title='Katastrofa Bedzie Pojutrze'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-8603600458794292970</id><published>2007-11-27T20:30:00.000-08:00</published><updated>2007-11-29T10:59:57.599-08:00</updated><title type='text'>Pieczątka</title><content type='html'>&lt;strong&gt;27 XI 2007&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;span&gt;Pieczątka&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span&gt;Dotychc&lt;/span&gt;zas nie zdawałem sobie sprawy z wagi pieczątki w mym życiu. A jednak pieczątkami byłem otoczony od zarania mego istnienia, prawie od pieluszki. Moi rodzice byli urzędnikami, i na pewno świadomi byli wagi pieczątek używając je w dziennym zmaganiu o kawałek urzędniczego chleba, stemplując zawzięcie różnorakie, podejrzanej wartości, dokumenty. Niemniej szacunek dla pieczątki nie został mi przekazany genetycznie, albo jak to kiedyś powiedział o polskich  antysemitach, Premier Izraela, Izaak Shamir, nie wyssałem pieczątki z mlekiem matki. Świadomość  powagi pieczątki  została u  mnie wywołana późno w mym życiu, już na emigracji w Stanach Zjednoczonych. Niemniej to Odrodzonej i Wolnej Polskiej Biurokracji  winny jestem podziękowanie za te objawienie. A jak to było opowiem……&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otóż,  negocjując przez rok  z pewną instytucją naukową w Polsce sprzedaż pewnego urządzenia,  pieczątka urosła w tych negocjacjach, jak waluta Euro i Polski Złoty, do należnego jej respektu. Kiedy zamówione  urządzenie było już zapakowane i czekało na skończenie biurokratycznych formalności, ostatnią barierę stanowił brak pieczątki na protokóle odbioru dla stosunkowo drobnej transakcji (odbiór miał się odbyć w Polsce). Wyglądało to na drobiazg, ale…w mojej firmie sprzedającej do ponad 50-ciu krajów, po prostu nie było pieczątki i nikt się pieczątki od nas nie domagał przez... 30 lat istnienia firmy. Nie domagali się jej Chińczycy ani Albańczycy, Indianie ani Peruwianie.  Na skutek pieczątkowych trudności z Polską, sporządziliśmy sobie pieczątkę, niestety tylko jedną. Dylemat przed jakim stanąłem , to decyzja czy powierzyć pieczątkę inżynierowi, który poleci do Polski w celu instalacji urządzenia, czy zostawić ją w firmie, gdyż - być może - następna Polska Ważna Instytucja Naukowa zamówi coś u nas i pieczątka na ofercie będzie natychmiastowo nieodzowna. Mój ojciec, który spędził w carskim zaborze i wojsku wiele lat, na pewno by tę sytuację zrozumiał, ja jednak wyjechałem dawno temu z Polski i dlatego mam pewne trudności ze zrozumieniem wagi "Pieczaci i Bumagi". Poza tym trapią mnie nocne mary, czy pieczątka jaką mamy, odpowiada, co do kształtu i wymiaru, obowiązującym w Polsce normom Unii Europejskiej. Po skonsultowaniu szeregu kolegów z Polski i zagranicy, dowiedziałem się, że na temat wagi pieczątki krążą różne opinie i mity. Na jednym polskim uniwersytecie istnieje przekonanie, ze każde pismo skierowane do ambasady amerykańskiej winno być opatrzone pieczątką okrągłą. Wedle tego mitu, urzędnicy w ambasadzie  każdy list bez okrąglej pieczątki wyrzucają do kosza. Inny znajomy, polski bankowiec i doradca finansowy, donosi, że pieczątka w Polsce ma się dobrze i rośnie na wartości także w oczach  bankierów  amerykańskich działających w Polsce. Wygląda na to, że  plaga pieczątki, tak jak ospa wietrzna,  zaraża tych, którzy nigdy z pieczątką w dzieciństwie się nie zetknęli. Psychiatrzy, którzy się ta choroba zajmują wykryli, ze u części bankierów  występuje  brak przeciwciał, koniecznych do obrony przed  tą chorobą. Jak mi donoszą z Warszawy, ta bankierska pieczątka, to nie byle jaka pieczątka, która można sobie wystrugać z kartofla Jej treść określają odpowiednie przepisy. Mają na niej być różne adresy i kody rejestracyjne  ważne  dla urzędu podatkowego i administracji państwowej. Ciekawi mnie, czy przepisy także określają procedurę przykładania pieczątki, czyli stemplowania oraz czytelność odbitego obrazu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Pieczątka versus Pieczątka  –Dylemat Lingwistyczny&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Tu właśnie powstał w mej głowie, podobnie jak u Stalina, na rok przed  jego śmiercią,  dylemat natury lingwistycznej, że w języku polskim nie ma jasnego rozróżnienia miedzy pieczątką i pieczątką. Pieczątką – narzędziem, a pieczątką- obrazem, stworzonym na skutek uderzenia pieczątki-narzędzia  w papier. Najwyższy czas, aby odnośny urząd  zwrócił się do polonistów o stworzenie odpowiedniego nazewnictwa, które by zapobiegło zamętowi, jaki powstał w mej głowie, a na pewno także w milionach polskich głów, wystawionych codziennie na konfrontację z pieczątką. Ja, na przykład, proponuję nadanie narzędziu, nazwy Pieczątek,  czyli pieczątka rodzaju męskiego, a  obrazkowi pieczątki należy zostawić dotychczasowa nazwę rodzaju żeńskiego, Pieczątka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Pieczątka Antykomunistyczna&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Aczkolwiek bieżące zmagania z Polską Biurokracją zwróciły mi uwagę na moje niedobory w percepcji wagi pieczątki, to jednocześnie przywołały wspomnienia, które potwierdziły  znakomita rolę jaką odegrały pieczątki w mym doczesnym życiu. Otóż dwukrotnie, raz w roku 1947 a drugi raz w roku 1984,  pieczątka wpłynęła na dalsze koleje mego życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Było to chyba w roku 1947,   kiedy komuna zaczęła zaciskać pętlę na szyi niezależnie myślących Polaków. Był to jeszcze okres, kiedy się mówiło szeptem o antykomunistycznym podziemiu. Jako 13 letni chłopak postanowiłem pomóc Polsce i założyć podziemną, tajną, antykomunistyczna organizację, której zadaniem będzie podnoszenie Ducha Narodu. Pomny zasad konspiracji, zdawałem sobie sprawę, że w każdej konspiracji,  jeśli składa się ona z dwu osób, to istnieje prawdopodobieństwo, że druga osoba może być donosicielem albo „szmalcownikiem”. Najtrudniejsza do wykrycia jest konspiracja jednoosobowa, zakładając, że ta osoba  nie ma rozdwojenia jaźni. Na  starej niemieckiej maszynie do pisania marki Adler, jaka rodzice mieli w domu,  pisałem odezwy wzywające Naród Polski do Oporu. Byłem przekonany, że me odezwy będą miały silniejsze oddziaływanie, kiedy będą postemplowane  pieczątka z symbolem tej organizacji, nadającą jej wagi i splendoru. Pieczątkę taką wystrugałem z ziemniaka. Oczywiście trudno było wyrzeźbić z kartofla tekst, ale jakieś symbole udawało mi się otrzymać. Jeżdżąc na rowerze po mieście, mocowałem me odezwy na słupach telefonicznych  pineskami. Drugą zasadą konspiracji, jakiej przestrzegałem, jest zasada, aby nie wracać dwukrotnie w  miejsce „zbrodni”. Po pokryciu okolicy mymi odezwami,  ze względu na bezpieczeństwo własne i rodziny, zawiesiłem akcję dywersyjną i zeszedłem do „podziemia”, czekając na przybycie (na białym koniu) Generała Andersa w towarzystwie Prezydenta USA, Harrego Trumana. W tymże podziemiu, chwilowo, od 60-ciu lat, ciągle przebywam. ( Czytelników proszę o dyskrecje, na wypadek powrotu Ludowej Władzy). Tu pozwolę sobie na drobną dywersję, co do mojego organizacyjnego podziemia. Otóż w tym moim antykomunistycznym „podziemiu” przebywa także inna organizacja, tym razem komunistyczna, czyli Związek Młodzieży Polskiej-ZMP. Ponieważ z ZMP wyrzucano mnie trzy razy,  a ja się  uparcie trzykrotnie zapisywałem, to też w momencie kiedy ZMP rozwiązano, ja postanowiłem zejść z moją przynależnością organizacyjna do podziemia i nie zwrócić organizacyjnej legitymacji. Zatem w moim „podziemiu” przez dziesiątki lat są zakonspirowane, obok siebie,  dwie organizacje, jedna anty a druga pro- komunistyczna. Jestem chyba jedynym ZMP-owcem, na dodatek kapitalistą-wyzyskiwaczem, na świecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Pieczątka  „Anty” a nawet „Pro” .&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp0.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/R08BG6Qw0qI/AAAAAAAAABU/V6QsYO9hLeM/s1600-h/techbuster.jpg"&gt;&lt;img src="http://bp0.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/R08BG6Qw0qI/AAAAAAAAABU/V6QsYO9hLeM/s200/techbuster.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5138326918083433122" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Po lewej insygnia amerykańskiej  agencji kontrwywiadu naukowego , „Exodus”. Napis  brzmi: ”Rozbijacze -Technologii”. Po moim ośmieszeniu tego plakatu, „Exodus” zmienił napis na „Obrońcy Technologii”. (Ten facet w kapeluszu to ja).&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp0.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/R08BG6Qw0qI/AAAAAAAAABU/V6QsYO9hLeM/s1600-h/techbuster.jpg"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Moja kartoflana pieczątka mogła mnie albo moich rodziców wsadzić do komunistycznego wiezienia w roku 1947. Natomiast w roku 1984 inna  pieczątka uratowała mnie od wiezienia kapitalistycznego. Sprawa wyglądała na śmieszną ale nie beznadziejną. Specjalny organ stworzony do walki z przemytem wojskowej technologii do Sowietów,  nazwany po biblijnemu, „Exodus”, ubzdurał sobie ze jestem sowieckim agentem sprzedającym Sowietom ważne dla budowy bomb atomowych, superkomputery. Moje polskie nazwisko, właściciela malej firmy elektronicznej handlującej sprzętem medycznym  z ZSSR, pasowało jak ulał do „kreta”, albo „szczura”  jakiego wysłał sowiecki wywiad aby kradł amerykańską technologię. Pasowałem także agentom „Exodus” na ofiarę, która nie będzie w stanie się bronić i której można będzie sprawić „pokazowy proces”, czyli zdrowo, bez wielkiego ryzyka, dokopać. Sprawa zaczęła się od wysyłki na wystawę medyczną do Moskwy urządzenia, który nazwaliśmy Oxymax. Służyło ono  do pomiaru oddychania myszy lub szczura laboratoryjnego Przyrząd mierzył konsumpcje tlenu i wydychanie dwutlenku węgla. Urządzenie to używało komputera, klonu IBM-PC, produkowanego na Tajwanie, wartości około $400.- , dla  drukowania wyników pomiaru.  Chińczycy na Tajwanie chcąc nadąć splendoru dla tej raczej marnej reprodukcji IBM-PC, nakleili na tylnym panelu komputera, naklejkę z nazwą „ Super Computer”. Kiedy celnicy amerykańscy na lotnisku w Nowym Jorku sprawdzili paczki i przeczytali naklejkę „Super Computer”, wpadli w euforię i natychmiast  wysłali specjalny oddział „Exodus” do mej firmy w Columbus w celu konfiskaty  wszystkich superkomputerów, zaaresztowania sowieckiego szpiega , czyli mnie, i dania nauczki innym, że ORMO , przepraszam Exodus, czuwa, a zatem Ameryka może spać spokojnie. Na szczęście w tamtych odległych czasach lat 1980 tych, dla wsadzenia podejrzanego do wiezienia trzeba było mieć niezbite dowody winy a podejrzliwy sędzia, który podpisał nakaz rewizji, nie godził się na mój areszt ani na wybicie moich trzonowych zębów. Widocznie uzbrojony w bomby atomowe Związek Radziecki nie był taki groźny, jak dzisiejsi terroryści. Dzisiaj bym się tak łatwo nie wywinął, a z naklejką terrorysty, mógłbym spędzić dożywocie w klatce na Kubie, zmuszony do studiowania Koranu. Agenci Exodus byli rozczarowani, że pozostawiono mnie na wolności,  niemniej oddali moja sprawę federalnemu  prokuratorowi, który rozpoczął dwuletnie śledztwo, odgrażając się w telewizji, że za zagrożenie bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, on mnie zgnoi w  wiezieniu. Śledztwo, śledztwem, ale nikt mnie osobiście na zeznania nie zapraszał, chociaż ich do tego uporczywie zachęcałem. Niemniej $200 tysięcy wartości mych przyrządów rdzewiało przez dwa lata w magazynie celnym w Nowym Jorku, co było dużą sumą w tamtych czasach, kiedy Dolar był Królem, a ma firma Dawidem. Agenci Exodus liczyli widocznie na moje bankructwo.  Broniąc się przed zarzutem, że eksportuję niedostępną dla Sowietów technologię, sprowadziłem podobny, ale dużo lepszy, klon komputera IBM-PC z Bułgarii a nawet poleciałem do Moskwy z kamerą video  aby przeprowadzić własny wywiad na wystawie medycznej w Moskwie, jakie firmy amerykańskie, angielskie i niemieckie sprzedają Sowietom personalne komputery, w sposób zupełnie legalny. Nic jednak nie było w stanie przekonać  prokuraturę, że jestem niewinny. W oczach prokuratury byłem winny zbrodni w myśl sowieckiej zasady: „człowiek jest, paragraf się znajdzie ”. Aby sprowokować jakąś reakcję biurokratycznego molocha, sporządziłem sobie pieczątkę z napisem:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;„Warning! Exporting can be dangerous to your mental health”,&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;czyli po polsku,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;„Uwaga ! Eksporting może być niebezpieczne dla twego zdrowia psychicznego”.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp1.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/R08A4KQw0oI/AAAAAAAAABE/I9K1hxCKLfI/s1600-h/Hand+With+Stamp+SmallJPG.jpg"&gt;&lt;img src="http://bp1.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/R08A4KQw0oI/AAAAAAAAABE/I9K1hxCKLfI/s200/Hand+With+Stamp+SmallJPG.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5138326664680362626" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Pieczątką tą zacząłem stemplować wszystkie listy i koperty do agencji rządowych, kongresmanów, telewizji i prasy, czyli wszystkich tych  których prosiłem o pomoc w rozwiązaniu tej idiotycznej a jednak niebezpiecznej dla mnie sprawy. Po dwu latach potwierdziła się zasada, że mysz zdolna jest ruszyć górę. Wpływowy dziennik The Wall Street Journal napisał artykuł o mojej tragikomedii, który przeczytali wszyscy, mający w USA  coś do powiedzenia. W ciągu następnych kilku dni  zwrócono mi zarekwirowane przyrządy i umorzono dochodzenie z powodu „braku wystarczających dowodów winy”. Przypuszczam, że tym razem pieczątka uratowała mnie od bankructwa i wiezienia. Dwa lata później zostałem mianowany najlepszym biznesmanem w dziedzinie wysokiej technologii w stanie Ohio i zaszczycony dyplomami uznania od Senatu i Sejmu  Stanu Ohio.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp3.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/R08AyqQw0nI/AAAAAAAAAA8/_I36XnkulXc/s1600-h/Jan+with+Oxymax.jpg"&gt;&lt;img src="http://bp3.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/R08AyqQw0nI/AAAAAAAAAA8/_I36XnkulXc/s200/Jan+with+Oxymax.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5138326570191082098" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Trzech „ Sowieckich Agentów” (dwóch już w klatce) na tle  „Super Komputera”&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Ukwiecałem także swym towarzystwem podróże Gubernatora Stanu Ohio do Chin i Egiptu, nie mówiąc już o udziale w  niezliczonych bankietach w jego rezydencji, gdzie raczono nas mizernym Chardonay z winnic w rodzimym Stanie Ohio.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Posłowie&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Kiedyś widziałem film amerykański, z okresu wojny rewolucyjnej o niepodległość Stanów Zjednoczonych. W filmie tym Anglicy prowadzą „rebelianta” na szubienicę. W ostatnim momencie przybywa galopem goniec z wiadomością, ze podpisano rozejm. W ramach umowy dalsze egzekucje amerykańskich patriotów zostały zawieszone. Zawiedziony oficer angielski, zdejmując pętlę z szyi rebelianta, mówi: „Ponieważ nie mogę Pana powiesić, zapraszam zatem Szanownego Pana na herbatkę”. Bardzo lubię te anglosaskie poczucie humoru, ciesząc się jednocześnie, że w dzisiejszych czasach bezpieczniej jest mieć w Ameryce imię Jan a nie Jamal. Jamalów się dzisiaj na herbatkę nie zaprasza, a jeśli nawet, to jedynie na tą, parzoną w Guantanamo, na Kubie.                                                                              &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Czekajewski&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Post Scriptum&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Po skoczeniu tego artykułu, mój znajomy z Florydy, kiedyś ze Lwowa a później wice prezydent znanej amerykańskiej firmy biotechnologicznej, przysłał mi własne wspomnienie na temat pieczątki. Tym razem pieczątka miała godło niemieckiego orla nazywanego przez Polaków „gapa”. Brat jego, o którym wspomina autor, jest dzisiaj słynnym, genetykiem, i emerytowanym profesorem jednego ze znanych amerykańskich uniwersytetów. Nie mogę się oprzeć, aby nie załączyć jego opowieści do mych wspomnień o pieczątkach.&lt;br /&gt;Oto jego opowieść z czasów okupacji niemieckiej we Lwowie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Hitlerowska Pieczątka&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ widzę Janku, że pieczątka jest Twoim "zamiłowaniem", wiec dodam Ci jeszcze jedna historie. W czasie niemieckiej okupacji we Lwowie , cala nasza rodzina: ojciec, brat i ja pracowaliśmy w  światowej sławy Instytucie prof. Rudolfa Weigla, wynalazcy szczepionki przeciw tyfusowi plamistemu. Nie pamiętam juz od kogo brat kupował alkohol medyczny, który by barwiony na niebiesko, niemniej, poza tym, był bardzo dobrej jakości i jego jedynym problemem był niebieski kolor. Moj brat jako człowiek pomysłowy założył w naszej kuchni destylacje tego alkoholu. Ponieważ, w tamtych czasach, były problemy z ciśnieniem gazu, wiec mój brat założył pompę wodną jaka kupił w likwidującym się posowieckim sklepie z wyposażeniem szkol. Ta pompa wysysała gaz rur i w ten sposób zapewniała, że palnik, jaki podgrzewał kolbę ze spirytusem miał odpowiednia temperaturę do destylacji. Produkcja była w pełnym toku, i mielimy nadmiar tego cennego produktu. Ponieważ nasz dom nie by "trunkowy", wiec ja, jako " rodzinny handlowiec" postanowiłem na tym zarobić. Nasza kucharka Hania chodziła regularnie do pobliskiego szynku gdzie zbierała puste butelki po wódce. Alkohol był sumienne mieszany z woda z kranu, tak aby miała przepisowe 40% alkoholu, które brat dokładnie sprawdzał. Pozostawało jeszcze lakowanie butelek, tak żeby wyglądały na "oficjalne" jak z niemieckiej fabryki monopolowej. Do tego był używany oryginalny pfenig (groszowa moneta niemiecka), którego "gapa"(orzeł hitlerowski) doskonale pasowała do pieczętowania, zalakowanych korków butelek. Tak opieczętowane butelki sprzedawałem, przeważnie kolegom ze szkoły handlowej do której wówczas uczęszczałem,  a oni z kolei odsprzedawali je na targu. Tak wiec, masz następną historie do swego zbioru opowiadań o pieczątkach.&lt;br /&gt;Staś&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-8603600458794292970?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/8603600458794292970'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/8603600458794292970'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2007/11/pieczatka.html' title='Pieczątka'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp0.blogger.com/_gGVNlYv_Xa4/R08BG6Qw0qI/AAAAAAAAABU/V6QsYO9hLeM/s72-c/techbuster.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-7890593094004315025</id><published>2007-08-26T02:17:00.000-07:00</published><updated>2007-08-26T02:18:43.176-07:00</updated><title type='text'>SAGA NORDYCKA</title><content type='html'>SAGA NORDYCKA&lt;br /&gt; albo&lt;br /&gt;MARA NOCY LETNIEJ  w UPPSALI&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W sierpniu 1987 roku podobnie jak w latach poprzednich odbyłem moją doroczną pielgrzymkę do Szwecji, miejsca  uświęconego wieloma moimi wzniesieniami i upadkami lat sześćdziesiątych (1960….). Jednym z miejsc kultu, które staram się nie pominąć w czasie mych zagranicznych pielgrzymek jest szacowna instytucja zwana "Baldachinem" zlokalizowana w Uppsali i prowadząca swą działalność pod  szyldem Lokalu Gastronomicznego Kat.II z Wyszynkiem i Dancingiem. Wysoka klasyfikacja gastronomiczna tego lokalu, narzuca warunek, aby goście byli elegancko ubrani, co zasadniczo ogranicza się do bezwarunkowego wymogu krawata, butów i marynarki. Ci z Panów, którzy krawata nie mają albo zapomnieli go założyć, mogą go pożyczyć od szatniarza za jedyne 10 szwedzkich koron. Otóż w tym lokalu, do którego przybyłem ubrany zgodnie w wymogami dobrego tonu, w celach, nie wyłącznie, dancingowych, spotkałem dziewczynę w wieku podrywkowym ( lat 29) o imieniu Lena, której zaoferowałem, po zamknięciu lokalu odwiezienie do domu pożyczonym na lotnisku w Sztokholmie, samochodem, VW Golf, w gustownym kolorze sraczkowym. Lena wracała do domu w towarzystwie koleżanki.  Koło godziny drugiej w nocy dojechaliśmy na nowe, nieznane mi przedmieście Uppsali zabudowane setkami bliźniaczo podobnych domów. Po przybyciu na miejsce, Panie wdzięczne mej słowiańsko-amerykańskiej galanterii, zaprosiły mnie na „herbatę”. Kiedy usiadłem za kuchennym stołem, poczułem się nieswojo w przepoconej marynarce i zmiętym krawacie. Przeprosiłem wiec gospodynie, na minutkę, aby zaaranżować zamianę marynarki na bawełniany sweter, który trzymałem na takie okazje, w bagażniku samochodu. Wychodząc z domu, pomny bliźniaczego podobieństwa wszystkich domków osiedla, zwróciłem uwagę, że tylko przed domkiem Leny święciła się lampa, którą zapamiętałem jako element charakterystyczny i wiodący w drodze powrotnej. Kiedy, po chwili wróciłem, już w swetrze, ku memu zdumieniu, na podwórku kompleksu domków, zauważyłem, świecące się, nie jedną, ale trzy lampy. Czyżbym pomylił podwórka, przeszło mi przez myśl? Po zapukaniu do drzwi, jak mi się wydawało, domu Leny,  zostałem srogo zrugany przez zaspanego Szweda, który postraszył mnie policją. Całe szczęście, ze była to Szwecja a nie moja Ameryka, gdzie się zwykle najpierw strzela a potem pyta o imię. Zorientowałem się, że cały kompleks domków jednorodzinnych był zbudowany w charakterze kwadratowych ryneczków połączonych przejściami z sąsiednimi, także kwadratowymi ryneczkami. Był to idealny labirynt, z którego trudno było wyjść, szczególnie w nocy. Wszystkie domki były z drzewa, pomalowanego na kolor buraczkowy, podobne do siebie jak bliźniaki jednojajowe. Po półgodzinie nieudanych poszukiwań domu Leny, dałem za wygraną i postanowiłem wrócić do samochodu. Niestety w tym momencie, na skutek stresu, tak mi się pokiełbasiło w głowie, że nie mogłem znaleźć ani domu Leny ani parkingu z moim samochodem. W panice zacząłem nawet wątpić czy poznam pożyczony samochód, jakim przyjechałem. Po dwu godzinach krążenia, z jednego podwórka do drugiego, koło godziny czwartej nad ranem, przypadkowo znalazłem się na właściwym parkingu ( a było ich kilka) i zderzyłem się z mym samochodem. Ku memu dziwieniu, przy samochodzie stała moja nowa znajoma Lena, z koleżanką. Obydwie panie dziwiły się memu zniknięciu i pytały, czy dlatego uciekłem, że było ich dwie, czy tez, dlatego że są kobietami. W każdym razie hiobowe myśli przechodziły im przez głowę, kiedy zobaczyły mój pusty samochód zaczęły podejrzewać, że mnie zamordowano albo szlak mnie trafił.  Każda z tych alternatywnych podejrzeń była dla mnie nieprzyjemna, obraźliwa i nie do przełknięcia. Mój honor wymagał sprostowania. Niestety, już świtało i zarówno ja, jak i obie Panie, byliśmy mocno śpiący, a ja, następnego dnia, miałem wracać do domu w Columbus. Po powrocie do Stanów wydarzenie to nie dawało mi spokoju. Napisałem wiec do Leny, że zapraszam ją do Columbus i zapewniłem ją solennie, że drogę do własnego domu znam na pamięć, więc zdarzenie w Uppsali było wyjątkiem i się w Columbus nie powtórzy. Upewniłem ją, że kiedy już znajdę własny dom to dla pewności zostawię sobie notatkę na stole, co do dalszego kierunku i postępowania.&lt;br /&gt;Niestety naprawić sytuację towarzyską wywołaną mym pechowym zagubieniem się w labiryncie szwedzkiej architektury, nie było łatwo.&lt;br /&gt;Jako inżynier, będąc także człowiekiem z natury rzeczowym, zapytałem Lenę w rozmowie telefonicznej, czy zdaje sobie sprawę, że mam w stosunku do niej honorowe zamiary, z którymi wiążą się pewne wzajemne zobowiązania natury romantycznej, konieczne dla ustalenia i zatwierdzenia mych predyspozycji erotycznych. Podejrzliwa Lena, zgadzając się na warunki, zażyczyła sobie jednak, abym poddał się badaniom na wirusa AIDS, czyli jak się mówi w Polsce, Adidasa, i przedstawił jej odpowiednie zaświadczenie dotyczące mego nieskazitelnego zdrowia. W tamtych latach Szwedzi uważali, że w Ameryce AIDS jest tak powszechny jak grypa.  W roku 1988 badania takie były skomplikowane i wymagały pobrania około 1/10 litra krwi. Lekarz, z pobliskiej przychodni, do którego się udałem z prośbą o badanie mej krwi, także się zapytał, czy nie mam alternatywnych skłonności seksualnych. Kiedy mu wyjawiłem rzeczywisty powód mych badań i warunki jakie postawiła Lena, zdziwił się menu idealizmowi i skwitował proroczym wręcz stwierdzeniem; „Mam nadzieję, że Pańska szwedzka miłość będzie warta Pańskiego poświęcenia”&lt;br /&gt;Lena miała przyjechać w drugiej połowie lutego 1988 r. aby sprawdzić moją&lt;br /&gt;orientację na terenie Columbus. Byłem pełen emocji czy podołam tej krytycznej próbie. W lutym 1988 wysłałem Lenie bilet lotniczy i wkrótce Lena zjawiła się w Columbus. Niestety, wymarzona idylla skończyła się dla mnie koszmarem, który zaczął się jak następuje. Pierwszej nocy, Lena wzięła prysznic i zeszła do pokoju, gdzie ja właśnie oglądałem telewizję. Zauważyłem, że jest bardzo nerwowa i ręce się jej trzęsą. Wyjaśniła, że z natury nie ma zaufania do mężczyzn, gdyż jej były maź, a była rozwódką, czasami też tak siedział jak ja i patrzył w telewizor, a potem nagle brał łopatę od zgarniania śniegu i walił nią po meblach. Tłumaczył, że go denerwuje, że śnieg pada, a w Szwecji śnieg pada często. Zapomniałem ją zapytać, czy szanowny małżonek walił łopatą tylko po meblach, czy tez okazyjnie i po niej.&lt;br /&gt;Próba zbliżenia w łóżku także skończyła się fiaskiem. Lena dostała wręcz konwulsji, bynajmniej nie z ekstazy tylko z paniki.. Można powiedzieć, że zaistniały wszystkie warunki do rozwodu z powodu nieskonsumowanego stosunku i zerwanego kontraktu. Na dodatek moje wysiłki udokumentowania mego zdrowia wirusowego nie zostały docenione, bo Lena nie zainteresowała się mym zaświadczeniem. Jedyny element, jaki trzymał nas razem to jej bilet z datą powrotu zafiksowaną za dwa tygodnie, od momentu przyjazdu, bez możliwości zmiany. Poprosiłem wiec Lenę o przemieszczenie do innej sypialni, czyli spowodowałem naszą separację od łoża, ale nie od stołu. Separację od stołu na razie wykluczyłem, gdyż głodzenie Leny zachowałem na wypadek, gdyby Lena uparła się przedłużyć swój pobyt poza umowne dwa tygodnie.  Z braku uniesień erotycznych, sięgnąłem po intelekt. Może długie filozoficzne dyskursy wynagrodzą mi rozpierającą mnie cnotliwość? Niestety Lena niewiele miała do powiedzenia, słabo mówiła po angielsku a ja niewiele po szwedzku.  Z desperacji postanowiłem popłynąć z nią na Bahama, statkiem z Miami, odwrócić swoja uwagę i zachłysnąć się morskim powietrzem. W pierwszym dniu na plaży, usnąłem i obudziłem się kompletnie porażony tropikalnym słońcem. Resztę wakacji miałem z głowy; dreszcze, światłowstręt i bąble od oparzenia dopełniły wrażenia. Kiedy, pełen ciągle rozpierającej mnie cnoty,  wróciłem z Leną do Columbus, z ulgą  powitałem dzień wyjazdu mojej niedoszłej kochanki. Odwiozłem ją na lotnisko trzy godziny przed odlotem i pożegnałem, jak stroskany ojciec, muśnięciem wargami w policzek. Praszczaj, Lena!, pomyślałem w języku Dostojewskiego i Tołstoja, który najlepiej oddaje cierpienia słowiańskiej duszy. Wracaj w skutą lodem Skandynawię! Czuję, że już nigdy się nie zobaczymy!  Przy pożegnaniu miałem odczucie  szczęścia, wręcz ekstazy, jakiego nie przeżywałem w najlepszych relacjach erotycznych bieżącego stulecia, czyli już dzisiaj ubiegłego XX wieku.&lt;br /&gt;Kiedy znalazłem się w domu, poczułem, że mimo wszystko, z akademickiego punktu widzenia, gra warta była świeczki, no może ogarka? A mianowicie, zrozumiałem, mądrość przysłowia, że „Nie należy kupować Szwedki w worku”.&lt;br /&gt;Co do wydatków związanych z tą nordycką przygodą, to koszty biletu lotniczego i wycieczkę na Bahama, spisałem na straty a zaświadczenie o mym wirusowym zdrowiu, oprawiłem w ramkę i powiesiłem w sypialni.&lt;br /&gt;Muszę przyznać, ze lektura tegoż zaświadczenia przez kolejne wielbicielki mego intelektu, bigosu i zawartości portfela, wpływała na nie niezwykle kojąco.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-7890593094004315025?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/7890593094004315025'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/7890593094004315025'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2007/08/saga-nordycka_26.html' title='SAGA NORDYCKA'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-8282572234594402246</id><published>2007-08-20T12:59:00.000-07:00</published><updated>2007-08-20T13:01:08.523-07:00</updated><title type='text'>Sztuczne Szczeki</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-family:arial;"&gt;Sztuczne Szczęki&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Miedzy reperacją  i produkcją wilgociomierzy do zboża, akwizycją zamówień na przekaźniki telewizyjne i produkcją halasomierzy znalazłem czas na zupełnie prywatną działalność handlowo- przemysłową w postaci produkcji dentystycznych szlifierek, używanych przez techników dentystycznych przy wykonywaniu protez .&lt;br /&gt;Był rok 1958 , kończyłem 23 rok życia i System Ekonomiczny PRL-u robił wszystko aby osoba prywatna, a byli nimi technicy dentystyczni,  nie mogła zarobić na boku kilku złotych, gdyż, osoba ta,  będąc własnością państwa, winna budować socjalizm na świecie w pełnym wymiarze godzin, a wieczorami wypoczywać albo się rozmnażać.&lt;br /&gt;Z tego właśnie powodu  szlifierki dentystyczne nie były dostępne w powszechnej sprzedaży, aczkolwiek części wymienne do nich jak np. giętkie wały ( tzw. rękawy) można było kupić. Klientami w tych hurtowniach zapatrzenia dentystycznego były instytucje państwowe tzw. protezownie powiatowe ale także indywidualni dentyści, ci którzy się uchowali przed kosa „domiarów” urzędu podatkowego.&lt;br /&gt;W owym czasie kochałem się, zwykle w czwartki, w dziewczynie o imieniu Elżbieta, która była technikiem dentystycznym. Elżbieta (Ela) miała wiele wartości widocznych i kilka ukrytych. Z tych widocznych była jej pracowitość, znajomość fachu technika dentystycznego i uroda. Do ukrytych, mógłbym zaliczyć,  niezwykłą zdolność Eli do wyczarowania u mnie poczucia męskiej  omnipotencji (zwykle w czwartki).&lt;br /&gt;Z tą moją potencją, Ela,  miała chyba, ułatwione zadanie, jako, że  ja nie miałem w owym czasie  żadnej skali porównawczej.  Nasz znajomość skończyła się małżeństwem, kiedy  to takiego dozgonnego  poświecenia nie byłem jeszcze przygotowany.&lt;br /&gt;Otóż Ela pracowała w protezowni dentystycznej przy dyrekcji okręgowej kolei żelaznej we Wrocławiu. Wynagrodzenie techników  dentystycznych w protezowni było słabe, prawie że głodowe, ale tajemnicą poliszynela było, że pensja oficjalna jest tylko znikomą częścią innych możliwości. . Protezownia służyła raczej jako szyld i biuro zamówień,  gdzie kolejarze mogli składać  prywatne zamówienia na dobrze dopasowane, sztuczne szczeki. Ci z  emerytów PKP,  którym śniły się dawne kapitalistyczne czasy i wierzyli że maja 100% ubezpieczenie na usługi dentystyczne podawani byli, przez personel protezowni, ideologicznemu dokształcaniu, które brzmiało mniej więcej jak poniżej:&lt;br /&gt;Proszę Pana , rzeczywiście PKP zapewnia darmowe usługi dentystyczne w pełnym wymiarze, niemniej są w tym ubezpieczeniu pewne mankamenty. Jeśli  Szanowny Pan życzy sobie sztuczna szczękę w ramach kolejarskiego ubezpieczenia, to przede wszystkim materiały dentystyczne jakimi protezownia dysponuje są produkcji radzieckiej. Jak Panu wiadomo, ludzie radzieccy, przodujący w dziedzinie filozofii marksistowskiej, maja pewne trudności w opanowaniu skomplikowanej technologii produkcji materiałów dentystycznych. Protezy  wykonane z radzieckich materiałów  się łamią i trzeba zaczynać odnowa. My tutaj, w PKP, mamy ściśle ograniczony czas na wykonanie Pańskiego uzębienia wiec się spieszymy. Pośpiech powoduje, że wymiary nie bardzo pasują, sztuczne zęby uciskają  i na ogół państwowi pacjenci wola nosić zęby w kieszeni niż w jamie ustnej. Czasami się zdarza, że nasz personel może zrobić protezę w domu z materiałów importowanych z "ZACHODU" i oczywiście mając więcej  czasu i ryzykując własną reputację, dopasuje Panu tą proteza tak dobrze, że pewni pacjenci lubią  sztuczne szczeki bardziej niż swoje.&lt;br /&gt;Po takim przeszkoleniu  90% pacjentów protezowni PKP wybierało zęby z  zachodniego importu, dopasowane przez urodziwe dentystki, w tym moja Elę, z płatnością w gotówce do zgrabnych i sprawnych rączek.&lt;br /&gt;Większość pracy nad prywatnymi zamówieniami była wykonywana w ramach 8-godzinengo dnia pracy, który miał duże luki czasowe z powodu, spowodowane faktem, że tylko niewielu upartych  pacjentów wybierało socjalistyczne uzębienie. Niemniej  czasami prywatnej roboty ( tak zwanej „fuchy”)  było tak dużo, że Ela nie mogła  wykończyć wszystkich prywatnych zamówień w pracy państwowej i potrzebowała prywatnego warsztatu w domu. Problemem była właśnie własna szlifierka dentystyczna, której nie mogła kupić, za żadne pieniądze.&lt;br /&gt;Ela zwróciła się do mnie o pomoc i od kilku dni chodziłem po Wrocławiu myśląc jak rozwiązać ten problem, który tropił polskich techników dentystycznych od Bugu do Nysy Łużyckiej  i Od Bałtyku do Tatr. Problem był o tyle interesujący, że technicy stanowili klasę ludzi zamożnych, obracali tylko gotówką i proces wymiany dóbr i produkcji nie wymagał angażowania instytucji państwowych, takich jak Politechnika, dla ominięcia przepisów finansowych. Z rynkowego punktu widzenia protezownie były  łatwe do lokalizacji, jako że ich adresy były w każdej książce telefonicznej.&lt;br /&gt;Wiedziałem, że cześć podzespołów szlifierki dentystycznej czyli tzw. rękaw, czyli wał giętki,  można kupić z łatwością za 700zl, pozostawał  problem niedostępnego motorka elektrycznego i nożnego rozrusznika, koniecznego do regulacji szybkości obrotów.  Pewnego dnia, na Wrocławskim Rynku,  gapiłem się na wystawę księgarni międzynarodowej, gdzie wystawiono Zestaw  Dzieła Lenina,  oprawionych w ładną cielęcą skórę. W myślach rozważałem możliwość przerobienia okładek Dzieł Lenina na eleganckie damskie rękawiczki.  Odchodząc od wystawy księgarni,  zauważyłem w sąsiednim sklepie  artykułów  przemysłowych, wystawiony na sprzedaż, motorek elektryczny, ładnie obudowany,  do maszyny do szycia starego typu, marki Singera.&lt;br /&gt;Była to przystawka, która umożliwiała elektryfikacje starych  maszyn do szycia na napęd nożny . Przystawka miała wszystko czego mi brakowało do kompletu szlifierki dentystycznej, a mianowicie motorek o właściwej mocy i rozrusznik nożny regulujący szybkość. Pozostało tylko wykonać tzw. sprzęgło miedzy motorkiem i giętkim wałem&lt;br /&gt; ( rękawem) i oto mamy kompletną dentystyczna szlifierkę. Drobnym mankamentem był fakt, że na motorku była przynitowana mała tabliczka z specyfikacjami technicznymi i nazwą wytwórcy , " Wrocławska Fabryka Wodomierzy". Zdałem sobie sprawę, że nazwa wytwórcy winna być jak najbardziej strzeżoną tajemnica handlowa, i dlatego po zakupie motorka w sklepie, jeszcze na ulicy, podważyłem tabliczkę śrubokrętem i spuściłem ją do kanału ściekowego,  w myśl zasad konspiracji jakie widziałem na szpiegowskich filmach.&lt;br /&gt;W ciągu godziny zrobiłem rysunek techniczny sprzęgła i następnego dnia złożyłem całkowicie prywatne zamówienie na takie sprzęgła  u tokarza warsztatu Politechniki Wrocławskiej na ul. Prusa. Cena sprzęgła od sztuki została ustalona na 150 zł , warunki płatności  określone zostały jako " z raczki do raczki", czyli pieniążki do raczki, sprzęgło do teczki ( w rączce). Za dwa dni Ela miała  szlifierkę dentystyczna z którą poszła do swej, PKP-owskiej protezowni, pochwalić się wśród kolegów,. Koledzy  dentyści, kiedy zobaczyli Eli szlifierkę , wpadli w zazdrość i zaczęli się dopytywać , gdzie takie eleganckie szlifierki można kupić. Ela, nie w ciemię bita,  powiedziała że zna takiego „jednego”, który jeździ służbowo za granice do NRD ( Niemiec Wschodnich)  i czasami przywozi takie szlifierki. Aby nie ryzykować konsekwencji towarzyskich,  gdyby prawda wyszła na jaw, Ela nadmieniła, że nie jest pewna,  czy szlifierki są rzeczywiście z importu, czy tez robione w Polsce. Na pytanie ile kosztują, powiedziała  cenę 6000 zl. .&lt;br /&gt;Panowie i Panie z protezowni PKP obejrzeli szlifierkę bardo dokładnie i zauważyli 4 nity które  pozostały po oderwanej przeze mnie tabliczce z specyfikacjami motorka. Stwierdzili zgodnie, że jakość produkcji i te cztery nity wskazują, że szlifierka musi być przemycana, albo organizowana ( kradziona) z dostaw z Niemiec Zachodnich i dlatego dla kamuflażu oderwano niemiecka tabliczkę z nazwą producenta. Ela nie powiedziała  ani tak, ani nie, tylko potwierdziła ich podejrzenia, bąkając pod nosem, "możliwe". Ela przyszła do domu z zamówieniem na 6 szlifierek bez rękawa, gdyż jak wspomniałem rękawy były w sklepach dostępne. Przy cenie dla klienta  6000 zł, koszty własne wynosiły jak następuje:&lt;br /&gt;800 zł za motorek z  pedałem regulującym szybkość,&lt;br /&gt;150 zł za sprzęgło do rękawa&lt;br /&gt; 50 zł. za niklowanie sprzęgła które było wykonane z mosiądzu.&lt;br /&gt;Suma: 1000zl&lt;br /&gt;Zysk na sztuce wynosił:5000zł&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kosztów pracy własnej, polegającej na oderwaniu oryginalnej tabliczki znamieniowej z nazwą wytwórcy,  tu nie wliczam, jako że były  minimalne. Marża na koszty własne była 5 x koszta własne. Tak zwane inne narzuty i podatki wynikające z utrzymania mojej Podziemnej Wrocławskiej Wytworni Szlifierek Dentystycznych  (PWWSD) , nie istniały, gdyż przedsiębiorstwo było, jak to się dzisiaj mówi, „wirtualne” i mieściło się w teczce. W owym czasie, jako asystent Politechniki, zarabiałem 2000 zł miesięcznie, czyli sprzedaż jednej szlifierki dentystycznej była równoważna 2.5 moich miesięcznych pensji, które, bądź  co bądź  wystarczalny na minimalne utrzymanie. Zdałem sobie sprawę, że następnym zadaniem winno być zbudowanie  systemu dystrybucji krajowej mego dentystycznego wynalazku i w tym celu zainwestowałem w wielka mapę Polski, na której kolorowymi szpilkami zaznaczyłem  położenie powiatowych i wojewódzkich protezowni dentystycznych. Jednocześnie zatrudniłem na prowizji, kolegów studentów jako komiwojażerów, którzy nocnymi pociągami wozili  po 6 szlifierek w  teczkach i rankiem witali  powiatowych i wojewódzkich dentystów  ofertą dostawy wspaniałych zagranicznych szlifierek dentystycznych za jedyne 6000 zl każda. W ten sposób zanim wyjechałem do Szwecji, jesienią 1960r,  aby spróbować wyższych lotów w zonie kapitalistycznej, pokryłem w 90% zapotrzebowanie na szlifierki dentystyczne w Polsce i stos gotówki w mej szafie z bielizna stawał się ambarasujący.  Dzisiaj z perspektywy czasu i doświadczenia  widzę, że byłem prekursorem tak zwanego  Software Industry czyli przemysłu wartości intelektualnych , który opiera się na sprzedaży wiedzy zapisanej na dyskach. Byłem cos w rodzaju  wczesnego  Billa Gates’a  w wydaniu PRL-owskim, najbogatszego człowieka Ameryki, właściciela firmy Microsoft.  Drobna różnica była jedynie w tym, że Bill Gatek sprzedaje dyski a ja sprzedawałem motorki. Czyli, jak mawia Pan Zenek z Limanowej, okresowo pracujący na azbestach w Chicago, „ Ta Ameryka nie będzie mi tu fikać.”&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-8282572234594402246?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/8282572234594402246'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/8282572234594402246'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2007/08/sztuczne-szczeki.html' title='Sztuczne Szczeki'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-4614360246013606850</id><published>2007-08-17T12:51:00.000-07:00</published><updated>2007-08-17T12:52:51.938-07:00</updated><title type='text'>Wilgotna Robota</title><content type='html'>&lt;span style="font-family:arial;font-size:130%;"&gt;Wilgotna Robota&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już w  roku 1955,   podczas  trzeciego roku studiów  na Politechnice Wrocławskiej, stało się dla mnie jasnym, że brakuje mi praktycznego podejścia do wykładanej teorii. Od strony finansowej, jak mawiał mój ojciec też "prządłem marnie". Logika wskazywała, że praca w dziedzinie elektroniki będzie dla mnie stanowić pomost między teorią i praktyką.  Mój przyjaciel, student na tym samym roku, Karol P.,  zgadzał się ze mną i dyskutowaliśmy wspólnie możliwość znalezienia pracy.&lt;br /&gt;Pewnego dnia zapukaliśmy do drzwi Katedry Radiofonii  Przewodowej, którą kierował Prof. Stefan Bincer. Wybór  drzwi do pukania był w części przypadkowy, ale miał nieco związku  z naszą praktyką wakacyjną, po drugim roku studiów, na stacji wzmacniakowej  radiofonii przewodowej Urzędu Telefonów w Gdańsku. Podczas tej praktyki złożyliśmy w dyrekcji  projekt racjonalizatorski automatycznego alarmu w wypadku, kiedy sygnał foniczny zaniknie np. z powodu przepalenia się lampy wzmacniacza. Czuliśmy się, więc ekspertami w dziedzinie radiofonii przewodowej.&lt;br /&gt;Tu muszę wyjaśnić, na czym polegała tzw. radiofonia przewodowa. Była to dziedzina radiofonii,  która miała swoje źródło i wzór w ówczesnym Związku Radzieckim. Ideałem rządu sowieckiego było zapewnienie każdemu  kołchoźnikowi  w każdym kołchozie głośnika,  do którego  program z Moskwy był przesyłany przewodowo. W Polsce przyjęło się nazywać te głośniki „kołchoźnikami”. Aby ludziom sowieckim nie mącić w głowie, nadawano tylko jeden program, niemniej słuchacz-kołchożnik  miał pełną kontrole nad tym czy  chciał słuchać czy nie,  przez  włączenie lub wyłączenie głośnika. W bardziej zaawansowanych  modelach  rolnik- kołchoźnik miał dodatkowo możliwość regulacji siły głosu, co było jednym z osiągnięć socjalizmu  i dowodem wolności wyboru w dziedzinie mediów. Rząd  Sowiecki bardzo sobie cenił taki system, jako, że publiczność nie była niepokojona hiobowymi wieściami  z Londynu albo Nowego Jorku. Po "zwycięstwie" socjalizmu w Polsce w 1945r  ten wytwór sowiecki został także  wprowadzony  w Polsce i zainstalowany na wsiach i w miastach. Nigdy jednak nie doszedł do sowieckiego rozkwitu, ale służył komunie jakiś czas dla ogłupiania  społeczeństwa, do momentu aż został zastąpiony odbiornikami radiowymi. w których skolei, na zarządzenie Przewodniej Partii (PZPR), wyeliminowano pewne górne pasma fal krótkich na których  nadawano  wrogą propagandę ze stacji radiowych  Wolnej Europy , Głosu Ameryki czy z Londynu. Powodem eliminacji  zakresów były techniczne trudności w zagluszanu wrogich ideologicznie programów na wysokich częstotliwościach. W każdym razie po osiedleniu się we Wrocławiu po 1946r. Prof. Stefan Bincer,  szybko zrozumiał konieczność kształcenia nowych kadr inżynierskich dla przesyłania wiadomości po drucie i stal się kierownikiem Katedry Radiofonii Przewodowej na Politechnice Wrocławskiej.&lt;br /&gt; Prof. Bincer znal sowiecki system nieco bliżej  jako,  że kiedyś  mieszkał we Lwowie  i obserwował sowiecką gospodarkę w latach sowieckiej okupacji Lwowa w latach 1939-41. Wrogiem sukcesu Prof. Bincera w dziedzinie Radiofonii Przewodowej był postęp techniczny i polska produkcja prawdziwych odbiorników radiowych. W momencie kiedy zapukaliśmy z Karolem do drzwi Katedry  Prof. Bincera,  radiofonia  przewodowa więdła śmiercią naturalną. W tym czasie pracownicy naukowi na Politechnikach mogli sobie dorobić nieco do głodowych pensji przez tzw. prace zlecone z przemysłu, czyli konsultacje. W wypadku Prof. Bincera przemysł radiofonii przewodowej zwijał swe druty ( dosłownie) i nie było potrzeby na  konsultacje lub nowe opracowania w tej dziedzinie, stąd mizeria finansowa w jego Katedrze.&lt;br /&gt;Dzisiaj z perspektywy 50 ciu lat, oglądając telewizję kablową  i czekając na podłączenie mego komputera do światłowodu widzę że radiofonia ( albo telewizja) przewodowa miała  pewną szansę tylko,  że urodziła się dużo  za wcześnie, co Prof. Bincer czuł  ale nie mógł nic na to poradzić.&lt;br /&gt;Prof. Bincer przyjął nas ciepło i otwarcie powiedział,  że on sam chciałby coś, albo gdzieś konsultować,  ale zamówienia z przemysłu nie pchają się do jego laboratorium. Tu musze dodać, że Prof. Bincer nie miał żadnego laboratorium w którym można by budować cos praktycznego, miał natomiast strukturę prawną pod nazwą "Zakład Pomocniczy Przy Katedrze Radiofonii Przewodowej",  który mógł przyjmować  zlecenia na konsultacje i nowe opracowania dla przemysłu. W owym czasie  gospodarka PRL-u była oparta na modelu wymyślonym przez dwu  partyjnych geniuszy, Prof. Hilarego Minca, władającego w Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego (PKPG) i  Vice Premiera  Eugeniusza Szyra. Wedle tego modelu popartego drakońskimi karami, przedsiębiorstwa państwowe mogły  składać zamówienia wyłącznie w przedsiębiorstwach państwowych  eliminując w ten sposób, bardzo skutecznie, przepływ pieniędzy z instytucji państwowych do rąk prywatnych.  Tzw. „Zakłady Pomocnicze Politechniki”, będące „przedsiębiorstwami  państwowymi” stanowiły ukrytą furtkę przez którą osoba prywatna mogła  oferować swe usługi przedsiębiorstwom państwowym. Co prawda Politechnika pobierała  myto  przy takiej furtce w postaci 50% narzutu na prace, ale nie było to zdzierstwem porównując je  z podobnymi „narzutami”  na  uniwersytetach amerykańskich.&lt;br /&gt;Współczując  biedznym studentom, Prof. Bincer   nam  powiedział: przynieście  mi zamówienia a je „przepchnę” przez mój zakład pomocniczy. Jak się od tego zabrać zupełnie nie wiedziałem, co jednak nie przeszkadzało, że puściłem wodzy wyobraźni.  W tym czasie wpadła mi do ręki amerykańska książka w tłumaczeniu rosyjskim będąca przedrukiem co ciekawszych rozwiązań elektronicznych przyrządów opublikowanych w amerykańskim czasopiśmie "Electronics". Redaktorami tej książki byli dwaj panowie  Markus &amp; Zeloff a jej angielski tytuł brzmiał :Handbook of Industrial Electronic Circuits (Podrecznik przemysłowych układów elektronicznych)&lt;br /&gt;Wśród setki różnych przyrządów był tam opisany przyrząd do pomiaru wilgotności papieru. Ciekawe, że kilka lat później, w następnym wydaniu tej samej książki, znalazły się opisy przyrządów mojej własnej konstrukcji, skonstruowanych w czasie mej pracy na Uniwersytecie w Uppsali, Szwecja,  także opublikowanych w czasopiśmie „Electronics”. Po zapoznaniu się z technicznym rozwiązaniem  wilgociomierza do papieru doszedłem do wniosku, że prawdopodobnie będę mógł taki przyrząd zbudować. Uznałem wiec, dość naiwnie, albo bezczelnie,  że mogę się czuć  ekspertem w dziedzinie  wilgociomierzy do papieru i pozostaje tylko fraszka, czyli chętny klient z forsą.  Mój ojciec w czasie drugiej wojny światowej  pracował jakiś czas w papierni w Częstochowie. Ta właśnie papiernia  stała się pierwszym obiektem mych podróży jako handlowca.  Udałem się do Częstochowy z Karolem P., także rodem z Częstochowy.  W portierni papierni  podaliśmy się za naukowców z Politechniki Wrocławskiej, którzy mają do zaoferowania wynalazek związany z produkcją papieru  i wymagają rozmowy z dyrektorem technicznym. Dyrektor Techniczny rzeczywiście się zjawił, wysłuchał co mięliśmy do powiedzenia i powiedział, że bez wilgociomierza do papieru doskonale daje sobie rade, bo ma takiego „fachmana” co mierzy wilgotność „na oko” albo dotykiem,  ale wie że Zakłady Przemysłu Zbożowego z siedziba na pobliskiej ulicy Warszawskiej mają kłopot z wilgociomierzami do zboża produkcji niemieckiej, których nikt nie jest w stanie zreperować. Wilgociomierze do zboża były używane przy wycenie zboża w czasie skupu od rolników. Chodziło o to aby nie płacić  rolnikom za wodę, tylko za suche zboże, jako że  przy dostawach zboża występowały duże różnice  wilgotności. Pomaszerowaliśmy więc na ul. Warszawską do Państwowych Zakładów Zbożowych i tu  z  kolei przedstawiliśmy się jako wybitni specjaliści od pomiaru wody w wszelkiego rodzaju nasionach.  Kierownictwo laboratorium prawie że nas ucałowało i na stole pojawiło się pięć  wilgociomierzy do zboża produkcji firmy Dr. Weiss GmbH w Berlinie. Zapakowaliśmy wiec uszkodzone wilgociomierze, zabraliśmy wystawione zlecenie na reperacje i odjechaliśmy z wilgociomierzami, pociągiem do Wrocławia.&lt;br /&gt;Na Politechnice zabraliśmy się z Karolem  do naukowego zrozumienia zasady działania tych dziwnych przyrządów, co było dość trudne, jako że nie istniała żadna dokumentacja ani instrukcja na ten temat. Śledząc przewody elektryczne odtworzyliśmy schemat tego przyrządu i odkryliśmy dlaczego nie działają. Okazało się, że we wszystkich uszkodzonych wilgociomierzach były spalone bezpieczniki. Bezpieczniki łatwo żeśmy wymienili ale trudno nam było uwierzyć, że to było jedyne uszkodzenie które wymagało ekspertów z Politechniki. Dla uspokojenia sumienia postanowiliśmy sprawdzić kalibracje wilgociomierzy porównując wyniki pomiaru wilgotności zboża  wilgociomierza firmy Dr.Weiss GmbH   z wynikami pomiaru metodą  suszenia i ważenia. Okazało się, że żaden z wilgociomierzy nie wskazywał dokładnie, a co więcej pomiary zmieniały się w czasie, co składaliśmy na karb uszkodzenia którego nie mogliśmy wykryć. Dzisiaj z perspektywy wielu doświadczeń widzę że błąd był w konstrukcji wilgociomierza i w samej zasadzie pomiaru, która opierała się na pomiarze oporności elektrycznej zmielonego zboża umieszczonego miedzy dwoma elektrodami ściskanymi sprężyną. W miarę jak sprężyna ubijała zboże umieszczone między elektrodami  oporność elektryczna malała i miernik wykazywał coraz większą wilgotność. Wyniki także zależały od wielkości okruszyn, od dokładności zmielenia a także od mineralnego składu zboża. Teraz widzę że mierniki te były szmelcem, który winno się  wyrzucić na śmieci, ale  aby dojść do  tego rodzaju konkluzji zajęło mi 50 lat ,  w ciągu których  pozbyłem się  uwielbienia dla szacownych tytułów  zarówno  firm jak i osób prywatnych. Ponieważ już minęły dwa miesiące od momentu naszej wizyty w Częstochowie,  Zakłady Zbożowe wymagały zwrotu przyrządów a my zapłaty za nasz wysiłek. Z drżeniem serca zapakowaliśmy, wedle nas, ciągle uszkodzone,   wilgociomierze i wysłaliśmy do Częstochowy jako zreperowane.  W ciągu najbliższych dwu tygodni, ku naszemu zdumieniu,  Politechnika dostała przelew bankowy z zapłatą za reperację. Utwierdziło to mnie w przekonaniu, że nawet jeśli nie bardzo się wie co się robi,  to można jednak z taką niewiedzą  zarobić pieniądze. Na marginesie, z tego też powodu bardzo boję się szpitali i lekarzy.&lt;br /&gt;Wkrótce po tej pierwszej transakcji z wilgociomierzami do zboża zrozumiałem także ważność "marketingu" czyli reklamy. Aby dać znać  braciom rolnikom, że na Politechnice we Wrocławiu reperuje się wilgociomierze do zboża, na zdezelowanej maszynie do pisania marki „Olimpia”, jaka była na wyposażeniu Katedry Urządzeń Radiofonii Przewodowej,  napisałem 50 listów do 50 rożnych ośrodków Państwowych Zakładów Zbożowych i Gminnych Spółdzielni Rolniczych zajmujących się skupem zboża.  Wkrótce wilgociomierze masowo zaczęły napływać do Zakładu Urządzeń Radiofonicznych a ja i Karol P. staliśmy się etatowymi pracownikami Politechniki Wrocławskiej. Prawdziwy sukces  nastąpił jednak wtedy, kiedy weszliśmy w kontakt z Panem Janem Łysakiem z Centrali Zakładów Zbożowych w Warszawie , który rozesłał list do podległych laboratoriów, że wszystkie wilgociomierze w Polsce wymagają co rocznej kalibracji przed akcją skupu zboża. Ciekawe, że Pan Jan Łysak zrobił nam taką przysługę nie biorąc za to ani grosza. Wspomniałem mu to ostatnio z podziękowaniem, odwiedzając go w Warszawie  jako emeryta po 45 latach od opisanych tutaj wypadków.  W ciągu kilku miesięcy z przymierających głodem studentów staliśmy się względnie zamożnymi inżynierami.  Wilgociomierze które zazwyczaj były przysyłane do nas latem albo wiosną, czasami  czekały na odbiór  aż do grudnia, co było o tyle  dziwne, że akcja skupu zboża kończyła się późną jesienią. Tajemnice wyjaśnił mi jeden z prezesów Gminnej Spółdzielni, który zaoferował mi premię w postaci podwójnej zapłaty za reperację, pod warunkiem, że jego wilgociomierz nie będzie gotowy przed grudniem. Okazało się że "handlowcy" z Gminnych Spółdzielni albo zaniżali zawartość wody w zbożu i dzielili się z rolnikiem dodatkowym "zyskiem", albo zawyżali  wilgotność i płacili rolnikom mniej niż należało a  różnicę zatrzymywali sobie.  Metoda oceny wilgotności bez wilgociomierza  nazywała się naukowo "organoleptyczna" i polegała na  zanurzeniu suchej ręki w worku zboża i  indywidualnego odczucia urzędnika. Mogę powiedzieć,  że metoda "organoleptyczna" pokryła pośrednio  większość kosztów mych studiów na Politechnice  jak i wielu innych wydatków zaliczających się do kategorii rozrywkowej.&lt;br /&gt;Reperacja wilgociomierzy stanowiła dla nas  stały dochód ale rynek na te usługi był ograniczony ich ilością w Polsce, jako że nowych już nie sprowadzano. Doszedłem do wniosku, że Polska wymaga producenta wilgociomierzy, który by  wyparł metodę organoleptyczna z kilku tysięcy punktów skupu zboża.  W oparciu o wzór niemiecki opracowałem wiec naszą własną wilgociomierzową chałę czyli szmelc, nie gorszy ale nie lepszy od niemieckiego.  Politechnika   sprzedała kilkadziesiąt, a po moim wyjeździe z Polski, jeszcze kilkaset wilgociomierzy do zboża mej konstrukcji do ośrodków skupu zboża, jak Polska długa i szeroka. Co prawda nie jestem dumny z technicznego rozwiązania wilgociomierza, jako że chwała przypada tutaj  firmie niemieckiej Dr.Weiss GmbH,  której konstrukcję skopiowałem. Niemniej na tej pierwszej mej konstrukcji   nauczyłem się podstaw wytwarzania przyrządów pomiarowych na małą skalę w prymitywnie wyposażonym warsztacie. Później to doświadczenie przydało mi się przy zakładaniu firmy amerykańskiej Columbus Instruments.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-4614360246013606850?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4614360246013606850'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/4614360246013606850'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2007/08/wilgotna-robota.html' title='Wilgotna Robota'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-8590846837016164837</id><published>2007-08-16T13:38:00.000-07:00</published><updated>2007-08-16T13:40:25.156-07:00</updated><title type='text'>„Krzywki”, czyli jak uratowałem polski przemysł tekstylny</title><content type='html'>Jan Czekajewski&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;strong&gt;„Krzywki”, czyli jak uratowałem polski przemysł tekstylny&lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Kiedy księgowa mego amerykańskiego przedsiębiorstwa  podała mi wyniki finansowe wskazujące na zysk firmy  rzędu 30% obrotów, nie wpadłem  w euforię,  ponieważ w mojej młodzieńczej historii  opisanej poniżej  marża zysku była większa, a inwestycja w produkcję dużo mniejsza.   Wiadomość o 30% zysku  spowodowała, że myślą i sercem wróciłem do tych młodzieńczych, pełnych romantyzmu i ideałów,  dni roku 1958, w Bielawie, na Dolnym Śląsku, kiedy to,  następujące wydarzenia  miały miejsce.&lt;br /&gt;Do Bielawy wybrałem się z powodów  demograficznych. Przeczytałem mianowicie w partyjnej Gazecie Robotniczej, że w Bielawie mieszczą się duże fabryki tekstylne mające kłopot z nadmiarem dziewcząt.  W tamtejszym przemyśle tekstylnym 90% pracowników stanowiły kobiety w wieku 18  do 25 lat, czyli w zakresie mych naukowych zainteresowań. Chłopów  tam jak na lekarstwo, jako że do nisko płatnej pracy w przędzalniach mężczyźni się nie nadają ani się też się nie pchają. Dziewczyny w Bielawie jakoby   usychają z tęsknoty za chłopakami.  Kierowany obywatelskim obowiązkiem byłego ZMP-owca, wziąłem  „delegację” z Politechniki z zamiarem wizyty handlowej w Bielawskiej Fabryki Włókienniczej, która zapewne w tamtych czasach nosiła imię radzieckiej prządki, Lidii Korabielenikowej, która  w ZSSR biła rekordy przędzalnicze, a być może innej zasłużonej rewolucjonistki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;  Po przyjeździe autobusem PKS-u,  zgłosiłem się do dyrektora technicznego przędzalni z zapytaniem czy fabryka nie wymaga jakiś konsultacji z dziedziny automatyki, elektroniki, nagłaśniania, wyciszania  lub pomiaru wilgotności.&lt;br /&gt;Na wypadek, gdyby nasze usługi były potrzebne, albo niezbędne,  to oczywiście zespół naukowców pod kierunkiem Profesora Bincera potrafi się odpowiednia znaleźć z 10-cio procentową prowizją dla dyrekcji.  Dyrektor zrazu zbladł podejrzewając policyjną prowokacje, wyszedł z pokoju i zacząłem się obawiać, że może dzwoni do Urzędu Bezpieczeństwa .Zacząłem się obawiać,  że zamiast wyjechać z Bielawy  z zamówieniem i wspomnieniami natury erotycznej wyprowadzą mnie z fabryki  w kajdankach jako wroga ludu pracującego. Po kwadransie, który  dla mnie wydawał się wiecznością,  dyrektor wrócił i powiedział, że co do elektroniki to nic mu nie jest potrzebne, do hałasu w przędzalni  już przywykł, ale dalsze istnienie fabryki zależy od żeliwnych krzywek czyli prowadnic nitki bawełnianej. Wyjął z teczki taką krzywkę i położył  na stole. Jeśli towarzyszu  inżynierze zdołacie dostarczyć nam 500 takich krzywek to nie tylko ja, ale także  Komitet Powiatowy Partii PZPR w Dzierżoniowie będą wdzięczne Politechnice za uratowanie produkcji. Krzywka wyglądała jak zwichrowane koło rowerowe z tym że dużo mniejsza o średnicy sokolo 25 cm. Na obwodzie był wyfrezowany żłobek, który, jak wyjaśnił dyrektor, prowadził nitkę bawełnianą w czasie nawijania  bawełny, tworząc szpulę w kształcie wrzeciona. Zadaniem skomplikowanego kształtu krzywki było przesuwanie nitki z mniejsza szybkością w centrum szpuli i szybciej na brzegach. W konsekwencji szpule nawijane z pomocą tej krzywki wyglądały jak wrzeciona a nie jak walce. Ten wrzecionowaty kształt szpul bawełnianych był konieczny dla maszyn tkackich. Ponieważ wszystkie maszyny były produkcji niemieckiej, kilkaset takich krzywek zostało po Niemcach w magazynach, ale w okresie ostatnich 10 lat większość krzywek zainstalowanych w maszynach popękała. Dyrekcja spodziewa się, że za dwa, trzy miesiące, przędzalnia bawełny w Bielawie  stanie z braku  części zamiennych, czyli właśnie takich krzywek. Krzywki były zrobione z  kruchego ale twardego żeliwa, obrobionego frezarką  co było majstersztykiem techniki odlewniczej i nikt w polskim przemyśle państwowym nie chciał się podjąć ich produkcji.  Było to w czasach, w których nie istniały jeszcze frezarki sterowane komputerowo, dla których,  frezowanie zawiłych kształtów jest dziecinnie proste.&lt;br /&gt;Zdegustowany wziąłem model czyli jedna  krzywkę razem z rysunkiem technicznym i udałem się do klubu pracowniczego aby przy winie jabłkowym wzmocnionym nieco spirytusem  przyjrzeć się  pracowniczkom przędzalni, które to zadanie było właściwą przyczyną mej  bielawskiej turystyki. Okazało się jednak, że albo przyjechałem w zły dzień w środku tygodnia, albo raporty o głodzie seksualnym w Bielawie były jak zwykle przez komunistyczna propagandę przesadzone, gdyż nie zauważyłem  żadnego obiektu godnego „podrywania”.  Tak to wtedy, w kręgach młodzieńczych, nazywano zaloty, używając terminu zapożyczonego z wędkarstwa. Zdegustowany stwierdziłem że dalszy pobyt w Bielawie to strata czasu. Okazało się, że jeszcze zdążę na ostatni autobus PKS-u do Wrocławia i udałem się spiesznie na dworzec autobusowy. Kupując bilet zauważyłem, że jestem obiektem obserwacji  elegancko ubranego mężczyzny, w średnim wieku  ubranego w elegancki flanelowy płaszcz koloru jasno czekoladowego. Pomyślałem sobie, że personel Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego  jest na moim tropie,  a elegancki pan jest ich tajnym pracownikiem. Moje podejrzenia się wzmocniły,  kiedy przystojny pan tak manewrował między wsiadającymi pasażerami, aby usiąść na sąsiednim siedzeniu.  Tajemniczy mężczyzna zrazu wdał się ze mną w  towarzyską pogawędkę, pytając się skąd jestem i dlaczego odwiedzałem Bielawę. Przedstawił się, jako miejscowy lekarz i jedzie do wielkiego miasta Wrocławia aby zakosztować kultury, opery, baletu i kina,  rzeczy wyraźnie deficytowych w powiecie Dzierżoniowskim do którego Bielawa należała.&lt;br /&gt;Mówiąc to zaczął mi ściskać mi jedną ręką kolano i zaproponował,  że gdybym kiedyś odwiedził jeszcze Bielawę to jego dom i łóżko stoi dla mnie otworem. Jednocześnie wyjaśnił, że on darzy szczególną sympatia mężczyzn i mój intelekt jest dla niego nawet ważniejszy niż ma smukła sylwetka. Muszę dodać że sylwetkę miałem w tamtych czasach bardzo smukłą, będącą wynikiem mych  wyczerpujących zobowiązań  w stosunku do płci pięknej a także z conocnymi  wygibasami na parkiecie tanecznym w studenckim  klubie „Pałacyk”. Musiałem przystojnemu panu we flanelowym płaszczu wytłumaczyć, że ja nie mam uprzedzeń do jego zamiłowań  męsko-męskich, ale me pasje są skierowane zupełnie w innym kierunku i nie obejmują ani chłopców, ani lekarzy jakkolwiek byliby  zamożni albo inteligentni. Moimi zainteresowaniami cieszą się prządki i lekarki, nawet jeśli ubogie.&lt;br /&gt;Pomyślałem sobie, że może w Bielawie jest pewnego rodzaju głód seksualny tylko, że nie w kręgach  o których pisała partyjna gazeta.  Był to jeszcze jeden dowód na kłamstwa i wypaczenia komunistycznej propagandy.&lt;br /&gt; Po przyjeździe do Wrocławia,  położyłem krzywkę na biurku Prof. Bincera i opisałem swa porażkę marketingową. Profesor popatrzył na krzywkę z niesmakiem i powiedział, że przedstawi ten projekt na Uczelnianej Komisji do Kwalifikacji Naukowych Zleceń jako „Kompleksowy Projekt Radiofonizacji i Nagłośnienia Zakładów Bawełnianych w Bielawie”. Niemniej on sam, jako elektronik,   nie ma pojęcia jak taka krzywkę zrobić a nawet gdyby miał pojecie to mamy w naszej katedrze dwa woltomierze, trzy śrubokręty i wiertarkę  ręczną do drzewa,  które to instrumenty nie są wystarczającym oprzyrządowaniem do wytopu  i odlewania stali. Natomiast ja, jeśli zechcę  w dalszym ciągu cieszyć się prestiżem naukowca, winieniem zabrać ta krzywkę z jego biurka i znaleźć kogoś, kto taka krzywkę wykona, a my już ją odpowiednio drogo sprzedamy przędzalni w Bielawie, uwzględniając 10% procent prowizji dla towarzysza  dyrektora technicznego. Mój wuj,  Eugeniusz W.  u którego w tym czasie mieszkałem, był inżynierem mechanikiem  i pracował  w dużych zakładach produkcji maszyn budowlanych. Przed państwową pracą  miał we Wrocławiu odlewnię dzwonów kościelnych , którą jednak Państwo Ludowe mu zabrało. Wuj Eugeniusz, były kapitalista i przemysłowiec, pracując teraz na państwowej posadzie, robił zebrania robotnicze na hali maszyn i tłumaczył robotnikom, że pracować trzeba uczciwie niezależnie w jakim systemie się żyje. Takie wypowiedzi nie zaskarbiły mu  wielu przyjaciół ani wśród komunistów ani wśród antykomunistów. Partia uważała, że zadanie indoktrynacji należy do Partii, a robotnicy uważali, że zamiast „gatki-szmatki” trzeba im przemawiać do ręki, albo do żołądka.  Ogół uważał go za maniaka i dyrekcja w końcu usunęła go z produkcji i  skazała na wygnanie do biblioteki technicznej, jako że znał kilka języków  a w bibliotece nie mógł  czynić  rozkładu moralnego  wśród książek. Wuj  Eugeniusz, w rzadkim momencie realizmu,  skontaktował mnie z  inżynierem Cesarzem,  który był kierownikiem odlewni metali w tejże  fabryce. Tam także pracował fachman, złota raczka, który potrafił budować z gliny formy odlewnicze o jakich się innym wręcz nie śniło. Jego kwalifikacje zawodowe były jednak  zahamowane systemem socjalistycznych wynagrodzeń. Zaistniała sugestia, że  jeśliby dostał coś do rączki to w ramach godzin pracy mógłby odlać i wyfrezować krzywki takie same albo lepsze niż niemieckie o jakości  jakiej nie uwidzisz  w całym systemie państw socjalistycznych, łącznie z NRD. O ile sobie przypominam cena za krzywkę, jaką płaciliśmy inż. Cesarzowi była 250zl a jaki był podział tych pieniędzy miedzy  Cesarzem i mistrzem odlewniczym pozostaje do dzisiaj   niezgłębioną tajemnicą. Ważnym było, że w ciągu najbliższych 30 dni odebraliśmy od  inżyniera Cesarza 300 krzywek, które Prof. Bincer wycenił jako warte 950 zl każda. W sumie dostarczyliśmy do Bielawy około 600  krzywek, które uratowały produkcje zakładów przędzalniczych i zapewniły ich funkcjonowanie w ciągu najbliższej dekady. Politechnika zainkasowała z przędzalni w Bielawie,  za prace naukowe i konsultacyjne w dziedzinie radiofonizacji, 600 x  950zl. Z tej sumy zapłaciła 600x 250zl  Cesarzowi  wedle przykazania  „ Co Boskie Bogu a co Cesarskie Cesarzowi” a z  pozostałą pokaźną sumą należało cos zrobić.  W tym momencie  zaistniały pewne kłopoty natury formalnej, jako że, na Politechnice Wrocławskiej asystent techniczny mojego kalibru mógł   zarabiać w ramach „konsultacji” 15 zł. na godzinę i pracować nie więcej niż 40 godzin miesięcznie. Profesorowi chyba przysługiwało mniej godzin ale wyższa stawka 60 zloty za godzinę pracy. Moja miesięczna pensja wynosiła wtedy 2,000 zł miesięcznie. Profesor Bincer sięgnął do swego humanistycznego obycia i historii opisanej przez Gogola z tzw. martwymi duszami przy handlu posiadłościami ziemskimi w carskiej Rosji, w okresie pańszczyźnianym. System ten opierał się na  fikcyjnym zawyżaniu wartości posiadłości  przez dopisywanie nazwisk mieszkańców z nagrobków cmentarnych. Nam jednak potrzebne były żywe dusze a nie martwe. Dusze przynajmniej na tyle żywe, aby mogły doczłapać do okienka kasjera pobrać pieniądze, podpisać listę płacy i przed ostatnim tchnieniem oddać nam 90 % gotówki. Pozostałe 10% było umowną i powszechnie przyjętą zapłatą za fatygę i ryzyko prawne.&lt;br /&gt;Celem operacji było sztuczne zawyżenie  liczby pracowników  Politechniki, którzy wykonywali prace nad kontraktem dla radiofonizacji Zakładów Bawełnianych w Bielawie, biorąc pod uwagę, że każdy z nich winien  pracował jedynie nie więcej niż 40 godz. w miesiącu.&lt;br /&gt;Z dotrzymaniem tych wszystkich warunków były kłopoty, jako że inżynierowie na Politechnice, łącznie ze mną,  mieli swe własne prace zlecone i wyczerpany zasób dozwolonych godzin.&lt;br /&gt;Przyszło mi jednak do głowy, że pracownicy katedr Marksizmu- Leninizmu i Ekonomii Politycznej nie mogli mieć prac zleconych z przemysłu, a formalnie byli do takich  upoważnieni.  Moją misją było wytłumaczyć towarzyszom marksistom, że naginając nieco nieżyciowe prawo nie tylko nie obalają systemu socjalistycznego ale nawet go wzmacniają. Przecież to oni są tego systemu podporą a jeśli sobie dodatkowo zarobią&lt;br /&gt;( 10% za podpis na liście płacy) to wzmacnia to także system socjalistyczny. Towarzysze marksiści raźno do projektu przystali, zainkasowali gotówkę i uczciwie  zgodnie z moralnością socjalistyczna oddali nam 90%. Dzisiaj widzę że najwartościowszy materiał dla reformy systemu drzemał wśród właśnie marksistów,  starszych kolegów  późniejszego Prezydenta Wolnej Polski, Olusia K.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-8590846837016164837?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/8590846837016164837'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/8590846837016164837'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2007/08/krzywki-czyli-jak-uratowaem-polski.html' title='„Krzywki”, czyli jak uratowałem polski przemysł tekstylny'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-6588057427616917618</id><published>2007-08-16T12:37:00.000-07:00</published><updated>2007-08-16T12:38:40.764-07:00</updated><title type='text'>JAK BUDOWALEM TELEWIZJE W RADOMIU</title><content type='html'>Jan Czekajewski&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak Budowałem Telewizję w Radomiu&lt;br /&gt;Wspomnienia  ( nazwiska osób żyjących zostały zmienione)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Był to rok 1959 kiedy pracowałem jako młody, bo zaledwie 25 letni, asystent techniczny w mizernym Zakładzie Urządzeń Radiofonii Przewodowej na Politechnice Wrocławskiej,  kierowanym przez Prof. Stefana Bincera. Zakład był mizerny bo całe jego wyposażenie techniczne składało się z dwu woltomierzy, kilku śrubokrętów i wiertarki do drzewa, napędzanej ręczną korbką. Sam profil zainteresowań Zakładu, czyli przesyłanie programów radiowych po drutach do tak zwanych “kołchoźników”, też się zwijał, gdyż ludzie zaczęli kupować odbiorniki radiowe, aby słuchać Wolnej Europy i Głosu Ameryki.&lt;br /&gt;Pewnego dnia Prof. Bincer zapytał mnie znienacka, co myślę o budowie małych stacji telewizyjnych tzw. przekaźnikowych, które mogłyby wypełnić luki w pokryciu Polski przez telewizję, szczególnie w  okolicach górzystych albo położonych  poza zasięgiem wielkich nadajników TV. Odpowiedziałem Profesorowi, że to bardzo interesujące, ale ja nie wiem jak takie przekaźniki budować. Profesor Bincer wyjawił, że on także nie wie, ale trzeba znaleźć kogoś, kto się na tym zna,  jako że istnieje  możliwość zarobienia dużych pieniędzy na takim przedsięwzięciu.&lt;br /&gt;Tak się złożyło, że o rok wyżej ode mnie studiował chłopak o nazwisku  Andrzej Drozd, który już jako radio-amator  nauczył się sam budować odbiorniki i nadajniki telewizyjne.&lt;br /&gt;W owym czasie w latach 50-tych nie było stacji TV we  Wrocławiu,  a najbliższa taka stacja była  za polską granicą,  w Pradze Czeskiej. Niestety miedzy Pragą a Wrocławiem były dość wysokie góry ( Sudety) i bezpośredni odbiór  był niemożliwy, jako że fale radiowe w paśmie telewizyjnym rozchodzą się po linii prostej.  Andrzej zbudował wiec systemem chałupniczym mały przekaźnik TV ( odbiornik TV połączony z nadajnikiem TV) na górze Śnieżce w Sudetach i skierował antenę odbiornika TV  na Pragę,  a drugą antenę nadawczą  skierował na Wrocław.&lt;br /&gt;Jeśli ktoś miał  odbiornik telewizyjny, a zaczęto je sprowadzać z ZSSR, to mógł odbierać program czeski we Wrocławiu. Była to ciekawostka techniczna, która  świadczyła o dużych zdolnościach technicznych i wyobraźni Andrzeja Drozda. Prof. Bincer wezwał Andrzeja Drozda  do siebie i zaproponował mu kierownictwo budowy przekaźników telewizyjnych, na które  nie mięliśmy jeszcze zamówień.  Prof. Bincer widocznie dość wysoko oceniał moje kiełkujące talenty handlowe, dlatego tez polecił mi wyjazd w teren,  do Radomia, dla rozeznania zapotrzebowania na przekaźnik telewizyjny. Doszły nas słuchy, że Radom był poza zasięgiem stacji warszawskiej i mieszkańcy domagali  się programu telewizyjnego.  Po całonocnej podróży, na górnej półce  w wagonie 3-ciej klasy,  udałem się do budynku zarządu miasta i zapukałem do pierwszych drzwi, na których widniał napis „Wydział Bezpieczeństwa i Milicji”,  pułk. Biruta.&lt;br /&gt;Otworzył mi drzwi człowieczek mizernego wzrostu, o którym mówiliśmy później, miedzy kolegami, że mierzy 1m 50cm jak stanie na gazecie partyjnej. Nie dając mu czasu na wypchnięcie mnie za drzwi, zapytałem, czy Miasto Radom jest zainteresowany oglądaniem, na żywo, w telewizji, parady w Moskwie, z okazji rocznicy wybuchu  Wielkiej Rewolucji Październikowej. Pułkownik Biruta z miejsca zachwycił się mą inicjatywą, ale będąc prawdziwym komunistą zapytał,  jaki ja mam w tym prywatny  interes, gdyż za komunizm on sam życie  gotowy jest oddać, ale tacy ideowi,  są ostatnio na wymarciu. Poza tym Pułkownik Biruta wiedział, że najemny pracownik Politechniki, będąc całym sercem oddany socjalizmowi nie będzie zabiegał o budowę stacji telewizyjnej w odległym Radomiu, jeśli  na tym nie zarobi. Wprowadziłem więc pułkownika  Birutę w genialny plan autorstwa Prof. Bincera dotyczący obejścia komunistycznych przepisów gospodarczych. Plan polegał na inicjatywie społecznej  i „oddolnej”, i wymagał założenia  w Radomiu "Społecznego Komitetu Budowy Stacji Telewizyjnej". Komitet ten winien założyć konto bankowe w Powszechnej Kasie Oszczędności, na które to konto „oddolni” założyciele winni wpłacić spontanicznie po kilka złotych. Do komitetu założycielskiego należy zwerbować dyrektorów miejscowych fabryk, urzędu bezpieczeństwa, Partii i wszystkich tych którzy w Radomiu się liczą albo mogą cos złego do Warszawy donieść. Następnie członkami komitetu winny zostać wielkie fabryki zbrojeniowe dysponujące dużą gotówką. Te właśnie fabryki winny sypnąć funduszami.  My z kolei na Politechnice sformułujemy Zespól Naukowo Inżynierski, który opracuje projekt przekaźnika i będzie służyć konsultacjami. Pieniądza z konta PKO będą przelane w 50% na konto Politechniki Wrocławskiej, która zakupi konieczne części i będzie budować przekaźnik, a pozostałe 50% trafi  do rąk członków Zespołu Naukowo- Inżynierskiego kierowanego przez Prof. Bincera. Pułkownik Biruta widząc, że nie jesteśmy groźnymi idealistami tylko o  szmal tu chodzi, podpisał się pod projektem i zabrał się do organizacji przedsięwzięcia na terenie Radomia.  Dla przypieczętowania umowy, ucałował mnie w oba policzki, do czego musiał stanąć na palcach i zaprosił mnie,  na mój koszt,  do miejscowej, kiedyś wykwintnej, dzisiaj ludowo zgrzebnej  restauracji o nazwie chyba Europejska, jeśli nie Polonia. Pułk. Biruta  dbając o zdrowie lubował się jedynie w wódce czystej z „czerwoną kartką”. Do zakąski preferował śledzik w oliwie. Po kilku setkach pułk. Biruta tytułował mnie per Towarzyszu Inżynierze i zwierzył się, że czasy już nie takie jak były i Polska Ludowa po roku 1968  stacza się szybko ku upadkowi. Proroczo widział zdrajców rewolucji oddających 35 lat później władzę motłochowi przy okrągłym stole. Moralność socjalistyczna nie jest już taka jak przedtem kiedyś. Teraz  zanim człowiek skończy pół litra a kelner, ścierwa,  bez taktu, wciska mu rachunek. Kiedyś to żaden kelner nie odważył się podać mi rachunku, a jak odebrałem płaszcz z garderoby  to w kieszeni zawsze plik setek się znajdował.&lt;br /&gt;Teraz Towarzyszu Inżynierze ci w Warszawie to hołota, co  kultury nie zna, na zesłanie mnie do Milicji Obywatelskiej oddali. To nie to, co służba w Bezpiece, gwardzistami w obronie rewolucji byliśmy, z reakcja walczyłem i londyńskim podziemiem. Niedoceniają mnie teraz, milicjantem mnie zrobili. Jak pajac w tym mundurze milicyjnym wyglądam,stierdził. Jeszcze się odbijemy, Tow. Inżynierze, zapewnił. Nie byłem pewny czy te opinie płyną prosto serca Towarzysza Pułkownika Biruty,  czy są po prostu prowokacją.  Jako były ZMP-owiec, którego wyrzucano z tej organizacje trzy razy,  umiałem się właściwie zachować, aby nie stać się ofiara międzypartyjnych rozgrywek a jednocześnie nie utrącić wartościowej sympatii pułkownika i grubego zamówienia.&lt;br /&gt;Następnego dnia wyjechałem z Radomia w przekonaniu, że moja misja trafiła na oddanego sprawie promotora i rzeczywiście w wkrótce dostaliśmy z Radomia, zgodnie z moją instrukcją, dwa zamówienia, jedno zaadresowane do Politechniki Wrocławskiej a drugie do rąk Komitetu Naukowców pod dyrekcja Prof. Bincera.&lt;br /&gt;Andrzej Drozd zabrał się do pracy na budową przekaźnika. Antenę zaprojektował mgr.inz. Daniel Bem, do niedawna dziekan i profesor w tej samej uczelni. Wkrótce nastał czas  na następną wizytę w Radomiu w celu instalacji  anteny i ustalenia  odpowiedzialności za eksploatacje przekaźnika.&lt;br /&gt;Przyjechaliśmy trójką do Radomia jako delegacja złożona z Pana Władka K. , 19-letniego technika ( lubił zdrowo popić), Andrzeja Drozda, ( który rzeczywiście wiedział co robi i także miał skłonności do flachy) i mnie raczej w roli  komisarza polityczno-ekonomicznego, który miał nadzorować aby ci pozostali dwaj  nie mówili za dużo  o finansach. Moje zdolności alkoholiczne były w porównaniu z dwoma pozostałymi kolegami  bardzo mizerne, można by powiedzieć, że abstynencko- kontrrewolucyjne.&lt;br /&gt;Tu muszę dodać dla ścisłości i jako nauczkę dla maluczkich, że Andrzej D. z powodu jego zamiłowania do flachy i papierosów nie dożył lat 40-tu. Nie doczekał wiec czasów rozkwitu telewizji kolorowej. Przeżył go jednak przekaźnik telewizyjny, jaki zbudował w Radomiu.&lt;br /&gt;W czasie naszej wizyty w Radomiu okazało się, że Pułkownik Biruta już nie jest komendantem milicji tylko został przez Partię przesunięty na inne odpowiedzialne stanowisko dyrektora Oddziału Narodowego Banku  Polskiego. Odniosłem wrażenie, że pułkownik Biruta nie cieszył się z nowej nominacji, chyba, dlatego, że  nie widział dobra rewolucji w kasowaniu czeków. Nie miał zresztą żadnego pojęcia o sprawach finansowych w wymiarze potrzebnym dla bankowca i czul się chyba  zagrożony na swym nowym stanowisku. Przeklinał wiec zdrajców rewolucji z Warszawy i odwilż Październikową 1956. Wyjawił mi jednak, że są pewne ukryte zalety nowej pozycji Dyrektora  Narodowego Banku Polskiego  a mianowicie duża pula ładnych dziewcząt, które zrobią wszystko dla Dyrekcji,  aby uzyskać premię albo awans. Zalecił mi, zatem abym z Andrzejem Drozdem udał się do jego banku i zajrzał do kilku pomieszczeń gdzie pracowały młode dziewczyny. Moim zadaniem było wskazać takie, które nam się podobają, określić ich "azymut”, czyli pozycje geograficzna  w rozkładzie budynku i przekazać te informacje już nie pułkownikowi, tylko dyrektorowi  Birucie.  Wskazane Piękne Panie miały się zjawić w naszym hotelu o uzgodnionej godzinie  z zamiarem podbudowania naszego morale, koniecznego  w instalacji anteny telewizyjnej. Zadaniem Pań z Banku było przekonanie nas w sposób im dobrze znany, aby  sygnał telewizyjny  docierał do ich domów  i Komitetu Powiatowego Partii w postaci wiernej i silnej.  Dyrektor Biruta wyjaśnił im uprzednio, że jeśli panie finansistki nie wykażą się  kwalifikacjami towarzyskimi w skali przynajmniej powiatowej, to Naukowcy z Politechniki,  mogą tak  złośliwie  ustawić antenę nadajnika,  że sygnał TV do ich domów będzie śnieżny a obraz migotliwy.  Na dodatek  zły odbiór TV  w Komitecie Partii PZPR  może być poczytany jako sabotaż.   Andrzej się trochę ociągał w zaproszeniu pań finansistek do hotelu, co wskazywało na jego drobno mieszczańską moralność. Ja natomiast  z entuzjazmem  ustosunkowałem się do zaistniałych możliwości towarzyskich,  które, gdyby nie ich  grzeszna natura, można by nazwać,  że spadły mi prosto z nieba.&lt;br /&gt;Wykorzystując wdzięki towarzyskie naszego technika, Pana Władka,  który zajął rozmową  hotelową recepcjonistkę, przemyciliśmy panie do pokoju  i zakazaliśmy Panu Władkowi powrotu przed godziną 12-tą w nocy.  W hotelu zrobiłem Paniom  krótki wykład z teorii rozchodzenia się fal radiowych w pasmach telewizyjnych i wielkiego ryzyka, na jakie my naukowcy telewizyjni jesteśmy narażeni instalując anteny telewizyjne. Chodzi o to, że sygnał musi być w sam raz, ani za słaby ani za silny. W wypadku bardzo silnego sygnału fale radiowe mogą spowodować czasowa lub stałą impotencje u instalatorów anteny.  My naukowcy, tak jak nasza rodaczka, Madame Curie-Skłodowska, poświęcamy się dla nauki, nie bacząc na zagrożenia związane z promieniowaniem.&lt;br /&gt; Panie finansistki wyraźnie się przejęły zagrożeniem naszego zdrowia przez fale radio-telewizyjne  i  kierując się względami humanitarnymi  zgodziły uczestniczyć w  końcowych chwilach naszych romantycznych możliwości. Postawiły jednak warunek, że załatwimy  dla nich, w dyrekcji Banku NBP , dwutygodniowe wczasy pracownicze w Kudowie Śląskiej. Po ustaleniu warunków wymiany towarzyskiej,  przypieczętowaliśmy znajomość za pomocą  litra wiśniówki, którą  panie przyniosły  razem z trzema kielichami w postaci  słoików po musztardzie.&lt;br /&gt;Następnego dnia, Społeczny Komitet  Budowy TV w Radomiu  wydal przyjęcie na cześć Naukowców z Politechniki Wrocławskiej   i finansował, jak się później okazało, libację z konta przeznaczonego na budowę stacji przekaźnikowej.&lt;br /&gt;Ani wczesnej ani później w życiu  nie byłem tak pijany jak po tej libacji. Niestety odmówić nie mogłem, gdyż towarzystwo było honorowe i odmowa wychylenia choćby jednej „setki” (100g) mogła się skończyć zerwaniem kontraktu albo przynajmniej mordobiciem. Kroku w opilstwie dotrzymywał nam młodociany, 19 letni, Pan Władek. Kiedy, po libacji,  zataczając się dowlekliśmy się do hotelu, padłem na łoże jak sparaliżowany  nie mogąc ani usnąć ani wstać. Słyszałem tylko, że Pan Władek  zdecydował się zejść do stróżówki, aby pożyczyć zapałki, bo zachciało mu się zapalić papierosa. Ocknąłem się z pijanego stuporu koło 4-tej nad ranem i zauważyłem, że łóżko Pana Władka puste. Tej nocy budziłem się jeszcze dwa razy, pól przytomny, niepokojąc się o pijanego Pana Władka, który być może spadł ze schodów i połamał sobie nogi.&lt;br /&gt;W Radomiu mieszkaliśmy we trzech w jednym pokoju hotelu,  którego drzwi wejściowe pilnowała odźwierna. Jej zadaniem było uważać, aby goście hotelowi nie zabierali z sobą kluczy a także pilnowała moralności rezydentów, aby ci nie sprowadzali sobie do pokojów dziewczyn.  Ponieważ w socjalizmie homoseksualizm został jakoby całkowicie wyleczony, ci z  panów, którzy jeszcze praktykowali miłość męsko-męską  mieli raczej dogodne warunki lokalowe. Nigdy by odźwiernej staruszce nie przyszło do głowy podejrzewać  męsko- męskie amory, nie mówiąc wręcz ostatnio modnych  damsko-damskich relacjach.&lt;br /&gt;Pan Władek, który  ze skruszoną miną pojawił się o godzinie 10-tej rano, wyjaśnił, że rzeczywiście poszedł do stróżówki po zapałki,  wtedy to odźwierna  wciągnęła go pijanego do przyległego pokoiku i zgwałciła. Było to o tyle ciekawe, że różnica wieku była  z górą 50 lat na korzyść odźwiernej. Od tego momentu recepcjonistka-staruszka wręczała nam klucze z błogim uśmiechem i nawet wzmiankowała, że będzie patrzeć w druga stronę jak sobie sprowadzimy dziewczyny. Oczywiście przyzwolenie na wizyty dziewczyn w pokoju hotelowym   nie dotyczyło Pana Władka.&lt;br /&gt;Kilka dni po tych wydarzeniach przyjechała do Radomia Zofia, moja alternatywna, poza małżeńska miłość.  Zofia cechowała się wydatnym( bardzo) biustem, i wysokim wzrostem. Na marginesie musze dodać, że ten biust omamił mnie do tego stopnia, że została za jakiś czas, na jakiś czas, moją druga żoną. Libacje organizowane przez komitet społeczny trwały z częstotliwością ograniczoną czasem potrzebnym na wytrzeźwienie, czyli dzień w dzień. W czasie jednej z nich, pan dyrektor Biruta zapałał ochotą do tańca z Zofią, czego nie miałbym mu za złe z wyjątkiem przykrego widoku. Biust Zosi spoczywał  po obu stron głowy dyrektora Biruty i opierał się na jego wydatnych uszach. Pan Władek  już wyraźnie pijany a mniej obyty towarzysko nie mógł znieść tego widoku i dopadł dyrektora –pułkownika Birutę,  z widelcem w ręku,  na którym  tkwiło jeszcze niedojedzone dzwonko marynowanego śledzika, z zamiarem ugodzenia go w kręgosłup.  Był to niecny zamiar, jako że dyrektor Biruta miał nos wciśnięty w okolice pępka Zofii, nie widział napastnika i nie mógł się bronić ani też wyciągnąć pistoletu służbowego, który nosił w cholewie.  Świadom konsekwencji politycznych rzuciłem się z Andrzejem D. na pomoc dyrektorowi NBP  i zdołaliśmy obezwładnić pijanego pana Władka, który się zawstydził swego czynu i zaczął rzewnie płakać, że swa popędliwością nie tylko mógł spowodować paraliż pułkownika, ale i poplamić mu oliwą marynarkę. Tu dla poprawności historycznej, musze dodać, że śledzik wiszący na widelcu, narzędziu niedoszłej zbrodni,  był marynowany w oliwie a nie w occie. W owym czasie nie zastanawiałem się, kto płaci za te libacje, jako że mnie nie przedstawiano rachunków. Prawda wyszła na jaw dopiero kilka miesięcy później, kiedy Politechnika zaczęła się domagać zapłaty za swe inwestycje w części  potrzebne dla budowy przekaźnika. Okazało się wtedy, że pieniędzy jest brak, gdyż się rozeszły się w Radomiu,  na tzw. koszta własne i reprezentacyjne. Wkrótce potem wyjechałem z kraju do Szwecji i do dzisiaj nie wiem, czy Politechnika dostała pieniądze, czy tez pogodziła się ze stratą. Dla porządku musze dodać i wyjaśnić, że Komitet Społeczny zachował się honorowo w stosunku do Zespołu Naukowego Prof. Bincera i nasze 50% podjęliśmy gotówką z banku PKO bez żadnych komplikacji. Prof. Stefan Bincer także uniknął kłopotów z Ludową Władzą,  gdyż nagle i przedwcześnie umarł na serce.&lt;br /&gt;Prof. Bincer  nie doczekał się upragnionego kapitalizmu ani też moich sukcesów na niwie wolnego rynku, które jego naukom, w dużej mierze zawdzięczam..&lt;br /&gt;Dwadzieścia piec lat później, będąc już obywatelem amerykańskim i kierownikiem własnego przedsiębiorstwa przeczytałem w polskiej gazecie, ze obywatele miasta Radomia bronią zbudowanego przez nas przekaźnika telewizyjnego przed likwidacją. Okazało się, że służył im dobrze przez ćwierć wieku a nowo zbudowana stacja telewizyjna w Górach Świętokrzyskich, która miała objąć swym zasięgiem Radom, nie spisuje się tak dobrze, jak stary przekaźnik telewizyjny zbudowany przez naszą „Grupę Naukowców” w roku 1959.&lt;br /&gt;Poczułem, że przy wszystkich wykroczeniach, jakie poczyniliśmy wobec Polski Ludowej  i  Dziesięciorgu Przykazań, nasz wysiłek  nie poszedł na marne i  poprzez  telewizję przybliżył obywateli Radomia do Wielkiego Świata.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-6588057427616917618?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/6588057427616917618'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/6588057427616917618'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2007/08/jak-budowalem-telewizje-w-radomiu_16.html' title='JAK BUDOWALEM TELEWIZJE W RADOMIU'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-116897696873350461</id><published>2007-01-16T10:24:00.000-08:00</published><updated>2007-01-16T11:49:28.793-08:00</updated><title type='text'>Wizyta w Villersexel</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:180%;color:#000000;"&gt;&lt;strong&gt;Wizyta w Pałacu Villersexel&lt;br /&gt;czyli Upojny Czar Arystokracji (francuskiej)&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/1935/1463/1600/338418/Villersexel6.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/1935/1463/1600/338418/Villersexel6.jpg"&gt;&lt;img style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/1935/1463/320/170519/Villersexel6.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;„Góralu czy ci nie żal”, czyli Reniek opuszcza ojczyznę&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Dzień 15go sierpnia 1963 roku, nie był wyjątkiem astronomicznym, mimo że po południu tegoż dnia, Polska Republika Ludowa traciła Reńka, jednego ze swych najwybitniejszych synów. Celnicy na granicy z NRD zajęci byli, jak co dzień, parzeniem herbaty i dzieleniem się skonfiskowanymi turystom papierosami Malboro. Jak dla ironii zwyczajność tego dnia podkreślało zwyczajnie zachodzące słońce. Mój przyjaciel szkolny, Reniek O. przekroczył właśnie granice polską, a raczej PRL-u, zmierzając motocyklem marki Jawa 350, na Zachód, do Francji. Zarówno ja, niżej podpisany, jak i Reniek, mięliśmy wtedy po lat 28 i bujne czarne czupryny.&lt;br /&gt;Czerwona tarcza zachodzącego słońca świeciła mu obiecująco prosto w oczy a odurzający zapach spalin wysokooktanowej benzyny ołowiowej wprowadzał go w stan prawie że seksualnego upojenia.&lt;br /&gt;Reniek jechał w nieznane, w kierunku świetlanej albo przynajmniej gastronomicznie lepszej przyszłości, gdyż do siermiężnego raju towarzysza Władysława Gomułki, nie zamierzał już wrócić.&lt;br /&gt;Miał on osobiste uprzedzenia w stosunku do Pierwszego Sekretarza PZPR, z powodów nie tyle politycznych co kulinarnych. Miał mu za złe, że mieszkanie fabryczne jakie mu zapewniono we Wrocławiu, na stażu, po ukończeniu Politechniki Częstochowskiej, było mniej niż wykwintne. Był&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Janek, autor spomnień w tamtych latach&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;to pokój „gościnny” w fabryce urządzeń dla przemysłu spożywczego, mieszczącej się w starym poniemieckim, zrujnowanym przez wojnę browarze, na ul. Krakowskiej, we Wrocławiu. Okna w owym pokoju nie mógł otworzyć, gdyż mieszczący się na parterze fabryczny klozet czyli po staropolsku „sracz”, zwykle zapchany, woniał rozkładającym się moczem wszerz i wzdłuż budynku ale głównie w kierunku Reńka okna. O ile sobie przypominam pokój ”gościnny” nie miał łazienki. Reniek będąc z natury pedantem, w celach higieny osobistej, był zmuszony prać skarpetki i intymną garderobę w zlewie. Był on wiec jednym z pierwszych odkrywców tak zwanej technologii podwójnego zastosowania. Dzisiaj ta nazwa odnosi się do technologii pokojowych które także mogą być używane przez terrorystów , np. metalowe widelce na pokładzie samolotów.&lt;br /&gt;Jeśli chodzi o dietę, której Reniek staranie przestrzegał to składała się ona głównie z rosołu z makaronem i rurek z kremem. Po starannych badaniach rynku gastronomicznego we Wrocławiu, Reniek odkrył, że współczynnik ilości kalorii w stosunku do ceny, był w takim zestawie najwyższy. Kalorie były Reńkowi potrzebne bardziej niż witaminy, z powodu zobowiązań jakich się podjął i dotrzymywał ( w miarę sił) w stosunku do kilku Wrocławianek. Z otrzymaniem paszportu PRL-owskiego na wyjazd, na zgniły i wraży Zachód, Reniek nie miał większych trudności. Był już wtedy człowiekiem zaufanym odnośnych organów śledczych, które zleciły mu inwigilację i pisemne donosy na temat mej osoby. Urząd Bezpieczeństwa był w owym czasie skonfundowany mym powrotem do PRL-u po rocznym pobycie w &lt;a href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/1935/1463/1600/236463/Villersexel3.jpg"&gt;&lt;img style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/1935/1463/320/68765/Villersexel3.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Szwecji. Wedle nich człowiek który wracał ze Szwecji do Polski, nie przymuszony głodem, był albo agentem CIA albo kompletnym wariatem. Współczując Reńkowi jak i pracownikom U.B., czując się winny niezręcznej sytuacji w jaką ich wpędziłem, siadłem więc przed lustrem i napisałem wnikliwą analizę psychologiczną mej własnej osoby. Reniek poprawił mą ortografie, (głównie wstawiając gdzie należy „ó” i „rz”), podpisał donos własnym nazwiskiem i oddał gdzie należy. Donos Reńka O. na Janka Cz. zrobił podobno furorę w kołach literackich wrocławskiego Urzędu Bezpieczeństwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;strong&gt;Janek jedzie do Francji&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;W tym samym czasie, kiedy Reniek przekraczał polska granice pojazdem jednośladowym, ja że swą „dziewczyną” Zofia, późniejszą mą drugą byłą żoną , młodą i piersiastą lekarką z Łodzi, przygotowywałem się w Uppsali ( Szwecja) do wakacji. Był to już mój drugi pobyt w Szwecji, gdzie pracowałem jako asystent w Instytucie Fizyki Uniwersytetu w Uppsali. Od początku mego pobytu w Uppsali, moim marzeniem było zaoszczędzić $5000 dolarów na kupno francuskiego samochodu marki „Simca”. Właśnie z początkiem wakacji marzeniom tym stało się za dość, konieczna sumę $5000 już miałem i taki wymarzony samochód mogłem nabyć w salonie firmowym w Paryżu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Reniek w towarzystwie motocykla Jawa 350 i Markizy Jeanne Marie de Grammont&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;Przed samym wyjazdem do Paryża, około 1 września 1963r, dostałem kartkę pocztowa od Reńka O., wysłaną z Francji, w której donosił, że jest gościem Markizy de Grammont, w pałacu Villersexel mającym ponad 20 sypialni . W pałacu tym, jak pisał Reniek, mieszkają trzy panie, Pani Starsza-Markiza, jej córka, Markizianka, w wieku poborowym, czyli około 30tki, a także polska, jakoby, „arystokratka”, która nazywano Mademoiselle de Lulu w wieku „balzakowskim”, czyli około lat czterdziestu. Reniek był jednym z dwóch mężczyzn (poza służbą) zaproszonych do pałacu. Drugim był jego kuzyn, polski hrabia, na którego zaproszenie właśnie Reniek przyjechał do Francji, motocyklem czyli pojazdem jednośladowym. Tak się złożyło, że powinowaty Reńka, kiedyś polski dyplomata, który po wojnie uciekł do Francji, został w tym samym czasie, zaproszony do pałacu Villersexel, jako honorowy gość, dla zabawiania więdnących z nudy arystokratek. Różnica miedzy kuzynem i Reńkiem była zasadnicza, kuzyn był żonaty i starszy od Reńka, a Reniek był młodym kawalerem o imponującej prezencji fizycznej. We Wrocławiu na potańcówkach studenckich Reniek służył mi często jako osobisty ochroniarz, przed agresywnymi konkurentami do płci pięknej. Ochrona była konieczna jako, że w młodości miałem podobno buńczuczny i wyzywający wyraz twarzy, którą to twarz moi konkurenci zamierzali zniekształcić, czyli w języku literackim, chcieli mi zdrowo dokopać. Ponieważ, kuzyn nie mógł zostawić Reńka samotnie, uprosił Markizę, żeby przygarnęła Reńka, komunistycznego wypędka, w funkcji wakacyjnego pazia. Kiedy Reniek znalazł się w pałacu Villersexel i zauważył mnogość sypialni, pomyślał sobie, że i ja mógłbym także dostać podobną pozycję. Jemu samemu byłoby mniej nudnie, a sypialnie nie byłyby tak nieprzyzwoicie puste. Czy do obowiązków pazia włączały się także usługi personalne w stosunku do trzech arystokratek, tego się nigdy od Reńka nie dowiedziałem ani wtedy ani potem. Niemniej niedawno, po 43 latach, Reniek zeznał, że Mademoiselle de Lulu często mdlała i musiał ja na rękach do jej sypialni zanosić. Podobno omdlenia mijały po intensywnym masowaniu jej lędźwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W swym zaproszeniu Reniek zapomniał o jednym, że ja mieszkałem w Uppsali z urodziwą Zofią, z biustem, do którego nie mogła aspirować i konkurować żadna francuska arystokratka i że do Villersexel przyjedziemy razem.&lt;br /&gt;W euforii swych pierwszych dni we Francji, Reniek pisząc kartkę do mnie , prawdopodobnie nie brał na serio, że ja jego propozycję gościny w Villersexel potraktuję poważnie, szczególnie, że nie miał żadnego prawa wydawać takich zaproszeń. Jakie było jego zdumienie, kiedy pojawiłem się z Zofią na podjeździe do rzeźbionych wrót wejściowych pałacu Villersexel, opisuję poniżej.&lt;br /&gt;Do Francji wybraliśmy się z Zofią, dla oszczędzenia kosztów, jako współ-pasażerowie młodej pary szwedzkiej, jadącej w kierunku południowej Europy samochodem „combi”. W Paryżu pożegnaliśmy się z naszymi współ-podróżnikami i udaliśmy się na wielki kamping na przedmieściach Paryża, rozbijając tam namiot kupiony, przed wyjazdem, z rekomendacji pracownika polskiego konsulatu. Namiot ten został poddany pierwszej próbie ognia a raczej deszczu i okazało się, że dach namiotu przeciekał, natomiast gumowana podłoga doskonale zbierała wodę. Nie przyszło mi do głowy, aby odwrócić namiot do góry nogami, czyli z podłogi uczynić dach a z dachu podłogę. Zresztą takie rozwiązanie nie mogło wchodzić w rachubę w środku nocy i wśród ulewnego deszczu. Następnego dnia kupiłem wymarzony samochód Simca 1300, który się cieszył w Polsce, jak wszystko co francuskie, dobrą ale wcale nie zasłużoną sławą i podążyliśmy z Zofia w kierunku Pałacu Villersexel, gdzie w glorii i przepychu francuskiego Chateaux pławił się nasz kolega Reniek O.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;Afront w Villersexel&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy następnego dnia podjechaliśmy nasza „Simcą” pod przednie wrota pałacu, strzeżone po obu bokach żeliwnymi armatami z epoki napoleonskiej, drzwi otworzył nam ubrany w liberię lokaj, któremu nakazałem sprowadzić mojego przyjaciela Monsieur’a Renka O. Zamiast Reńka pojawiła się natomiast młoda kobieta, w wieku poborowym, czyli koło lat trzydziestu i przedstawiła się jako Mademoiselle, Jeanne –Marie de Grammont, najmłodsza latorośl starego (od 1330r) rodu Markizów de Grammont. Kiedy się dowiedziała, że zaprosił nas Reniek, po kilku zdawkowych uprzejmościach podała nam wykwintnym ruchem arystokratyczną dłoń i życzyła nam dalszej podroży po Francji. O zaproszeniu do sypialni albo stołu, nie wspomniała w żadnym języku, jaki znałem, mimo że chyba słyszała jak od głodu burczy nam w brzuchach.&lt;br /&gt;Przelotnie pojawił się Reniek, który wspomniał, że teraz na rozmowę ma mało czasu ale za godzinę może się z nami spotkać w parku pałacowym, koło fontanny.&lt;br /&gt;Wtedy będziemy mieli więcej czasu i swobody na przyjacielska pogawędkę o wypadkach ubiegłego roku. Przypuszczam, że brak czasu był spowodowany kolejnym omdleniem Mademoiselle de Lulu i Reniek musiał jej masować uda. No cóż, zdrowie pięknych pań przede wszystkim, gdyż jak mówi stary polski toast&lt;a href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/1935/1463/1600/370830/Villersexel4.jpg"&gt;&lt;img style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/1935/1463/320/865442/Villersexel4.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; biesiadny: „Pijmy Zdrowie Pań, bo jak Panie zdrowe to i my zdrowi”.&lt;br /&gt;Kiedy za godzinę spotkaliśmy w parku Reńka, wspomniał że czas ma „napięty”, gdyż o godzinie 16.00 w pałacu podaje się tradycyjna herbatkę i musi się do niej stosownie ubrać. Dla wyjaśnienia, dodał, że w doborze stroju wieczorowego pomaga mu lokaj, gdyż herbatki różnią się obowiązkowymi strojami. Każdego razu towarzystwo pałacowe ubiera się w stroje z innej epoki historycznej. Garderoba renesansowych i późniejszych epok strojów znajduje się na poddaszu Pałacu. Ponieważ stroje wieku 17 lub 18 różnią się od dzisiejszych, więc pomoc specjalisty w ubieraniu jest nieodzowna. Nie do pomyślenia byłoby przypasać rapier muszkietera Ludwika XIV do munduru grenadiera z epoki napoleońskiej. Co do feralnego zaproszenia, to Reniek, trochę zażenowany, wyjaśnił, że gdybym przyjechał sam to być może i miejsce w pałacu by się znalazło, ale widok biustu Zofii przesądził na mą niekorzyść i dlatego Markiza wytwornie pokazała nam drzwi. Nie pozostało nam nic innego jak tylko „poczłapać” nowo kupioną Simcą&lt;br /&gt;spowrotem do Szwecji, bo na turystyczne rozjazdy po Francji nie mięliśmy już&lt;br /&gt;pieniędzy,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Reniek wczuwa się w epokę historyczną&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Janek ponownie w Villersexel.&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Rok 2000. Od czasu mej pierwszej wizyty w Villersexel minęło lat 37. Tak się złożyło, że interesy firmowe skierowały mnie do Bazylei, centrum światowego przemysłu farmaceutycznego. Po ich załatwieniu, zastanawiałem się z moją towarzyszką Laurą, dzisiaj moja małżonką, jak spędzimy resztę czasu w Europie. Wybór padł na Francję, z którą Bazyleja graniczy. Wtedy przypomniałem sobie o Villersexel i postanowiłem ta miejscowość odszukać na mapie.&lt;br /&gt;Nadzieje na powodzenie miałem płonne, jako że się spodziewałem, że we Francji miejscowości o nazwie Villersexel nazwie będzie kilkanaście. Okazjo się jednak, że byłem w błędzie. W spisie francuskich miast i miasteczek na drugiej stronie francuskiej automobilowej mapy był tylko jeden Villersexel i to na dodatek umiejscowiony wprost na zachód od Bazylei, nie więcej niż dwie godziny drogi samochodem.&lt;br /&gt;Tegoż dnia jadąc samochodem, kreta drogą zmierzającą do miasteczka Villesexel, ujrzałem, na wzgórzu, znajomy mi widok pałacu Markizy de Grammont.&lt;br /&gt;Po chwili znaleźliśmy się przed żelazną brama wiodącą do parku pałacowego, niestety zamkniętą. Napis w trzech językach, po francusku, angielsku i niemiecku głosił, że godziny zwiedzania pałacu są od 14 do 18tej, a koszt wynajęcia pokoju wynosi około $90. Po usilnym naciskaniu dzwonka, pod bramą pojawił się mizernego wzrostu człowiek, wedle Laury wierna kopia amerykańskiego komika Woody Allen’a, który się przedstawił jako właściciel i nowy Markiz pałacu Villersexel. Pod warunkiem, że będziemy płacić gotówką, zgodził się na wynajęcie pokoju na jedną noc. Pokojem tym okazała wykwintna sypialnia Margrabiny z rozłożystym antycznym, mahoniowym łożem.&lt;br /&gt;Ponieważ, pora była już późna, zaparkowaliśmy samochód pod oknem baszty pałacowej, w której mieściła się sypialnia markizy i udaliśmy się na wypoczynek. Niestety trudno nam było zmrużyć oka, gdyż w pałacu, na każdym piętrze, było kilka wielkich zegarów wahadłowych z kurantami. Niestety zegary nie były zsynchronizowane i uderzenia zegarów nakładały się wzajemnie, w sposób ciągły. Na dodatek do tej kakofonii, co kwadrans dołączał się spizowy dzwon wielkiego zegara na pobliskiej wieży kościelnej. Do wzmożenia wręcz upiornego nastroju, w środku nocy słychać było skrzypienie podłogi i kroki na korytarzu, które Laura interpretowała jako kroki wałęsającego się ducha Markizy (starszej) starającej się nas wykurzyć z jej łoża. Nad ranem jednak doszedłem do wniosku, że to chyba nowy Markiz sprawdzał, czy czasami nie kradniemy i wynosimy do samochodu antycznych obrazów, jakimi ozdobione były korytarze. Napiętą atmosferę upiornej grozy poprawiło ranne śniadanie z pysznymi rogalikami, podane do łóżka przez młodą kobietę, która jak się później okazało była żoną aktualnego właściciela, czyli bieżącą Markizą. Musze dodać, że ani przedtem ani potem, śniadania nie podawała mi do łóżka żadna Markiza, wiec wydatek $90 za nocleg zwrócił się z nakładem w walucie emocjonalnej.&lt;br /&gt;Po śniadaniu udaliśmy się obejrzeć park, i słynną fontannę, a raczej to co z parku i fontanny zostało i poprosić właściciela aby nam pokazał wnętrze pałacu. Właściciel okazał się rozmowny i oświadczył, że kiedyś był profesorem uniwersytetu w Ameryce Północnej, ale po śmierci Markizy, nabył pałac, czego jednak żałuje. Okazuje się, że pałac wymaga remontu a dach przecieka. Drewniane okna, a jest ich chyba kilkaset wymagają wymiany, dochody z wynajmu pokoi są mizerne a turystów niewielu. Zaproponował mi kupno pałacu za mizerna sumę $400,000 nadmieniając chytrze, że jeśli Amerykanie nie kupią tego pałacu to będzie zmuszony sprzedać ten relikt europejskiej historii Japończykom. Argument japońskiej ekspansji na Francję mnie jednak nie wzruszył. Posiadanie nieruchomości , nawet pałacowej, na innym kontynencie, nie jest w moich warunkach praktyczne, szczególnie z perspektywą zamrożenia kilku milionów dolarów koniecznych na renowacje dachu i okien.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Dalsze losy arystokratek&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;Po powrocie do domu zadzwoniłem do mego kolegi Reńka O., dzisiaj obywatela kanadyjskiego i wybitnego hodowcy papużek, zdając mu relację z mej wizyty w Villersexsel. Reniek dodał kila interesujących szczegółów dotyczących dalszych losów rodziny Markizów de Grammont. Podobno, Pani Starsza, jakoby, przed śmiercią powierzyła swój majątek nie córce, tylko Mademoiselle de Lulu, z którą łączyła ją bliska, a nawet bliższa niż socjalnie przyjęta, przyjaźń. Córka została z jakimś mizernym dochodem z funduszu powierniczego. Kiedy młoda markizianka de Grammont przyleciała do Montrealu aby odwiedzić Reńka, już wtedy żonatego i dzieciatego, okazała się osobą zupełnie nie praktyczną i życiowo zagubioną. Kobieta, która nawet nie miała karty kredytowej na zapłacenie podroży powrotnej do Francji. Kilka lat potem, w roku 1989, ta jeszcze stosunkowo młoda osoba umarła, niezamężna i bezdzietna na raka. Co się stało z polską „arystokratką”, Mademoiselle de Lulu nie jest mi, ani Reńkowi, wiadome. Wygląda na to, że historia potraktowała ją finansowo dużo lepiej niż rzeczywistą spadkobierczynię linii Markizów de Grammont, o których historyczne zapiski sięgają roku 1330.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Dlaczego odrzuciłem nobilitację&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy wspominam sobie pompę i dumę rodziny de Grammont z lat 60-tych i jej mizerny koniec, myślę sobie o kaprysach losu i jego zmienności. Kiedyś odegnany od progu jak natręt, dzisiaj mógłbym nabyć ten pałac gotówką. Pałac, który w tamtych czasach wydawał mi się szczytem sukcesu, dzisiaj stałby się dla mnie niepotrzebnym, kłopotliwym balastem. Zresztą lista podobnych francuskich zamków i pałaców oferowanych aktualnie do sprzedaży we Francji jest bardzo długa i zawiera ponad 100 obiektów.&lt;br /&gt;Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie mógłbym zamieszkać w Pałacu Villersexel.&lt;br /&gt;Mianowicie obawiałem się ducha mej babci, chłopki rodem że wsi Janów pod Częstochową, która przed śmiercią mnie ostrzegała, abym nigdy nie kupował chałupy bez obory i stodoły a także przynajmniej kilku morgów ziemi nadającej się na ziemniaki. Kurnik jest także konieczny na zagrodzie, bo nawet za Cara Mikołaja II jajko kosztowało kopiejkę i miało wartość wymienną. Tym bardziej, ze tytuł Markiza, który byłby chyba częścią transakcji nabycia Pałacu, mógłby zaszkodzić mojej reputacji u Pięknych Pan, nasuwając im skojarzenie z Markizem de Sade, tym samym od którego nazwiska pewne seksualne upodobania nazwano „sadyzmem”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Johnek de Kapusta&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;(ukrywający się pod pseudonimem Jan Czekajewski)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-116897696873350461?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/116897696873350461'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/116897696873350461'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2007/01/wizyta-w-villersexel.html' title='Wizyta w Villersexel'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-115215132023941128</id><published>2006-07-05T18:56:00.000-07:00</published><updated>2006-07-05T19:02:00.246-07:00</updated><title type='text'>Henryk Czekajewski, Poeta</title><content type='html'>&lt;a href="http://photos1.blogger.com/blogger/1935/1463/640/DSC00187.jpg"&gt;&lt;img style="CLEAR: all; FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://photos1.blogger.com/blogger/1935/1463/320/DSC00187.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;br /&gt;Henryk Czekajewski zmarł w Warszawie ( w Domu Opieki im Sw. Huberta w Zalesiu Górnym ) w roku 2004. Kawaler, samotnik, dziwak. Mieszkał prawie cale życie w Pyrach pod Warszawą w domu opalanym drzewem, bez kanalizacji i wodociągu. Wode do picia dowozil rowerem. Daleki mój krewny ( nasi dziadkowie byli braćmi). Po wojnie pracował jako kierowca autobusów miejskich. Jego brat, Bogdan Czekajewski, w czasie wojny walczyl w Armii Andersa. Po wojnie osiadł i umarł we Francji, gdzie sie ozenil z Francuska. Mieli dwie corki, dzisiaj juz dorosle. Trudno sie bylo spodziwac po Henryku, że Henryk pisal całe życie poezje. Po smierci Henryka Czekajewkiego poprosiłem Panią Mielczarek o przepisanie jego wierszy z wielu recznie pisanych kartek w celu ich upowszechnienia. Zauważcie Państwo, że wiersze Henryka są intersujące i ambitne mimo, że Henryk mial zaledwo srednie wykształcenie i kiedys pracowal jako kierowca autobusu.&amp;nbsp;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-115215132023941128?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/115215132023941128'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/115215132023941128'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2006/07/henryk-czekajewski-poeta.html' title='Henryk Czekajewski, Poeta'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-115204253521271154</id><published>2006-07-04T12:43:00.000-07:00</published><updated>2006-07-04T12:52:50.750-07:00</updated><title type='text'>DONOS Z FRONTU WALKI O SWIATOWĄ DEMOKRACJĘ</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;br /&gt;w roku 2005 i ½&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wojenko, Wojenko Cóżeś Ty za Pani….&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Polityka mojego, amerykańskiego rządu utwierdza mnie w coraz większym przekonaniu, że jestem nie tylko geniuszem ale także prorokiem. Wszystko to co przewidywałem od początku wojny w Iraku się sprawdza i ja w związku z tym planuję założyć Fundację Charytatywną o nazwie „ Proroczenia Delfijska”, Oczywiście, będzie to fundacja zwolniona z podatku dochodowego i VAT-u. a do klienteli, mam nadzieje, będą się zaliczać prezydenci, ministrowie a także senatorowie.&lt;br /&gt;Wszyscy oni będą mieli do wyboru wróżby z fusów z kawy zbożowej albo herbaty miętowej.&lt;br /&gt;Moje aspiracje do mocy nadprzyrodzonych nie są bynajmniej wyssane z palca (od nogi) ale potwierdzone wydarzeniami w Iraku w przeciągu ostatnich 3ch lat.&lt;br /&gt;W międzyczasie mamy w USA wojnę permanentną z terrorystami co mi przypomina wzmagającą się walkę klasową w ostatnim etapie budowy komunizmu, przed wylewem krwi do mózgu Genialnego Wodza Narodów, Józefa Stalina. Jak wiadomo natura ludzka jest słaba, a żądza zostania terrorystą ogromna, z uwagi na te ponętne dziewice w Mahometańskim Niebie, Pomny tego, nasz rząd postanowił nas, Amerykanów, chronić przed seksualna pokusa i podsłuchuje więc nasze telefony, sprawdza Internet, stan kont bankowych i transakcji, a także rejestry bibliotek, gdzie jeszcze bronią dostępu, jak na szańcach Westerplatte, bohaterskie bibliotekarki.&lt;br /&gt;Ponieważ ludzie trochę już się znudzili wojną w Babilonie więc być może zgotujemy im nastopną z Iranem. Udział Polski w tej koalicji jest niezbędny i korzystny, jako że Polska za ten udział zostanie, sowicie wynagrodzona łatającymi perskimi dywanami, które są lepsze od ostatnio nabytych myśliwców F16, gdyż z powodu wełnianego charakteru są niewidoczne dla radaru.&lt;br /&gt;Jeśli chodzi o rekompensatę dla Polski za wydatki związane z wojna w Babilonie, to podobno już ostatnio Polski Konserwatywny Rząd podpisał umowę z nowym, Demokratycznym Rządem w Bagdadzie, że Polacy mają prawo do odzysku z atmosfery i stratosfery tego gazu, który się ulotnił z przedziurawionych rurociągów. Podobno Polacy już zakupili od amerykańskich firm olejowych (Haliburton) nowoczesny sprzęt do nabijania tego gazu w butelki (po piwie).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Spij spokojnie ORMO czuwa!&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Prasa donosi , że nasz rząd zarządził, aby firma Google, najpopularniejsza internetowa wyszukiwarką, dostarczyła kilku milionów adresów internetowych swych użytkowników. Oficjalnym powodem jest zabezpieczenie dzieci przed zalewem pornografii, aczkolwiek wielu niedowiarków i ukrytych komuchów podejrzewa, że nasza bezpieka zechce wyłowić tych co oglądaj antywojenne strony internetowe, albo szukają rad jak ominąć podatki.&lt;br /&gt;Wedle wiadomości prasowych z czerwca 2006r. centrum komputerowe SWIFT w Brukseli, zajmujące się bankową komunikacją i dokumentacją międzynarodowych przekazów pieniężnych, zostało zmuszone do udostępnienia swej bazy danych amerykańskim służbom „specjalnym” pod pozorem śledzenia pieniędzy terrorystów. Biorąc pod uwagę, ze terroryści zwykle posługują się gotówka, a ich koszty własne są niewielkie, należy wnioskować, ze chodzi tu o „namierzenie” konkurencji i zebranie kompromitujących informacji dla niejasnych celów. Unia Europejska mocno się zaniepokoiła, kiedy sprawa wyszła na jaw. Prezydent zagroził, że ogłaszanie tej wiadomości w prasie może być przestępstwem kryminalnym, aczkolwiek o śledzeniu transakcji bankowych, rząd nasz chełpił się już przez trzy lata. Być może wiezienie w Guantanamo, na Kubie, zacznie gościć krnąbrnych dziennikarzy, jak tylko zwolnią się miejsca po Talibanach..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wojenko, Wojenko Cóżeś Ty za Pani, że za Tobą Idą Chłopcy Malowani, Sami Wybierani…&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;New York Times donosi, że sąd wojskowy uniewinnił starszego sierżanta amerykańskiego, Lewis’a E. Welshofer’a od zarzutu morderstwa irackiego generała, Mowhoush’a, który sam się zgłosił do władz amerykańskich próbując negocjować zwolnienie z amerykańskiego wiezienia dwu jego synów. Sierżanta skazano za przekroczenie swych obowiązków i zobowiązano do spędzenia 6-ciu miesięcy w areszcie domowym w bazie wojskowej, z podkreśleniem, że może on jednak wychodzić na mszę do kościoła. Starszy sierżant zadusił irackiego generała wsadzając mu głowę do śpiwora i siadając na nim. Uprzednio zespól „specjalistów” najętych przez CIA torturował generała łamiąc mu 7 żeber. Starszy sierżant Welshofer tłumaczył się, że chciał wymusić od generała tajemnice gdzie Sadam Husein ukrył „bron masowego rażenia”. Widocznie się sierżantowi pomyliły słowa rozkazu, wymusić i udusić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Przytul Mnie Legalnie, Kochanie.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Kwiatuszkiem sezonu antyterrorystycznego było przegłosowanie w kongresie amerykańskim prawa, co prawda jeszcze nie wprowadzonego, że tym co będą pomagać będą nielegalnym emigrantom winna grozić kara do 5ciu lat wiezienia. Tu trzeba przyznać humanitaryzm prawodawców, że jednak nie kara śmierci, jaka stosowali hitlerowcy w Polsce w stosunku do tych co podali kawałek chleba Żydowi. Do tych „kryminalistów” będą się zaliczać lekarze, księża a nawet przyjaciele i współmałżonkowie którzy na takich nielegalnych przestępców na czas nie doniosą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;23 czerwic 2006-06-23&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie….&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Kilka dni temu w liście do redakcji miejscowego dziennika Columbus Dispatch, matka młodego żołnierza w drodze do Iraku, napisała:&lt;br /&gt;„Wadą naszego społeczeństwa (amerykańskiego) jest to, że nie zdajemy sobie sprawy jak dobrze tutaj w Ameryce mamy i jaką wolnością się cieszymy. Jestem dumna z mego syna i jego misji (szerzenia demokracji) w Iraku”&lt;br /&gt;16 czerwca, 2006 Amerykański Kongres większością głosów (256 do153) zatwierdził pozostanie wojsk amerykańskich w Iraku na czas nieokreślony (do zwycięstwa).&lt;br /&gt;Również Senat większością głosów (93 przeciw 6) zatwierdził obecność wojsk w Iraku bez podawania daty ich wycofania. Mamy armie ochotnicza, aczkolwiek ostatnio coraz mniej w niej ochotników. Armia przedłuża kilkakrotnie kontrakty pobytu żołnierzy w strefie wojny. Rodziny żołnierzy zawodowych się rozpadają. Ranni weterani nie dostają właściwej opieki medycznej po powrocie do domu. Niektórzy żołnierze celowo zażywają narkotyki, aby zostać odrzuceni przy selekcji lekarskiej kwalifikującej ich do powtórnej wysyłki do Iraku.&lt;br /&gt;Na dzisiaj (23 VI.06) statystyka ofiar wojny wynosi jak następuje : 2,500 żołnierzy US zabitych a 18,490 rannych. Społeczeństwo w większości ( 49 %) popiera decyzję rozpoczęcia wojny w Iraku a 44% jest tej decyzji przeciwna, pozostałe 7% nie ma określonego zdania.&lt;br /&gt;Wedle brytyjskiego czasopisma Lancet, w tej wojnie, poległo około 100 tysięcy Irakijczyków. Dokładnej cyfry zabitych Irakijczyków nie znamy, jako, że nikt się nie trudzi sporządzać takich nieprzyjemnych statystyk, o ludziach którzy są nam niewdzięczni, za wyzwolenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Moralność Myślą Przewodnią Narodu&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Mamy kraj oparty na wartościach rodzinnych i chrzescianskich, przepraszam, powinno być poprawnie, Judeo-Chrzesciańskich. Dlatego też szef przedsiębiorstwa albo profesor uniwersytetu trafia pod sąd albo wylatuje z posady gdy zaproponuje koleżance randkę, albo spojrzy jej za dekolt. W Babilonie jednak mamy inne standardy, które zezwalają, że nasze niewinne dziewczęta ubrane w mundury Wojsk Największej Demokracji każą się więźniom w Abu Ghraib, publicznie onanizować. Zainteresowani mogą sobie obejrzeć takie i podobne zdjęcia z tego wiezienia, zrobione przez nasze dziewczęta i chłopców dla rodzinnych albumów pamiątkowych na stronie internetowej:&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;http://www.antiwar.com/news/?articleid=8560&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Gdy naród do boju wystąpił z orężem,panowie o czynszach radzili.Gdy naród zawołał: "umrzem lub zwyciężym!"panowie w stolicy bawili&lt;br /&gt;Senatorom i Kongresmanom łatwo jest głosować za wysyłką młodych ludzi do Iraku bo ich synom i wnukom nic nie grozi. Do wojska idą osoby biedne, odrzucone że szkol, nie mające pieniędzy na studia i pozbawione zawodu.&lt;br /&gt;O planach poboru do wojska nie słychać. Gdyby taki zaistniał, wtedy klasa rządząca nie byłaby tak skora do wojny, której powodów nie jest w stanie wytłumaczyć. Łatwo jest być bohaterem przelewając cudzą krew i wydając pożyczone ( od Chińczyków) pieniądze. Ci których na siłę wyzwalamy, są w 82%, silnie przeciwni dalszemu pobytowi wojsk „koalicji” w ich kraju. Ponieważ Babilończycy się dąsają, powstał więc następny pomysł uszczęśliwienia Persów.&lt;br /&gt;Trudno się oprzeć konkluzji, że wojna jest w dzisiejszych czasach niepraktycznym rozwiązaniem. Pobicie armii nie rozwiązuje problemu współpracy mieszkańców z okupantem. Zajęcie ziemi nie przynosi korzyści zwycięscy. Nawet zajęcie pól naftowych nie gwarantuje dostawy ropy naftowej.&lt;br /&gt;Odnosi się wrażenie, że nasz rząd myśli kategoriami 19-tego wieku. To już nie te czasy. Inne siły decydują o naszej stopie życiowej i potędze. Produkcja, wynalazczość, wykształcenie, badania naukowe itp. Niestety, Rząd, ale tez i publika woli rozwiązania proste a nawet brutalne, jakie jak wojna.&lt;br /&gt;W międzyczasie mamy koniunkturę. Ceny produktów są niskie bo produkcja ma miejsce w Chinach. Nieprzyzwoicie jest wspominać o wojnie, torturach i niwelowaniu miast w Iraku w dobrym towarzystwie, a nawet w rodzinie. Oczywiście wszyscy popieramy naszą armię, demonstrując nasz patriotyzm przez przyczepianie żółtych, plastykowych, kokardek do tylnych zderzaków naszych samochodów, z napisem: „Popieram nasze wojsko”.&lt;br /&gt;Ideologowie, których prasa nazywa „intelektualistami” a inni nową-konserwą z rodowodem trockistowskim, zwinęli już kramy w Waszyngtonie i cichaczem wymknęli się na bardziej intratne i bezpieczne posadki. Piotruś Wolfowitz, do niedawna wiceminister obrony USA, przystrzygany kiedyś, przez wpływowych intelektualistw, na Ministra Spraw Zagranicznych USA, nagle, chyłkiem, wymknął się na posadę prezesa Światowego Banku, gdzie tym razem walczy mężnie ze światowym głodem. Niezniszczalny, teflonowy, Rysiu Perełka (Perle), ciągle daje rady, ale już nie z Pentagonu, ale z własnej wilii w Południowej Francji, narzekając, że nasz Prezydent zamiast słuchać tchórzliwych podszeptów zdrajców z Wywiadu (CIA) i Ministerstwa Spraw Zagranicznych (Condi Rice) winien kierować się właściwym mu instynktem (z żołądka) i mężnie przywalić tym Mułom w Persji, jeśli nie cegłą to kilkoma atomówkami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Donos o Maryni&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Niestety obszerny tekst na temat Maryni i jej zadnich zalet został skonfiskowany przez moje Domowe Gestapo, które wydało polecenie abym zakończył fantazjowanie na ten temat, gdyż sankcje jakie zastosuje względem mnie, będą tak srogie, że obóz w Guantanamo wyda mi się Domem Wczasowym FWP&lt;br /&gt;( Funduszu Wczasów Pracowniczych) .&lt;br /&gt;Pomny tych konsekwencji, ulegam opresji, żegnam i ściskam Panów w pasie, a Panie nieco poniżej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Johnek de Kapusta (Pseudonim konspiracyjny Janek Czekajewski)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-115204253521271154?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/115204253521271154'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/115204253521271154'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2006/07/donos-z-frontu-walki-o-swiatow.html' title='DONOS Z FRONTU WALKI O SWIATOWĄ DEMOKRACJĘ'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-115017252487440221</id><published>2006-06-12T21:14:00.000-07:00</published><updated>2009-11-26T12:15:22.809-08:00</updated><title type='text'>CEBRZYKIEM PRZEZ ATLANTYK</title><content type='html'>Jan Czekajewski&lt;br /&gt;Ocean Atlantycki, Maj 2006&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy mój ortopeda zawyrokował, że z powodu murszejącego kręgosłupa winem jestem ograniczyć  praktyki Kamy Sutry z moja małżonką, Laurą,  wpadła ona na pomysł, żeby powtórnie popłynąć przez Atlantyk, tym razem innym statkiem niż Queen Marry 2, którym żeśmy płynęli w zeszłym roku z N.Y do Anglii. Nie jestem pewien co Laurą powodowało, ale podejrzewam, że wyjaśnienie tkwi w ludowej polskiej przyśpiewce : „Umarł Maciek, umarł, już leży na desce, gdyby mu zagrali potańczył by jeszcze”. Laury wybór  padł zatem na Linię „Crystal Cruise” i statek o muzycznej nazwie „Symphony”, gdzie jak podała broszura reklamowa, w czasie rejsu, będzie nam przygrywać Wielka Orkiestra Taneczna Tommy Dorsey. Laura wiedziała od dawna, że  lubię tańczyć  i być może, miała nadzieję, że moja aktywność na parkiecie  przeniesie się także do alkowy. Wnioskuję to, z faktu, że kiedy żeśmy  robili rezerwacje w biurze podróży, Laura nuciła pod nosem refren piosenki:&lt;br /&gt;„Umarł Janek, umarł, już leży na desce, może by mu zagrać, itd”.&lt;br /&gt;Cierpienia zaczęły się na samym początku podróży, kiedy, aby nie spóźnić się na statek w  Miami, Floryda,  musieliśmy zerwać się  w naszym Columbus, Ohio o godzinie 4 rano. Dwie rzeczy zawsze  nienawidziłem w mym życiu, rannego wstawania i wojska, do którego mam uprzedzenie z tego samego powodu, że  budzi żołnierzy po nocy i karze im umierać albo zabijać po ciemku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przylocie, na lotnisku w Miami,  spotkaliśmy szereg innych współuczestników naszej eskapady wśród których wyróżniał się młody, przystojny  ksiądz, Ojciec ( Padre) Dolce Vitae, kapelan pochodzenia włoskiego zmustrowany do opieki nad duszami uczestników podróży. Po wymianie pozdrowień, dowiedziałem się, że kapelan ma wielostronne kwalifikacje nie tylko w dziedzinie liturgii katolickiej, ale także liturgii międzywyznaniowej. Przez grzeczność nie zapytałem się, czy międzywyznaniowa liturgia obejmuje także wyznania poza-chrześcijańskie a szczególnie, ostatnio modne, mahometańskie.&lt;br /&gt;Dowiedziałem się także, że mogę się wyspowiadać, a jeśli się poślizgnę na parkiecie i doznam wstrząsu mózgu to ostatnie namaszczenie będzie pod ręką, bezpłatne, a właściwie na koszt linii oceanicznej Cristal, która pokrywa wikt i opierunek naszego kapelana w czasie podróży. Namaszczenia przed zamustrowaniem się na statek jak i w porcie w Lizbonie, będą kosztowały ekstra, chyba ze delikwent ma opłacone, specjalne, na tą okazję przeznaczone, ubezpieczenie  ofiarowane przez znaną Izraelsko-Watykańską firmę ubezpieczeniową pod nazwą:„ Zakład Ubezpieczeń- Wieczny Odpoczynek”.&lt;br /&gt;Co do spowiedzi to skreśliłem ją z planu,  z powodów lingwistycznych,  jako że nie znam nazewnictwa swych polskich  grzechów po angielsku albo po włosku, jakimi to dwoma językami władał kapelan. Uzyskanie rozgrzeszenia w takich warunkach byłoby kanonicznych występkiem, trudnym do ukrycia wobec Boga i pogorszyłoby me i tak mizerne szanse na wstęp do Nieba.&lt;br /&gt;Druga interesującą osoba była mila starsza Pani, która na samym wstępie ostrzegła mnie, że zarzuciła działalność seksualną, 30 lat temu,  jeszcze w roku 1976, mimo że ja nie składałem jej żadnych propozycji w tej dziedzinie. Pani ta przedstawiła się jako litewska księżniczka oraz, że jej dalekim kuzynem  był, jakoby, marszałek ZSSR,  Malinowski , zawiadujący sowieckim wojskiem jeszcze za panowania Chruszczowa. Kiedy jednak przepytałem ją bliżej na okoliczność jej powinowactwa z Królem Jagiełłą i Księciem Giedyminem, miła pani, powiedziała szorstko, żebym się odczepił, bo ona nie zezwoli aby brutalna prawda mąciła klarowność jej rodowej historii. Litewska Księżniczka wyjawiła też, że to  jest jej  53-cia wycieczka statkiem i tym razem będzie trwała 39 dni, czyli, że  popłynie z Lizbony w dalsza drogę do kilku innych śródziemnomorskich  portów. Wedle niej, kłopoty związane z pakowaniem są tak duże, że kompletnie nie opłaca się pakować walizek na wycieczki krótsze niż miesiąc, dodała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sam statek „Symphony” jest o połowę mniejszy niż QM2 i dlatego tytułem tego reportażu, jest podróż „Cebrzykiem przez Atlantyk”,  a nie dużą balia, które to określenie zarezerwowałem dla podróży na  QM2.&lt;br /&gt;Nasza kabina na 10tym pokładzie okazała się lepsza od tej z  2005 r z czasu podroży na Queen Marry 2. Jest ona  wyposażona w obszerną łazienkę  z wanną „jakuzzi” i  ma dostęp do Internetu, aczkolwiek wolnego (31 kB/sec), który co prawda wystarcza dla&lt;br /&gt;E-mailów, ale nie do przesyłania, wysokiej rozdzielczości  zdjęć roznegliżowanych pań. Napoje zimne są darmowe, czyli wliczone w cenę podroży a telewizor mamy kolorowy, nieco lepszy niż ten na QM2. Murzyni na TV nie wyglądają już  dłużej, jak to bylo na QM2,  jak fioletowi Marsjanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przybyciu na statek, zgłodniali, odwiedziliśmy salę biesiadną, gdzie królował, jako  Szef Kelnerów,  nasz rodak, Polak, otoczony przez drużynę  podległych mu giermków (nie mylić z Gieremkiem) pochodzenia polskiego, słowackiego, chorwackiego i rumuńskiego.&lt;br /&gt;Pierwszy obiad okazał się doskonały, aczkolwiek porcje mizerne, obliczone na  emerytów, szczególnie tych co są popychani na wózkach inwalidzkich. Kotleta schabowego&lt;br /&gt;golonki z kapustą, buraczków zasmażanych, gołąbków ani mizerii nie zauważyłem w menu restauracji pokładowej, na co się dyrekcji poskarżę.&lt;br /&gt;Pokojówka która nam sprząta kabinę jest z Litwy a lokaj, dbający o napitki i owoce, popołudniowe, z Rumunii.&lt;br /&gt;Wspomniana panienka z Litwy, przez 6 lat była na Litwie księgową, a teraz zaciągnęła się na statek aby zarobić na mieszkanie i z takim posagiem  wrócić na Litwę aby wyjść za maź. Jak na razie nie ma jeszcze  upatrzonego kandydata na męża, ale utrzymuje, że jak będzie miała mieszkanie to i kandydat się znajdzie. Poradziłem jej aby jej mieszkanie było z garażem, gdyż w polskich ogłoszeniach matrymonialnych panie z garażem maja większe wzięcie, czyli siłę przebicia, w tej niezwykle trudnej konkurencji sportowej, jaka jest zamążpójście. Podobnie jest chyba na Litwie- Ojczyźnie mojej jak zdrowie, wedle opisu Adasia Mickiewicza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Dzień 2&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już nocą zaczęło statkiem kołysać. Rano Laura, trapiona choroba morską, odmówiła wstania na śniadanie i zaczęliśmy ją karmić sucharkami i woda sodowa -Gingerale. Na szczęście zarówno ja, jak i Laura zachowaliśmy zawartość żołądków, co było możliwe pod warunkiem, że będziemy przestawali w pozycji leżącej.&lt;br /&gt;W myśl programu będącego warunkiem uczestnictwa, od godziny 18,00 na statku obowiązuje dzisiaj strój wieczorowy. Na ta okazje Laura zapakowała wielka walizę (wagi 35kg)  umundurowania wieczorowego, w które mięliśmy się ubierać w dni wymagające stroju formalnego. Ja podjąłem heroiczna próbę wbicia się w smokingowe spodnie, ale dałem za wygrana jak mnie kołyszący statek rzucił dwa razy o ścianę kabiny. Jak wiadomo, aby założyć spodnie na stojąco trzeba przez jakiś czas, przynajmniej kilku sekund, stać na jednej a potem na drugiej nodze, aby trafić stopą w odpowiednią nogawkę. Przy dużej fali jest to pozycja bardzo niestabilna, a była to fala 6 metrowa. Na dodatek Laura domagała się abym wymył zęby aby nie dyszeć w twarze doborowego towarzystwa  oddechem smoka krakowskiego. Mycie zębów przy fali 6 metrów  i powyżej jest problemem trudnym nawet dla cyrkowych akrobatów nie mówiąc o człowieku w wieku średnio- podeszłym i do tego z murszejącym kręgosłupem. Po kilku nieudanych próbach zamiast do ust trafiłem szczoteczką od zębów  we własne  oko. Dałem więc  zatem za wygraną i zamiast na bal położyłem się  grzecznie do lóżka, licząc na lepsze czasy z mniejszą falą. Sytuacja przypomniała mi  studenckie czasy i zachowanie mego kolegi  Bolka B.  w czasie  studiów we Wrocławiu, który kiedy zabrakło mu pieniędzy na obiad w barze mlecznym, kład się wtedy do lóżka aby zwolnić metabolizm i czekał w tej pozycji do następnego stypendium. Spałem więc z przerwami, trafiony marami, w których nie maglem rozróżnić jawy od zjawy. Poniżej opisuje jedną z nich.&lt;br /&gt;Nad ranem,  zmuszony presja fizjologiczną, wstałem z łóżka i przy okazji wychyliłem się przez poręcz balkonową mej kabiny, aby sprawdzić pogodę. W takim właśnie momencie zauważyłem we mgle, płynący wzdłuż burty statku, obiekt, który przypominał mi ni to wieloryba, ni to wielgachnego śledzia, jako że na szprotkę był za duży. Kiedy obiekt zrównał się ze naszym statkiem i naszą kabiną, zauważyłem, że jest to stara, zardzewiała, niemiecka łódź podwodna z okresu II wojny światowej, do której prawdopodobnie nie trafiła ostatnia depesza dowódcy  niemieckiej floty wojennej, admirała Donitza, o kapitulacji Niemiec, w maju  roku 1945. Z włazu łodzi wyłonił się podeszłego już wieku kapitan, zasalutował w sposób mało już dzisiaj używany, wyciągniętą prawa ręką i okrzykiem: „Hai Hitler!”. Potem, nieco mniej formalnie,  przedstawił się jako Kriegsmarine Korvettekapitan,  Baron Johan von Sauerkraut. Widząc mnie na balkonie zapytał łamanym angielskim:  „Which way to Deutchland, my compas  kaput . Have you any soap?” (Która drogą do Niemiec? Mój kompas-Kaput!. Macie mydło? Nie myłem się od 60ciu lat), dodał. Widząc jego trudności lingwistyczne i zbieżność naszych rodowych nazwisk, mego po babce, Siemion i jego, zniemczonego, Ziemion, pomyślałem, że być może jest on moim kuzynem z linii niemieckiej Siemionów i mówi po polsku, co dziwnym zbiegiem okoliczności okazało się prawdą. Nawiązaliśmy wiec serdeczną rozmowę, po polsku, w  czasie której okazało się, ze Baron Johan von Ziemion pochodzi z tych samych okolic co moja rodzina, z Kozich Głów koło Częstochowy,  wioski kiedyś podzielonej granicą miedzy zaborem pruskim a  rosyjskim.  Ten rozbiorowy podział, podzielił naszą rodzinę na prawie 200 lat, z której cześć pozostała po stronie pruskiej została zgermanizowana.&lt;br /&gt;Na długo przed rozbiorami, zagon kapusty we wsi Kozie Głowy został nadany naszemu przodkowi przez Króla Władysława Jagiełłę, za zasługi naszego pradziada w czasie bitwy pod Grunwaldem. (Zainteresowanych tym historycznym zdarzeniem odsyłam do poniżej zamieszczonego posłowia, bliżej opisującego heroizm bezrolnego kamieniarza Siemiona w czasie bitwy z Krzyżakami pod Grunwaldem).  W posłowiu wyjaśniam, dlaczego ja, Johnek de Siemion, uważam się za amerykańskiego Polonusa, natomiast Korvettenkapitan niemieckiej lodzi podwodnej, Baron Johan von Ziemion, za Niemca. Członkowie rodziny Siemion w zaborze pruskim zostali zmuszeni w czasie rządów Bismarka do germanizacji swego nazwiska, stad nazwisko Siemion zostało zmienione początkowo na Ziemion, a jeszcze później, za zasługi rodziny w czasie wojny Prusko-Francuskiej, pod koniec 19-tego wieku, na Baron von Ziemion. Wyjaśniłem wiec memu zgermanizowanemu kuzynowi,  że ta krotka wojna zwana „Drugą Światową” w latach  1939-45 już skończona, Hitler Kaput!, a Polska i Niemcy a także  nasze  podzielone  rodziny  są ponownie zjednoczone  w tym samych Wehrmachcie czyli Bundeswehr-NATO w ramach tego samego Imperium Demokratycznego! Ale niech się więc kuzyn nie martwi o zajęcie, bo mamy już nową wojnę, tym razem „Globalną” z terroryzmem,  zapowiadającą się na milenium albo nawet dwa. W jego zawodzie będzie musiał się nieco podszkolić w nowej technologii, poddać się odmładzającej hormonalnej kuracji i znajdzie zatrudnienie przy konwojowaniu tankowców z ropa w Zatoce Perskiej, gdzie takim jak on fachowcom dobrze plącą.   Jego U-boot wymaga jednak odmalowania, gdyż rdza na kadłubie  nie wzbudza zaufania do jego wartości bojowej. Rzuciłem mu wiec na pożegnanie kilka kawałków mydła i butelkę szamponu dla utrzymani w dobrej kondycji jego imponującej brody (głowę miał już łysą)  i pożegnałem żeglarskim „ A hoj!”. Dałem mu przy okazji  dokładne wytyczne co do kursu w kierunku jego bazy macierzystej, zalecając  aby trzymał się kursu naszego statku, a kiedy zobaczy ląd to będzie to Portugalia. Należy wtedy skręcić na lewo a potem po jakimś czasie na prawo.  W tamtej okolicy już dalsza drogę do swojej bazy w  Bremenhafen chyba rozpozna po unoszących się na falach butelkach po wódce „Czystej Wyborowej” albo „Stolicznej”. Odniosłem wrażenie, ze stary wilk morski  powątpiewał w moje zapewnienia, że nowa wojna potrwa lat tysiąc, czemu trudno się dziwić, jako, że już raz zawiódł się na  podobnych obiecankach swego uprzedniego szefa, który obiecał mu Tysiącletnią Trzecią Rzeszę, a skończyło się dużo, dużo, krócej.&lt;br /&gt;Kiedy rano Laura mnie zapytała, jak spałem, przezornie  nie wyjawiłem jej mego nocnego spotkaniem z  kapitanem niemieckiej lodzi podwodnej, Baronem Johanem von Ziemion, gdyż i tak, od jakiegoś czasu, moja małżonka Laura nie wierzy w moje zdolności przewidywania przyszłości i kwestionuje me wizjonerskie zamyślenia, zwalając je na maniakalne urojenia.&lt;br /&gt;Postanowiłem wiec nie wyjawiać mych objawień, gdyż z praktycznego punktu widzenia mogą one stanowić punkt zaczepny dla prawników reprezentujących mych spadkobierców, skłonnych do obalenia mego testamentu, na podstawie mej, jakoby niepoczytalności&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Dnie  3,4,5,6 i 7&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;Pozostałe dnie były do siebie podobne, z tym że fala zmalała i Laura odzyskała apetyt.&lt;br /&gt;Na skutek jej wzmożonego apetytu odzyskaliśmy część wartości, bądź co bądź kosztownej podroży. Z nudów wybrałem się na odczyt angielskiego emerytowanego szpiega, który straszył słuchaczy, że niedługo nie tylko nasze czyny ale i myśli będą śledzone i przekazywane odnośnym rządowym agencjom. Ponieważ w USA mieszka około 10 milionów nielegalnych imigrantów, głównie z Meksyku, ukrywających się przed władzami w zagonach sałaty, istnieje palący problem ich lokalizacji. Ktoś zaproponował, aby każdemu z nich kupić telefon komórkowy, którego geograficzne położenie jest łatwo umiejscowić. Jak zlokalizujemy telefony to złapanie ich właścicieli, to pestka. Problem pozostaje kto będzie zbierał sałatę po wydaleniu Meksykanów, gdyż rodowici Amerykanie, obydwu dominujących kolorów, są genetycznie skazani aby być dyrektorami i żadna czarna robota się ich nie ima. Niektórzy z nich maja po dwie lewe ręce, a niektórzy nawet cztery.  A bez sałaty amerykańska demokracja się zawali, komandosi w Iraku dostana „kurzej ślepoty” z powodu awitaminozy i nie będą mogli jej globalnie, o zmroku,  wdrażać. Na takich to niezbyt patriotycznych rozważaniach  upływał mi czas  pod koniec naszej morskiej podroży. Czułem się szczęśliwy, że na lądzie braknie mi czasu na dalsze pogrążenie się w takich  anty-demokratycznych umysłowych fekaliach.   Przyrzekłem sobie, że po powrocie do domu zabiorę się do intensywnej ideologicznej reedukacji, zmienię wyznanie na jedne z fundamentalnych, prorokujących zbliżający się koniec świata i będę omijał biblioteki publiczne, w których, podobno buszują terorrysci szukający wiadomości jak skonstruować, domowym sposobem, małe, przenośne bomby wodorowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;8-my i ostatni dzień podróży w pobliży wybrzeży Portugalii&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;Kapitan naszego statku zwrócił uwagę uczestnikom naszego rejsu, ze po prawej tronie naszego statku w odległości kilometra lub dwu, można od czasu do czasu, zobaczyć towarzyszącego nam  wieloryba. Poruszenie wśród turystów było wielkie, ale ja wiedziałem, że to nie wieloryb tylko łódź podwodna mojego kuzyna, Barona Johana von Sauerkraut w której podąża do swojej bazy macierzystej w Bremenhafen gdzie zostanie poddany odmładzającej kuracji hormonalnej i przygotowany do dalszej służby w Zatoce Perskiej. Mam nadzieję, że na Bałtyku,  butelki po „czystej wyborowej”  pomogą mu utrzymać właściwy kurs.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Baron von Jan Czekajewski-Siemion&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-115017252487440221?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/115017252487440221'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/115017252487440221'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2006/06/cebrzykiem-przez-atlantyk.html' title='CEBRZYKIEM PRZEZ ATLANTYK'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-114150261107811978</id><published>2006-03-04T12:01:00.000-08:00</published><updated>2006-03-04T12:03:31.100-08:00</updated><title type='text'>Kto zasługuje a kto nie na "wolnosć słowa"</title><content type='html'>RE. Wyrok Na Dawida Irvinga&lt;br /&gt;Odpowiedz Jana Czekajewskiego Pani Jadwidze M. Hafner z Austrii&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szanowna Pani,&lt;br /&gt;Dla jasności, ograniczę się jedynie do określenia swej opinii, kto zasługuje a kto nie,  na przywilej wolności słowa.&lt;br /&gt;Wedle Pani, tutaj cytuję Pani słowa :&lt;br /&gt; „ wolność słowa nie zrównałabym z głoszeniem kłamstw, pomówień, głoszenie zwłaszcza przez historyka teorii nie popartych faktami, nieprawdziwych a wiec zaprzeczających prawdzie”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natomiast, wedle mnie, każdy człowiek ma prawo głosić co mu się podoba, nawet jeśli większość ludzi może uważać, że jego wypowiedzi są idiotyczne czy kłamliwe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kłamstwo zwalcza się prawdą w publicznej dyskusji. Sąd i więzienie nie jest miejscem do oceny ludzkich opinii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście, w przeszłości, a mamy na to tysiące przykładów, sądy decydowały o „prawdziwości” wypowiedzi i czasami skazywały ludzi na spalenie na stosie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednym z pospolitych przykładów  obrazujących hitlerowską opresje w dziedzinie wolności słowa, w hitlerowskich Niemczech,  jest fotografia  grupy młodzieży hitlerowskiej palącej na stosie nie aryjskie książki.&lt;br /&gt;Historia kołem się toczy. Dzisiaj karzemy wiezieniem autorów książek, które z jakiś względów są wedle istniejącego anty-nazistowskiego  prawa kłamliwe i szkodliwe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sygnatariusze Konstytucji Amerykańskiej byli niezwykle mądrymi ludźmi, gdyż korzystając  z doświadczeń despotyzmu europejskiego wysnuli dwa najważniejsze dla Ameryki wnioski, że w nowym państwie winna istnieć:&lt;br /&gt;separacja religii od państwa&lt;br /&gt;wolność słowa i zgromadzeń&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzięki tym zapisom konstytucyjnym, kraj składający się z ludzi z wielu ras i religii był bardziej politycznie stabilny, niż większość innych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zarówno kłamstwo jak i prawda nie są wartościami bezwzględnymi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy np w Polsce kraju katolickim,  powinniśmy zabronić ateistom zaprzeczania istnieniu Boga i czy winni oni stanąć przed sądem za takie wypowiedzi? A co mamy zrobić z takimi, którzy mówią, ze ziemia jest plaska?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prawo do wolności słowa, jest strasznie niewygodne dla rożnych grup których celem jest przechwycenie i utrzymanie władzy. Dlatego tez, nawet  przy prawnych gwarancjach wolności słowa, jego używanie na arenie publicznej jest ograniczone przez dostęp to środków masowego przekazu. W kontroli dostępu do wolności słowa są zaangażowane miliardy dolarów.&lt;br /&gt;Niespodziewanie, w ostatnich 10 latach, dzięki nowej technologii,  zwolennicy wolności słowa i jego demokratyzacji otrzymali nowy oręż, jakim jest Internet. Dyskusja w Internecie nie wymaga milionów dolarów, jest darmowa.&lt;br /&gt;Wystarczy sobie założyć  t,zw. „blogg” i oto cały świat może czytać nasze opinie, czy to prawdziwe czy kłamliwe. Nie wiadomo jednak jak długo ta ta wolność  będzie dostępna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wolność słowa w Internecie nie bardzo cieszy tych którzy tracą kontrolę nad wolnością słowa. Dlatego tez pod różnymi pretekstami, forsowane są prawa kryminalizujące pewne wypowiedzi jak np „ mowę nienawiści” lub krytyką wybranych mniejszości jak np. homoseksualistów,  pornografii dziecięcej.&lt;br /&gt;a w  wypadku Davida Irvinga  zaprzeczanie zbrodniom hitlerowskim.&lt;br /&gt;Pytanie które się nasuwa, jest zasadnicze i ważniejsze od sprawy  Davida Irvinga.&lt;br /&gt; Czy te prawa, które się mnożą po obydwu stronach Atlantyku, są rzeczywiście  skierowane dla ochrony dzieci i pamięci ofiar hitlerowskich, czy tez służą zupełnie  czemu innemu?&lt;br /&gt;Może tym, którzy ustalają te prawa  chodzi o cos ważniejszego, a mianowicie o totalitarną władzę.  Być może, że ataki na Davida Irvinga,  sa tylko zasłoną dymną w zapasach o kontrolę ludzkich umysłów. A kara jaką mu zaserwowano, ma być przykładem dla innych aby nie schodzili z wyznaczonej ścieżki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jan Czekajewski&lt;br /&gt;Columbus, Ohio, USA&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/15710423-114150261107811978?l=czekajewski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/114150261107811978'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/15710423/posts/default/114150261107811978'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://czekajewski.blogspot.com/2006/03/kto-zasuguje-kto-nie-na-wolnos-sowa.html' title='Kto zasługuje a kto nie na &quot;wolnosć słowa&quot;'/><author><name>Jan Czekajewski</name><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-15710423.post-114150165207745486</id><published>2006-03-04T11:44:00.000-08:00</published><updated>2006-03-04T11:47:32.083-08:00</updated><title type='text'>ZBRODNIA I KARA DAWIDA IRVINGA</title><content type='html'>Niedawno, bo 21 lutego 2006,  austriacki sad skazał brytyjskiego historyka Dawida Irvinga na 3 lata więzienia za wypowiedz, która miała miejsce 17 lat temu, w której zaprzeczał istnieniu komór gazowych w Obozie Koncentracyjnym w Oświęcimiu. W okresie późniejszym, David Irving, skorygował swą opinię i istnienie komór gazowych potwierdził, czego jednak sędziowie nie uznali  za element minimalizujący jego winę.&lt;br /&gt;Dla nas Polaków którzy stracili bliskich w Oświęcimiu,  wypowiedz Irvinga  jest nadzwyczaj obraźliwa i wykazuje albo złą wolę albo kompletną niewiedzę tego „historyka”  o  zbrodniach  hitlerowskich.&lt;br /&gt;Mój  kuzyn, Henryk Czekajewski, został zagazowany w Dachau z powodu „mizernego zdrowia” ( nie nadawał się do pracy). Holocaust na Żydach, likwidację Getta w Częstochowie, obserwował i opisał w swym pamiętniku, mój ojciec, Franciszek Czekajewski. Nikt nie może mi zarzucić, ze sympatyzuje z Nazistami. Osobiście, już jako dorosły człowiek przez długi okres, chyba 15tu lat,  miałem awersję do spotkań  z Niemcami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niemniej, biorąc powyższe fakty pod uwagę, zarówno samo prawo jak i kara 3 lat wiezienia za wypowiedz, mającą miejsce 17 lat temu,  są w gruncie rzeczy potrójnie szkodliwe. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po pierwsze wyrok ten daje materiał propagandowy dla radykalnych mahometan, którzy na jego  podstawie żądają podobnego wyroku dla redaktorów czasopism, które opublikowały karykatury Mahometa. Redaktorzy ci uzasadniają publikacje karykatur, wolnością słowa,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drugie kara ta ośmiesza przekonanie, że podstawą demokracji jest, WOLNOSĆ SŁOWA.&lt;br /&gt;Jeśli chodzi o logikę, to trudno, w tym wypadku,  nie oddać mahometańskim radykałom racji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po trzecie czyni Dawida Irvinga męczennikiem za sprawę zasady wolności słowa i bohaterem Neonazistów. Ponadto, wielu postronnych ludzi, zaczyna sobie stawiać pytania, o co właściwie chodzi, gdyż dla nich  przedawniona „zbrodnia” Irvinga, nie zasługuje na taki rozgłos i drakońską karę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;60 lat temu, za czasów stalinowskich , jako młody chłopak słyszałem,  że jakiś student nabazgrał  na ścianie ubikacji:&lt;br /&gt;„Niech żyje nam towarzysz Stalin, on usta słodsze ma od malin”.&lt;br /&gt; Studenta tego wsadzili na 3 lata więzienia.&lt;br /&gt;Podobny wyrok , 3 lata więzienia, wydano w wypadku Irvinga. Trapi mnie uzasadnienie obu wyroków i ich symetria.&lt;br /&gt;Za Komuny, w Polsce, słyszałem dowcip o spotkaniu Amerykanina z Rosjaninem w Moskwie.&lt;br /&gt;Obydwaj zachwalali  wolność słowa jaka w ich krajach panuje.&lt;br /&gt;Amerykanin argumentował, że u niego każdy może powiedzieć, że prezydent USA jest durniem.&lt;br /&gt;Na co Rosjanin, trafnie zauważył, ze w jego ojczyźnie, ZSSR, każdy także może  bezkarnie powiedzieć, że prezydent USA jest durniem.&lt;br /&gt;Czy o taka wolność słowa Polakom chodzi?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W logice wolności słowa nie ma wyjątków. Tak samo jak w ginekologii.  Albo panienka jest w ciąży, albo nie jest. Nie można być troszkę w ciąży. To samo z demokracją i wolnością słowa. Bez wolności słowa nie ma demokracji. Niemożliwe jest być krajem troszkę demokratycznym.&lt;br /&gt;W Europie, Polska jest jednym z 8 krajów, w których zaprzeczanie zbrodniom hitlerowskim  jest karalne. Na szczęście, jak narazie, nie skazano nikogo w Polsce  więzieniem za obraźliwe lub idiotyczne wypowiedzi zaprzeczające zbrodniom hitlerowskim.&lt;br /&gt;Jeśli kraj chce zapobiec powrotu do zamordyzmu, który być może zawita do Polski  w nowej  demokratycznej szacie, to musi tolerować idiotyczne albo obraźliwe dla niektórych opinie.&lt;br /&gt;W przeciwnym wypadku grupa u władzy, może przeforsowa
